Studies in the Scriptures

Tabernacle Shadows

 The PhotoDrama of Creation

 

Wykład IV

Babilon pozwany przed wielki sąd

Świeckie, społeczne i kościelne władze Babilonu, chrześcijaństwa, ważone są obecnie na wadze – Postawienie w stan oskarżenia władz świeckich – Postawienie w stan oskarżenia obecnego porządku społecznego – Postawienie w stan oskarżenia władz kościelnych – Już teraz, w trakcie jego ucztowania, kreślony jest wyraźny napis, obwieszczający wyrok, mimo że rozprawa się jeszcze nie zakończyła.

“BÓG nad Bogami, Pan mówił i przyzwał ziemię od wschodu słońca aż do zachodu jego. (…) Przyzwie z góry niebiosa [wysokie czyli rządzące władze] i ziemię [masy ludowe], aby sądził lud [z wyznania] swój [chrześcijaństwo]. (…)

Słuchaj, ludu mój! a będę mówił; słuchaj, Izraelu! [nominalny duchowy Izrael – Babilon, chrześcijaństwo] a oświadczę się przed tobą. (…) Lecz niezbożnemu rzekł Bóg: Cóżci do tego, że opowiadasz ustawy moje, a bierzesz przymierze moje w usta twoje? Ponieważ masz w nienawiści karność i zarzuciłeś słowa moje za się. Widziszli złodzieja, bieżysz z nim, a z cudzołożnikami masz skład twój. Usta twoje rozpuszczasz na złe, a język twój składa zdrady. Zasiadłszy mówisz przeciwko bratu twemu [prawdziwym świętym, klasie pszenicy], a lżysz syna matki twojej. Toś czynił, a Jam milczał; dlategoś mniemał, żem ja tobie podobny, ale będę cię karał, i stawięć to przed oczy twoje.

Zrozumiejcież to wżdy teraz, którzy zapominacie Boga, bym was snać nie porwał, a nie będzie ktoby was wyrwał” – Psalm 50:1,4,7,16-22.

Logicznym następstwem wielkiego wzrostu wiedzy w każdej dziedzinie, jaki został opatrznościowo udzielony w obecnym “dniu przygotowania” do tysiącletniego królowania Chrystusa, jest ważenie na wadze sprawiedliwości świeckich i kościelnych <str. 76> władz chrześcijaństwa, Babilonu, a odbywa się to na oczach całego świata. Nadeszła godzina sądu, Sędzia zajął miejsce, obecni są świadkowie – ogół publiczności. Na tym etapie sądu “zwierzchności, które są”, mają możliwość wysłuchania oskarżeń, a następnie będą mogły wypowiedzieć się w obronie własnej. Ich sprawa prowadzona jest przy drzwiach otwartych, a cały świat przygląda się temu z gorączkowym zainteresowaniem.

Celem tego procesu nie jest przekonanie się wielkiego Sędziego o aktualnej postawie owych zwierzchności, gdyż “mocna mowa prorocka” określa z góry wyrok przeciwko nim. Nawet ludzie mogą już czytać na murach sal bankietowych pismo tajemniczej i złowrogiej ręki: MENE, MENE, THEKEL, UPHARSIN! Obecny proces sądowy, pobudzający do dyskusji na temat złych i dobrych czynów, doktryn i autorytetów, ma na celu ukazanie wszystkim ludziom prawdziwego charakteru Babilonu tak, aby nikt nie był już dłużej zwodzony jego bezzasadnymi pretensjami oraz by ludzkość mogła ostatecznie wykonać dzięki tej rozprawie sądowej zupełną sprawiedliwość Bożą doprowadzając do całkowitego obalenia Babilonu. W procesie tym zostaną podane w wątpliwość wszystkie jego roszczenia – najwyższa świętość, boskie pełnomocnictwa, przeznaczenie do rządzenia światem – podobnie jak i jego potworne oraz sprzeczne nauki.

Z wyraźnym poczuciem wstydu i zmieszania na twarzy wobec tego tłumu świadków władze świeckie i kościelne za pośrednictwem swych przedstawicieli – władców i kleru – usiłują zdać rachunek ze swych dokonań. Nigdy jeszcze w historii nie miała miejsca taka sytuacja. Nigdy dotąd duchowni, mężowie stanu i świeccy władcy nie byli poddawani takiemu egzaminowi, stawiani w ogniu krzyżowych pytań i krytykowani jak obecnie, gdy zasiadają na ławie oskarżonych publicznego sądu, przez który działa, ku ich zawstydzeniu, badający serca duch Pański. Pomimo ich usiłowań i prób uniknięcia <str. 77> przesłuchiwania i krzyżowych pytań ducha naszych czasów, są zmuszeni, aby się temu poddać i rozprawa jest kontynuowana.

Babilon zważony na wadze

Chociaż ludzie powszechnie i wyraźnie domagają się obecnie, by świeckie i duchowe zwierzchności chrześcijaństwa udowodniły zasadność rzekomego boskiego upoważnienia do sprawowania władzy, to jednak ani oni, ani władcy nie dostrzegają tego, że Bóg udzielił dzierżawy władzy – a właściwie tylko na nią zezwolił* – takim przywódcom, jakich ludzkość ogólnie była w stanie wyłonić i znieść. Niezależnie od tego, czy są oni dobrzy czy źli, ich władza będzie trwała tylko dopóty, dopóki nie skończą się “Czasy Pogan”. W tym czasie Bóg w znacznej mierze pozwolił ludzkości na zarządzanie swoimi sprawami i na obranie własnego sposobu sprawowania władzy, tak ażeby na końcu ludzie przekonali się, że w swym upadłym stanie nie potrafią rządzić się sami i że nie opłaca się szukanie niezależności czy to względem Boga, czy wzajemnie względem siebie (Rzym. 13:1).

* Tom II, str. 80.

Przywódcy i klasy rządzące światem – nie wiedząc o tym, lecz wykorzystując okoliczności i przewagę, jaką mieli nad masami mniej szczęśliwych ludzi, których przyzwolenie i tolerancja, wynikające albo z braku wiedzy, albo inteligencji, długo pozwalały im utrzymywać się przy władzy – usiłowali narzucić nieoświeconym masom absurdalną doktrynę o “boskich prawach królów” – świeckich i kościelnych. Aż do końca utrzymywania się tej doktryny, tak korzystnej dla ich zamiarów, podsycali oni i pielęgnowali przez wieki ciemnotę i przesądy wśród ludu.

Dopiero w naszych czasach wiedza i wykształcenie upowszechniły się. Stało się tak jednak na skutek działania opatrznościowych okoliczności, a nie dzięki wysiłkom królów i duchowieństwa. <str. 78> Najbardziej przyczyniły się do tego prasy drukarskie i środki komunikacji parowej. Wcześniej zaś, przed tą Boską interwencją, ludzie, w znacznym stopniu odizolowani od siebie, nie byli w stanie dowiedzieć się wiele więcej ponad to, co wynikało z ich osobistego doświadczenia. Tymczasem wspomniane czynniki stały się narzędziami przyczyniającymi się do cudownego rozwoju możliwości podróżowania oraz wymiany społecznej i przemysłowej, tak że ludzie niezależnie od stanu i miejsca przebywania mogą korzystać z doświadczeń innych mieszkańców świata.

Społeczeństwo współczesne to społeczeństwo czytające, podróżujące i myślące. Szybko staje się też ono społeczeństwem niezadowolonym i hałaśliwym, okazującym niewiele szacunku królom i mocarzom, którzy długo podtrzymywali stary porządek rzeczy, powodujący obecnie nieustanne tarcia społeczne. Minęło zaledwie trzysta pięćdziesiąt lat od czasu, gdy statut angielskiego parlamentu musiał regulować zagadnienie analfabetyzmu w tym gronie. Zapis ten brzmiał następująco: “Lord czy lordowie parlamentu albo pars czy parowie królestwa zajmujący miejsce albo zabierający głos w parlamencie, w swym żądaniu albo prośbie mogą powołać się na niniejszy akt, nawet jeśliby nie umieli czytać”. Mówi się, że z dwudziestu sześciu baronów, którzy podpisali Wielką Kartę Wolnościs jedynie trzech napisało swoje nazwiska, zaś pozostałych dwudziestu trzech narysowało znaki.

Zauważając, że tendencja do ogólnego oświecenia mas przyczynia się do osądzenia rządzących zwierzchności i nie sprzyja ich stabilności, rosyjski minister spraw wewnętrznych zaproponował, aby w celu powstrzymania rozwoju nihilizmus ograniczyć przedstawicielom uboższych klas dostęp do wyższego wykształcenia. W roku 1887 wydał on rozkaz, z którego pochodzi poniższy wyjątek: “Gimnazja, szkoły wyższe i uniwersytety odmówią odtąd przyjęcia w poczet uczniów i studentów dzieci: służących domowych, wieśniaków, handlarzy, drobnych sklepikarzy, rolników i innych <str. 79> podobnego stanu, których potomstwo nie powinno być awansowane ponad klasę, z której się wywodzi, gdyż jak tego dowodzą wieloletnie doświadczenia, staje się to przyczyną niezadowolenia ze swego losu i gniewu przeciwko nieuniknionym nierównościom społecznym.”

Jest już jednak za późno, aby taka polityka mogła odnieść sukces, nawet w Rosji. Takim zasadom hołdowało niegdyś za dni swej potęgi papiestwo, jednak i ono przekonało się, że taka polityka byłaby dziś błędem i w rezultacie obróciłaby się zapewne przeciwko tym siłom, które chciałyby ją stosować. Światło wzeszło nad umysłami mas ludzkich, które nie pozwolą się już zepchnąć w dawną ciemność. Wraz ze stopniowym wzrostem wiedzy ludzie coraz głośniej domagają się republikańskiej formy rządu, a monarchie musiały się w istotny sposób zreformować, aby dorównać przykładowi ustroju republikańskiego i żądaniom ludzi.

We wschodzącym świetle nowego dnia ludzie zaczynają dostrzegać, że pod ochroną fałszywych roszczeń, którym sprzyjał brak wiedzy wśród ludu, klasy rządzące załatwiały swoje samolubne interesy, wykorzystując naturalne prawa i przywileje reszty ludzkości. Przyglądając się tym roszczeniom i oceniając je, ludzie gwałtownie dochodzą do samodzielnych wniosków, pomimo mizernych prób zadośćuczynienia, które ciągle są podejmowane. Jednak także i oni, podobnie jak klasy rządzące, nie są pobudzani żadnymi wyższymi zasadami sprawiedliwości i prawdy, dlatego znajdują się od niej równie daleko, tyle tylko, że na drugim krańcu zagadnienia. Narasta też skłonność do pośpiesznego ignorowania prawa i porządku, podczas gdy należałoby raczej spokojnie i bez emocji rozważać w świetle Słowa Bożego wymogi sprawiedliwości względem wszystkich stron.

W miarę ważenia Babilonu, chrześcijaństwa – czyli organizacji i porządku społecznego w obecnym czasie, tak jak są one reprezentowane przez mężów stanu i kler – na wadze opinii publicznej, jego monstrualne roszczenia okazują się bezpodstawne <str. 80> i absurdalne. Ciężkie zarzuty, takie jak samolubstwo i odstępstwo od złotej reguły Chrystusa, którego imię i autorytet zostały sobie przez niego przywłaszczone, przeważyły już i podniosły szalę tak wysoko, że obecnie świat nie ma więcej cierpliwości, by wysłuchiwać kolejnych dowodów świadczących o antychrystusowym charakterze Babilonu.

Jego przedstawiciele nawołują, by świat podziwiał chwałę jego królestw, triumfy ich oręża, wspaniałość ich miast i pałaców, wartość i potęgę ich instytucji politycznych i religijnych. Próbują oni ponownie obudzić dawnego ducha plemiennego patriotyzmu i przesądów, który sprawiał, że wszyscy uginali się w poddańczym i pełnym czci poszanowaniu dla władz i rządów. Namiętnie wołali “Niech żyje król”, z czcią odnosząc się do tych, którzy uważali się za przedstawicieli Boga.

Dni te należą jednak do przeszłości. Rozwiewane są resztki dawnej ciemnoty i przesądów a wraz z nimi uczucia plemiennego patriotyzmu i ślepej, religijnej czci. Ich miejsce zajmuje niezależność, podejrzliwość i nieposłuszeństwo, które zapowiadają rychłe nadejście ogólnoświatowego konfliktu anarchii. Załogi poszczególnych statków-państw przemawiają do swych kapitanów i sterników ze złością i pogróżkami, a z upływem czasu zaczynają się wręcz buntować. Twierdzą one, że celem obecnej polityki prowadzonej przez władze jest zwabienie ich na niewolnicze targi przyszłości, zaprzedanie ich wszystkich naturalnych praw i narzucenie im z powrotem poddaństwa, jakiemu podlegali ich ojcowie. Wielu z nich gwałtownie nalega, by usunąć obecnych kapitanów i sterników, a statkowi pozwolić dryfować w czasie, gdy rozgrywać się będzie walka o przywództwo. Wobec tej dzikiej i niebezpiecznej wrzawy kapitanowie i sternicy – królowie i mężowie stanu – walczą o utrzymanie swej pozycji władzy, krzycząc przez cały czas “Ręce precz! Wprowadzicie statek na skały!” Następnie występują nauczyciele religijni i <str. 81> radzą, by lud trwał w poddaństwie. Szukając zaś sposobu, by wmówić ludziom, że mają Boskie upoważnienie, spiskują z władzami świeckimi, aby utrzymać lud w ryzach. Lecz i oni zaczynają rozumieć, że ich władza dobiegła końca i rozglądają się za sposobami jej odzyskania. Rozmawiają więc o unii i współpracy między sobą. Dowiadujemy się także, że nalegają na państwo, aby udzieliło im więcej wsparcia administracyjnego obiecując mu w zamian podtrzymywanie świeckich instytucji swoją (przemijającą) mocą. W miarę jednoczesnego wzmagania się sztormu i wrzawy wśród narodów, nie będących w stanie ocenić zagrożenia, serca tych, którzy stoją u steru statku słabną ze strachu wobec wypadków, które nieuchronnie muszą nadejść.

Szczególnie władze kościelne odczuwają ciążący na nich obowiązek rozliczenia się. Ich zamiarem jest wywarcie jak najlepszego wrażenie i w ten sposób być może odwrócenie kierującego się przeciwko nim rewolucyjnego prądu publicznych nastrojów. Próbując jednak usprawiedliwiać niedostatek dobrych wyników w minionych wiekach władzy, zwiększają jedynie własne zmieszanie i zakłopotanie oraz rozbudzają zainteresowanie prawdziwym stanem rzeczy. Usprawiedliwienia takie ukazują się ustawicznie na łamach prasy świeckiej i religijnej. W wyraźnym kontraście do tego stoi odważna krytyka ze strony świata skierowana przeciwko świeckim i kościelnym władzom chrześcijaństwa. Poniżej przytaczamy kilka jej przykładów z bieżącej prasy.

Postawienie w stan oskarżenia władz świeckich

“Pomiędzy wieloma dziwnymi wierzeniami rasy ludzkiej trudno o bardziej osobliwe niż to, które głosi, że Wszechmocny Bóg niezwykle pieczołowicie wybiera niektórych najzwyklejszych przedstawicieli gatunku, nierzadko chorych, głupich i okrutnych, po to, by panowali nad wielkimi społecznościami pod Jego szczególną ochroną jako Jego przedstawiciele na ziemi” (New York Evening Post). <str. 82>

Inny dziennik kilka lat temu opublikował artykuł pod tytułem “Nędzny los królów”. Oto jego fragment:

“Twierdzi się, i ma to wiele pozorów prawdy, że król Serbii, Milan, jest umysłowo chory. Król Württembergii jest częściowo obłąkany. Poprzedni król Bawarii popełnił samobójstwo w przypływie szaleństwa, zaś obecny król tego kraju jest umysłowo niedorozwinięty. Car Rosji objął urząd, gdyż jego brat i naturalny dziedzic tronu został uznany za niesprawnego umysłowo. A i obecny car Rosji od czasu koronacji cierpi na depresję i zawezwał psychiatrów z Niemiec i Francji, aby udzielili mu pomocy. Król Hiszpanii padł ofiarą skrofułs i prawdopodobnie nie dożyje wieku męskiego. Cesarz Niemiec ma nieuleczalnego ropnia w uchu, który z czasem będzie miał wpływ na funkcjonowanie mózgu. Król Danii zostawił w spadku zatrutą krew kilku dynastiom. Sułtan turecki cierpi na depresję. Nie ma tronu europejskiego, gdzie grzechy ojców nie byłyby jawnie dziedziczone przez ich dzieci i potrwa to może jeszcze jedno lub dwa pokolenia i zabraknie Bourbonów, Habsburgów, Romanowów, Gwelfów, którzy by mogli dręczyć ludzi swym panowaniem. Błękitna krew tego rodzaju nie będzie w cenie po roku 1900. Ona sama pozbawia się problemu z przyszłością.

Inny pisarz w prasie codziennej oblicza koszty utrzymania monarchii w następujący sposób:

“Umowa zawarta z królową Wiktorią w związku z objęciem tronu ustala jej roczny dochód na 385 000 funtów szterlingów z prawem do zwiększenia poborów o 1200 funtów rocznie, co daje łącznie rentę w wysokości 19 871 funtów. W sumie oznacza to kwotę 404 871 funtów rocznie dla samej tylko królowej, z czego 60 000 przeznaczone jest na jej osobiste wydatki, jest to po prostu jej kieszonkowe. Księstwo Lancaster, które także pozostaje pod zarządem korony, płaci dodatkowe 50 000 funtów rocznie na osobiste wydatki. W ten sposób królowa może osobiście wydać rocznie 110 000 funtów. Z tym, że pozostałe wydatki jej gospodarstwa pokrywane są z innych funduszy Listy Cywilnej. Jeśli ogłasza się, że królowa ofiarowała dobroczynny dar w wysokości 50 czy 100 funtów, to wcale nie oznacza to, że owe pieniądze pochodziły z jej prywatnej kasy, jako że w budżecie ujęta jest oddzielna pozycja w wysokości 13 200 funtów rocznie, z przeznaczeniem na szczodrobliwość, jałmużny i dobroczynność królewską. Wśród posad na dworze <str. 83> królewskim znajduje się 20 sklasyfikowanych jako polityczne z łącznymi pensjami w wysokości 21 582 funty rocznie, przy czym obowiązuje zasada, że jedna osoba pobiera pieniądze, a inna wykonuje pracę. Oddział medyczny zatrudnia 25 osób, począwszy od nadwornych lekarzy, a skończywszy na chemikach i farmaceutach, wszystko po to, by utrzymać ciało królewskie w dobrym zdrowiu, podczas gdy 36 nadwornych kapelanów i 9 nadwornych księży dba o dobro królewskiej duszy. Żmudna i chaotyczna lista urzędów departamentu Lorda Chamberlaina obejmuje między innymi takie stanowiska jak: inspektor gier, poetycki laureat, konserwator obrazów, nadzorca barek rzecznych, hodowca łabędzi i strażnik klejnotów Tower. Najbardziej osobliwym stanowiskiem pod zarządem Łowczego Królewskiego jest dziedziczny urząd Wielkiego Sokolnika, obecnie piastowany przez księcia St. Albans z roczną pensją 1200 funtów. Chociaż książę prawdopodobnie nie potrafi odróżnić sokoła od pingwina ani też nie zamierza się dowiedzieć, jaka jest między nimi różnica. Od czasu swej koronacji królowa Wiktoria zniosła wiele bezużytecznych urzędów, zaoszczędzając dzięki temu całkiem pokaźną kwotę, która w całości wędruje do jej pojemnej prywatnej kasy.

Zaopatrzywszy tak szczodrze swoją królową, brytyjski naród musiał też dać coś jej mężowi. Książę Albert otrzymał dodatkową kwotę w wysokości 30 000 funtów rocznie, oprócz 6000, które otrzymuje jako marszałek polny, 2933 jako pułkownik dwóch regimentów, 1120 jako gubernator zamku w Windsor i 1500 jako konserwator lasów i ogrodów pałacowych. Łącznie mąż królowej w ciągu 21 lat małżeństwa kosztował naród 790 000 funtów, nie mówiąc już o tym, że jest ojcem licznej rodziny, którą również musi utrzymywać naród. Następna jest cesarzowa Niemiec, Augusta, która pobiera 8000 funtów rocznie oprócz 40 000, które dostała jako posag i 5000 na przygotowanie uroczystości weselnej. Mimo tych hojnych wypłat nie stać jej na zapłacenie sobie podróży do Anglii, by zobaczyć się z matką, gdyż za każdym razem otrzymuje 40 funtów za przejazd. Z okazji osiągnięcia pełnoletności książę Walii otrzymał skromny prezent urodzinowy w postaci 601 721 funtów. Suma ta stanowiła łączny dochód księstwa Kornwalii za ten okres. Od tego czasu otrzymuje on z tego księstwa średnio 61 232 funty rocznie. Do 1871 roku naród wydał też 44 651 funtów na remonty pałacu Marlborough, miejskiej rezydencji księcia, płaci mu 1350 funtów rocznie jako <str. 84> dowódcy dziesiątego pułku huzarów, dał mu 23 450 na pokrycie kosztów ślubu, zapewnił jego żonie roczną pensję w wysokości 10 000 funtów oraz zapłacił 60 000 funtów za jego podróż do Indii w 1875 roku. Łącznie wyciągnął on z kieszeni angielskiego podatnika 2 452 200 funtów (około12 mln dolarów), nie licząc ostatnich dziesięciu lat, w ciągu których nadal go naciągał.

Teraz młodsi synowie i córki. Księżniczka Alicja otrzymała 30 000 funtów na swój ślub w 1862 roku oraz pobierała rentę w wysokości 6000 funtów rocznie aż do śmierci w roku 1878. Książę Edynburga otrzymywał 15 000 funtów rocznie po dojściu do pełnoletniości w 1866 roku oraz 10 000 funtów od czasu zawarcia małżeństwa w 1874 roku, oprócz 6883 na wydatki weselne i na remont domu. Tyle otrzymuje on za to, że nic nie robi, tylko jest księciem. Za pracę jako kapitan, a ostatnio jako admirał floty, zarobił 15 000 funtów. Księżniczka Helena na ślub z księciem Szlezwig-Holsztyna, Christianem, w 1866 r. otrzymała w posagu 30 000 funtów oraz rentę w wysokości 7000 funtów rocznie do końca życia, podczas gdy jej mąż otrzymuje 500 funtów rocznie jako konserwator lasów i ogrodów pałacowych w Windsor. Księżniczka Luiza otrzymała te same przywileje co jej siostra. Książę Connaught od 1871 roku otrzymywał od swego ludu 15 000 funtów rocznie, a wraz z zawarciem związku małżeńskiego w 1879 roku suma ta zwiększyła się do 25 000. Obecnie sprawuje on dowództwo armii bombajskiej z roczną pensją 6600 funtów wraz z wartościowymi dodatkami. Księciu Albany przyznano w 1874 roku 15 000 funtów rocznie. Następnie kwota ta została zwiększona do 25 000, gdy ożenił się w roku 1882, zaś wdowa po nim otrzymuje obecnie 6000 rocznie. Nieszczęsny książę, był rodzinnym geniuszem. Gdyby był zwykłym obywatelem o przeciętnych możliwościach, mógłby zarobić na wygodne życie jako adwokat, gdyż był dobrym mówcą. Księżniczka Beatrice na swój ślub otrzymała zwykły posag 30 000 funtów i rentę 6000. I tak łącznie od koronacji królowej aż do roku 1886 naród zapłacił 4 766 083 funty za luksus książęcych małżonków, pięciu księżniczek, czterech książąt, nie wspominając o podróżach, bezpłatnych rezydencjach i zwolnieniach podatkowych.

Ale to jeszcze nie wszystko. Naród musi utrzymywać nie tylko potomstwo królowej, ale także jej kuzynki, wujów i ciotki. Odnotuję tylko te kwoty, które królewscy pensjonariusze otrzymali od roku 1837. Leopold I, król Belgii, <str. 85> tylko dlatego, że ożenił się z ciotką królowej, otrzymywał 50 000 funtów rocznie aż do śmierci w 1865 roku, co daje łącznie 1 400 000 w trakcie obecnego panowania. Okazał on jednak pewną dozę przyzwoitości, gdyż od czasu objęcia tronu belgijskiego w 1834 roku przekazywał swą pensję radzie powierniczej, pobierając jedynie rentę na opłacenie służby i na utrzymanie pałacu w Claremont. Po jego śmierci cała kwota została zwrócona do skarbu państwa. Inaczej było z królem Hanoweru, wujem królowej. Wziął wszystko, co tylko było do wzięcia, czyli od 1837 do 1851 roku 21 000 funtów rocznie, co daje w sumie 294 000 funtów. Królowa Adelaida, wdowa po Wilhelmie IV pobierała 100 000 funtów rocznie przez 12 lat, czyli łącznie 1 200 000 funtów. Matka królowej, księżna Kent, otrzymywała 30 000 rocznie od wstąpienia jej córki na tron aż do swej śmierci, łącznie 720 000 funtów. Książę Sussex, inny wuj, otrzymywał 18 000 funtów rocznie przez 6 lat, czyli 108 000 funtów. Książę Cambridge, wuj nr 7, wchłaniał 24 000 funtów rocznie, czyli w sumie 312 000 funtów, zaś wdowa po nim, która ciągle jeszcze żyje, otrzymywała po jego śmierci 6000 funtów rocznie, czyli łącznie 222 000 funtów. Księżniczka Augusta, inna ciotka, odebrała w sumie około 18 000 funtów. Landgraffina Hesji, ciotka nr 3, zapewniła sobie około 35 000 funtów. Księżnej Gloucester, ciotce nr 4, udało się uzyskać 14 000 funtów rocznie przez 20 lat, czyli otrzymała w sumie 280 000 funtów. Księżniczka Zofia, jeszcze inna ciotka, otrzymała 167 000 funtów i ostatnia z ciotek, Zofia z Gloucester, siostrzenica Jerzego III, otrzymywała 7000 funtów rocznie przez 7 lat, czyli razem 49 000 funtów. Następnie księciu Mecklemburgii-Strelicji, kuzynowi królowej, wypłacano 1788 funtów rocznie przez 23 lata jego panowania, czyli w sumie 42 124 funty.

Książę Cambridge, naczelny dowódca armii brytyjskiej, w ramach poborów za pełnioną funkcję i dodatkowo jako dowódca kilku regimentów oraz konserwator kilku parków, z których obszerne tereny wydzielił jako prywatne rezerwaty zabaw, otrzymał z pieniędzy publicznych 625 000 funtów. Jego siostra, księżna Mecklemburgii-Strelicji, otrzymała 132 000 funtów, a jego druga siostra “Gruba Maria”, księżna Teck, dostała 153 000 funtów. Łączna suma tych wszystkich pensji wynosi 4 357 124 funty, które naród zapłacił na utrzymanie wujów, ciotek i kuzynów królowej w ciągu jej panowania.

Do kwot ujętych przez Królewską Listę Cywilną dochodzą jeszcze koszty rzeczywiste i koszty utrzymania czterech królewskich <str. 86> jachtów, które znajdują się na rachunku floty, choć formalnie stanowią część wydatków królewskich. Koszt rzeczywisty wyniósł 275 528 funtów, zaś koszty utrzymania oraz pensje załogi i utrzymanie jej przez okres 10 lat kosztowało 346 560 funtów, łącznie 622 088 funtów za tę jedną pozycję.

Sumując to wszystko, utrzymanie licznych wujów, ciotek i kuzynów kosztowało 4 357 124 funty, utrzymanie męża, synów i córek – 4 766 083 funty, utrzymanie królowej i jej dworu – 19 838 679 oraz utrzymanie jej jachtów – 622 088. Łącznie wynosi to 29 583 974 funty [blisko 150 mln dolarów], które naród brytyjski wydał na utrzymanie monarchii w czasie panowania obecnej królowej [do roku 1888]. Czy jest to gra warta świeczki? Suma, jaką trzeba zapłacić za utrzymanie stabilizacji jest dość zawrotna, gdyż oznacza ona, że ludzie muszą być opodatkowani aż do granic swych możliwości, aby utrzymać w bezczynności pewną liczbę ludzi, którzy mogliby być znacznie pożyteczniejsi dla kraju, gdyby uczciwie zarabiali na życie.”

Spektakularna koronacja cara Rosji stanowiła dobitny przykład królewskich ekstrawagancji. Została zaplanowana, jak i inne paradne królewskie wybryki, tak aby wywrzeć wrażenie na masach, jakoby ich władcy na tyle przewyższali ich chwałą i godnością, że jako istoty wyższego rodzaju godni są tego, by lud okazywał im cześć oraz nędzne, służalcze posłuszeństwo. Mówi się, że owa wielka demonstracja władzy królewskiej kosztowała 25 mln dolarów.

Poniżej cytujemy fragment komentarza angielskiej gazety, dotyczący owej ekstrawaganckiej uroczystości, stojącej w tak ogromnym kontraście do nędznych warunków życia milionów chłopów mieszkających w tym kraju, których bieda stała się powszechnie wiadoma w świecie w czasie głodu 1893 roku:

“Niełatwo jest zagłębiać się w opisy przygotowań do rosyjskiej koronacji, gdyż czyta się je tak, jakby miały być pisane złotem na purpurowym jedwabiu. Trudno się przy tym pozbyć uczucia niesmaku, tym bardziej, że jednocześnie czytamy o masakrach Ormian, którym Rosja odmówiła ochrony, chociaż miała taką możliwość. Nie bez wysiłku udaje się opisać wspaniałą scenerię Moskwy, z jej azjatycką architekturą, połyskującą <str. 87> kopułami, z ulicami pełnymi wspaniałych europejskich mundurów i jeszcze wspanialszych azjatyckich sukni. Biali książęta w czerwieni, żółci książęta w granacie, ciemnoskórzy książęta w złocie, władcy plemion z dalekiego wschodu, dyktator Chin i ciemnoskóry generał japoński, przed którym ów dyktator pospiesznie pada na twarz, ramię w ramię z członkami wszystkich europejskich domów panujących oraz przedstawicielami wszystkich kościołów, z wyjątkiem mormonów, wszystkich ludów poddanych carowi, których jest, jak nam się wydaje, osiemdziesiąt oraz wszystkich armii Zachodu. Wszystko to się porusza, oddziały wojska w najprzeróżniejszych mundurach zdają się nie mieć końca, a wokół miliony uniżonych poddanych – lud na pół azjatycki, na pół europejski – ogarniętych podnieceniem i oddaniem dla swego ziemskiego pana. Można już sobie wyobrazić ryk nieprzebranych tłumów, brzmienie chórów złożonych z tysięcy mnichów, huk armatnich salw, które rozlegają się powtarzane przez kolejne baterie, aż wreszcie w całej północnej części świata, od Rygi po Władywostok, wszyscy ludzie w tym samym momencie usłyszą, że car założył koronę na głowę. Anglik czyta to tak, jakby to był wiersz Moore’a i ogarnia go jednocześnie zachwyt i obrzydzenie. Czyż to wszystko nie jest zbyt wspaniałe dla wspaniałych? Czy nie jest to opera życia? Czy nie ma poczucia winy w imperium takim jak Rosja? Tam gdzie cierpią miliony obywateli, wydaje się gigantyczne sumy na urządzenie bajecznego widowiska. Pięć milionów funtów szterlingów za taką ceremonię! Czy jest jakieś uzasadnienie, które mogłoby zadowalająco usprawiedliwić taki wydatek. Czy nie jest to marnotrawstwo Balsazara, pokaz obłąkanej pychy, pławienie się w bogactwach, tak jak pławili się w przepychu królowie Wschodu, tylko po to, by połaskotać żądze chwały jednego przesyconego zbytkiem umysłu. Anglika nic by nie skłoniło do wydania takiej kwoty na ten cel. A przecież w Anglii znalazłoby się tyle pieniędzy dziesięć razy łatwiej niż w Rosji.

Można się jednak obawiać, że ci, którzy rządzą Rosją, są mądrzy jak na swoje czasy i że beztroskie szafowanie wysiłkiem i pieniędzmi obliczone jest na to, by z ich punktu widzenia mogło przynieść w rezultacie adekwatne korzyści. Celem ich działania jest pogłębienie w Rosji wrażenia, że pozycja cara ma cechy nadnaturalności, że jego zasoby są tak niewyczerpane jak jego władza, że ma on szczególny związek z boskością, <str. 88> a jego koronacja jest najbardziej uroczystym poświęceniem i posiada takie znaczenie dla ludzkości, że żaden wysiłek w celu uzewnętrznienia tych faktów nie powinien się wydawać przesadny. Można zatem zebrać ludzi, aby gapili się na to bez ujmy, a chwilowa cisza i pokój, o które tak pieczołowicie zadbano w całym północnym świecie, nie są skutkiem zapanowania porządku, ale oczekiwania na wielkie wydarzenie. Rządzący Rosjanie uwierzyli też, że zamierzony cel został osiągnięty i że wrażenie, jakie wywarła w carstwie uroczystość koronacyjna, będzie równoznaczne z odniesieniem zwycięstwa, które kosztowałoby niemniej pieniędzy i znacznie więcej łez. Powtarzają oni te uroczystości przy każdej sukcesji tronu, za każdym razem zwiększając przepych i rozmach obchodów, co ma odpowiadać rosnącemu znaczeniu Rosji, wyznaczanemu według ich mniemania, przez posępny regres w Japonii, uległość Chin i przez uniżoną służalczość władców Konstantynopola. Wydaje im się nawet, że uroczystość koronacyjna podniosła prestiż ich władcy w Europie, że wspaniałość jego imperium, liczebność armii, fakt posiadania wszelkich zasobów cywilizacyjnych, jak i posiadanie sił barbarzyńskich zakorzenią się w zbiorowym sposobie myślenia Zachodu i jeszcze bardziej zniechęcą wszystkich do prób przeciwstawienia się wielkiemu Mocarstwu Północy. W Berlinie, myślą sobie, wszystkich ogarnia większy strach na myśl o inwazji, w Paryżu – uniesienie, gdy przypomną sobie, jakiego mają sprzymierzeńca, w Londynie panuje pełne zastanowienia milczenie, ponieważ tamtejsi przywódcy zawsze się namyślają, jak powstrzymać albo zawrócić kolejny przypływ lodowca. Czy może jest ktoś w pełni przekonany, że przywódcy Rosji całkowicie się mylą, czyli że na skutek owego narodowego święta dyplomacja rosyjska przez następny rok nie będzie odważniejsza, a opór tych, którzy się jej sprzeciwiają, bardziej nieśmiały, skoro już oczyma wyobraźni zobaczyli sceny, które w skrócie można by opisać jako przegląd imperium zamkniętego w murach swej stolicy albo marsz wzdłuż północnej Europy i Azji na cześć naczelnego dowódcy?

Może to być złudne, ale jednego możemy być pewni, że sceny takie, jak opisana powyżej koronacja, kształtują jedno z zagrożeń dla świata. Muszą one prowadzić do demoralizacji <str. 89> najpotężniejszego człowieka świata. O obecnym carze nie wiadomo nic poza tym, że jest człowiekiem bardzo uczuciowym, jak utrzymuje ktoś, kto go osobiście blisko poznał. Musi jednak wyrastać ponad przeciętność, jeśli on, potomek Aleksandra I, który podpisał traktat w Tylżys, mógł poczuć się przez tych kilka dni centralnym punktem uroczystości koronacyjnych, jeśli uznał, że właściwie może być czczony jak władca Niniwy, bez odwoływania się do marzeń sennych. A królowie przeważnie marzą o panowaniu. Znane jest nam zjawisko upojenia urzędem oraz upojenia władzą. Człowiek, na którego zwrócone są oczy wszystkich, wobec którego każdy książę wydaje się niepozorny, musi rzeczywiście bardzo panować nad swoim umysłem, jeśli ani przez moment nie czuje przekonania, że jest naprawdę najważniejszym człowiekiem świata. Władcy Rosji mogą się jeszcze przekonać, że wywyższając cara, umocnili co prawda poczucie lojalności i pogłębili posłuszeństwo, ale jednocześnie spowodowali rozkład siły powściągliwości, która stanowi niezbędną ochronę umysłu.”

Najlepszym dowodem na to, że władcy tak zwanych chrześcijańskich królestw ogólnie pozbawieni są prawdziwych chrześcijańskich uczuć, a wręcz nawet że brak im zwykłego ludzkiego współczucia, jest fakt, że w tym samym czasie, gdy trwoni się rozliczne bogactwa na utrzymanie dworu królewskiego oraz jego próżnego przepychu i wystawności, gdy do ich dyspozycji stoją pod bronią miliony doskonale uzbrojonych żołnierzy i marynarzy, z niewzruszonym spokojem wysłuchują oni wołania biednych ormiańskich chrześcijan, których Turcy torturują i zabijają, a liczba ofiar sięga dziesiątków tysięcy. Oczywiste jest więc, że wspaniałych armii nie organizuje się dla pożytku ludzkości, ale wyłącznie dla realizacji egoistycznych celów politycznych i finansowych władców tego świata, a mianowicie: podbojów terytorialnych, ochrony interesów właścicieli obligacji oraz zwykłego skakania sobie do gardła w przypływie morderczej zawiści, gdy tylko pojawi się możliwość powiększenia swego imperium i zdobycia jeszcze większych bogactw.

W rażącej sprzeczności z królewskimi ekstrawagancjami, które do pewnego stopnia ogarniają wszystkie kraje, gdzie jeszcze panują rody królewskie, stoi problem kolosalnego zadłużenia państw europejskich. <str. 90>

Gazeta Economiste Français opublikowała dokładnie opracowany artykuł pana Rene Stourma na temat długu publicznego Francji. Najczęściej szacuje się wysokość tego długu na 6,4 mld dolarów. Najbardziej ostrożne oceny wskazują na sumę zaledwie o kilka milionów niższą. Paul Leroy-Beaulieu oblicza wysokość tej kwoty na 6 343 573 630 dolarów. Wynik obliczeń pana Stourma wynosi 5 900 800 000 z zastrzeżeniem, że nie uwzględnił on kwoty 432 mln dolarów na dożywotnie renty, które inni ekonomiści traktują jako część sumy długu. Obsługa tego długu, uwzględniająca odsetki i obligacje, po doliczeniu rent, kosztuje rocznie 258 167 083 dolary. 2,9 mld dolarów z tego długu obciążone jest odsetkami w wysokości 3 procent rocznie, 1 357 600 000 – 4,5 procent rocznie zaś 967 906 200 zwrotnych obligacji ma różne obciążenia. Kwoty zobowiązań względem różnych przedsiębiorstw i korporacji wynoszące 477 400 000 dolarów oraz 200 mln bieżącego długu uzupełniają rachunek pana Stourma. Jest to najcięższe jarzmo narodowego długu w historii narodów naszej planety. Tuż za Francją plasuje się Rosja z długiem w wysokości 3 605 600 000 dolarów. Następna jest Anglia z 3 565 800 000 dolarów oraz Włochy z 2 226 200 000. Dług Austrii wynosi 1 857 600 000 dolarów, Węgier – 635 600 000. Hiszpania jest zadłużona na 1 208 400 000 dolarów a Prusy na 962 800 000. Takie liczby podaje pan Stourm. Żadne z tych państw, z wyjątkiem Anglii i Prus, nie osiąga należytych dochodów, które by mogły zapewnić trwałe zrównoważenie budżetu, jednak Francja jest z nich wszystkich obciążona najbardziej, a przy tym miała najszybszy przyrost długu w ostatnich latach, co jest też największym zagrożeniem dla tego państwa w przyszłości.

“W podsumowaniu pan Stourm powiada: ‘Unikamy zastanawiania się nad gnębiącymi refleksjami, jakie wywołują wyniki naszych pracochłonnych obliczeń. Niezależnie od tego, w jakim aspekcie spojrzelibyśmy na owe 29,5 mld, czy to w odniesieniu do długu innych państw, czy do naszego długu sprzed dziesięciu, dwudziestu lat, to i tak wydają się one kwotą astronomiczną, przewyższającą najśmielsze wyobrażenia któregokolwiek z narodów ziemi w jakiejkolwiek epoce. Wieża Eiffla będzie znakomitą ilustracją tej sytuacji. Przewyższyliśmy naszych sąsiadów i naszą historię wysokością naszego długu (…) Najwyższy czas, byśmy poczuli w związku z tym patriotyczny strach’.” <str. 91>

The London Telegraph opublikował kiedyś następujące podsumowanie narodowych perspektyw finansowych:

“Ciemna chmura ubóstwa zawisła nad narodami Europy. Czasy są bardzo złe nawet dla mocarstw, ale najgorsze dla małych państw. Nie ma prawie na kontynencie takiego narodu, którego rozliczenie finansowe za miniony rok nie przedstawiałoby bardzo mglistych perspektyw, często zaś świadczy ono wyłącznie o bankructwie. Szczegółowe raporty o stanie finansów poszczególnych państw przedstawiają obraz powszechnej walki ministerstw finansów o to, by związać koniec z końcem. Jest to doprawdy problem o zasięgu światowym. Wystarczy spojrzeć na USA po jednej stronie naszego kontynentu, a po drugiej na Indie i Japonię wraz z ich sąsiadami – wszyscy odczuwają tę powszechną presję. (…)

Wielka Republika jest zbyt rozległa i ma zbyt wiele zasobów, aby umrzeć z powodu finansowych dolegliwości, ale nawet i ona jest bardzo chora. Wielka Brytania także będzie miała deficyt budżetowy w przyszłym roku, a przecież poniosła niepowetowane straty finansowe na skutek szalonego pomysłu strajku węglowego. Francja, podobnie jak i nasz kraj oraz Ameryka, jest jednym z państw, które trudno wyobrazić sobie jako niewypłacalne, ze względu na bogactwa ziemi i przedsiębiorczości ludzi. Jej dochody wykazują jednak stały deficyt, narodowy dług osiągnął zdumiewającą wielkość, a ciężar utrzymania armii i floty zniszczył nieomal przemysł tego kraju. Niemcy także należałoby wpisać na listę mocarstw zbyt solidnych i potężnych, by ich przygaśnięcie miało mieć więcej niż przejściowy charakter. Tymczasem obliczono, że w zeszłym roku państwo to straciło 25 000 000 funtów szterlingów, co stanowi niemal połowę narodowych oszczędności. Duża część tych strat jest wynikiem lokowania niemieckiego kapitału w akcjach przemysłu Portugalii, Grecji, Południowej Afryki, Meksyku, Włoch i Serbii. Jednocześnie też Niemcy ostro odczuły zamieszanie na rynku srebra. Ciężar zbrojnego pokoju osiągniętego przez to państwo spoczywa całym swym przygniatającym ciężarem na barkach jego obywateli. Ze zdziwieniem stwierdzamy, że w grupie mocarstw wypłacalnych Austro-Węgry mają najlepsze i najszczęśliwsze konto rozliczeniowe. (…)

Jeśli jednak odwrócimy oczy od tej wielkiej grupy i spojrzymy na Włochy, to będziemy mieli kolejny przykład ‘wielkiego mocarstwa’ <str. 92> zrujnowanego niemal przez swą wielkość. Rok po roku maleją dochody i rosną wydatki tego państwa. Sześć lat temu wartość eksportu włoskiego wynosiła 2,6 mld franków. Obecnie spadła do 2,1 mld. Włochy muszą płacić rocznie 30 mln funtów szterlingów odsetek od publicznego długu, oprócz premii od złota koniecznego do jego spłat. Włoskie papiery wartościowe są niechodliwym towarem. Zdumiewająco wysoka emisja banknotów doprowadziła do uatrakcyjnienia cen srebra i złota. Społeczeństwo pogrążyło się w niewyobrażalnym tutaj ubóstwie i beznadziejności, a gdy nowi ministrowie wymyślają kolejne podatki, wybuchają krwawe zamieszki.

Jeśli chodzi o Rosję, to jej sprawy finansowe okryte są taką tajemnicą, że nikt nie może być pewien, co się tak naprawdę tam dzieje. Jednak niewiele jest powodów, by wątpić, że jedynie obszerność terytorialna carskiego imperium zabezpiecza go jeszcze przed bankructwem. Ludność jest tak uciskana, że niemal ostatnie krople życiodajnej krwi zostały już wyciśnięte z przemysłu. Najbardziej beztroski i bezlitosny minister finansów z ledwością waży się przykręcić śrubę podatków jeszcze choćby o pół obrotu.

Umiarkowane i dokładne źródła lokalne piszą o sytuacji w Rosji w następujący sposób:

‘Każda kopiejka, którą wieśniakowi ledwo udaje się zarobić, jest wydawana nie na uporządkowanie jego spraw osobistych, ale na zapłacenie zaległych podatków. (…) Pieniądze pobierane od ludności wiejskiej w charakterze podatków stanowią od dwóch trzecich do trzech czwartych całkowitego dochodu krajowego, wliczając w to ich własną dodatkową pracę w charakterze pracowników rolnych.’ Pozorny wysoki stan zasobów finansowych państwa jest podtrzymywany sztucznymi środkami. Bezpośredni obserwatorzy spodziewają się załamania zarówno społecznego jak i finansowego sklepienia imperialnej budowli. Również tutaj zdumiewająca zmora zbrojnego pokoju w Europie skutecznie pomaga w paraliżowaniu przemysłu i rolnictwa. Przykład Portugalii wykracza poza zakres naszych rozważań, ponieważ choć to niegdyś słynne mocarstwo obecnie bardzo podupadło, to jednak jego nieszczęsne położenie z pewnością nie wynika z ambicji militarnych albo rozrzutnych wydatków. Grecja z dwumilionową liczbą ludności, choć nie ma takiego znaczenia między mocarstwami, stanowi jaskrawy przykład ruiny, do jakiej mogą doprowadzić naród finansowe ekstrawagancje i nadęte pomysły. Ów ‘wspaniały pomysł’ stał się przekleństwem niewielkiej Grecji i w związku z tym mogliśmy ostatnio obserwować, jak usiłowała się ona uchylać od ponoszenia ciężaru długu publicznego, posuwając się przy tym do <str. 93> nieuczciwości tylko częściowo powstrzymywanej wobec protestu Europy. Pieniądze zmarnotrawione na armię i flotę można było równie dobrze wyrzucić do morza. Polityka stała się tam zarazą, która ogarnęła najlepszych i najbardziej uzdolnionych działaczy publicznych. Zwykli ludzie są za dobrze wykształceni, by pracować, studentów kształcących się w uniwersytetach jest więcej niż murarzy, publicznych i prywatnych długów nikt nie ma zamiaru spłacić, pozorowana armia i flota pochłania wszystkie fundusze, z nieuczciwości uczyniono zasadę w polityce, zaś tajemne plany wiążą się z kolejnymi pożyczkami albo korupcją i niebezpiecznym targowaniu się z Rosją – te wszystkie rzeczy charakteryzują współczesną Grecję.

Rozglądając się przeto po całym kontynencie, można stwierdzić, że sytuacja finansowa ludności oraz stan finansów publicznych są w wysokim stopniu niezadowalające. Oczywiście jednym z głównych i oczywistych powodów takiego stanu rzeczy jest zbrojny pokój w Europie, który wisi nad kontynentem jak nocna mara i zamienia go w stały obóz wojenny. Spójrzmy tylko na Niemcy, owo poważne i trzeźwe cesarstwo. Nakłady na wojsko wzrosły tam z 17,5 mln funtów szterlingów w 1880 roku do 28,5 mln funtów w roku 1893. Nowa doktryna obronna armii powoduje zwiększenie ogromnego kapitału obronnego Niemiec o dodatkowe 3 mln funtów rocznie.

Francja natęża swe siły do granic możliwości, aby tylko dorównać swemu rywalowi. Nie trzeba wykazywać, jaki wpływ wywierają owe zabezpieczenia wojenne na powszechne obecnie dolegliwości europejskie. Nie dość, że pochłaniają one ogromne kwoty na zakup materiałów wybuchowych i strzeleckich oraz na budowę koszar, to jeszcze odciągają od pracy w przemyśle miliony młodych ludzi, którzy na samym początku swego dojrzałego życia są straceni z punktu widzenia rodziny i wzmocnienia populacji. Świat nie wymyślił jeszcze lepszej izby rozrachunkowej dla międzynarodowych rozliczeń jak owa upiorna i kosztowna świątynia wojny.”

Niezależnie jednak od poważnego zadłużenia i finansowego zamieszania między narodami, poważni statystycy oceniają, że aktualna wysokość budżetów armii i flot europejskich, koszty utrzymania garnizonów i straty spowodowane przez wycofanie siły roboczej z przemysłu <str. 94> wytwórczego mogą wynosić około 1,5 mld dolarów rocznie, nie wspominając już o kolosalnych stratach w ludziach. Ocenia się, że na przestrzeni ostatnich 25 lat minionego wieku (od roku 1855 do 1880) zginęło na wojnach 2 188 000 ludzi i to w tak straszliwych okolicznościach, że nie sposób je w ogóle opisać. Pan Charles Dickens słusznie zauważył, że:

“Mówimy z uniesieniem i całkowitym zaangażowaniem o ‘wspaniałej szarży’, o ‘wyśmienitym ataku’. Jednak tylko nieliczni zastanawiają się nad ohydnymi szczegółami, które stoją za tymi dwoma zwiewnymi słowami. ‘Wspaniała szarża’ oznacza rozhukaną masę ludzi pędzących na mocnych koniach, jak tylko umieją najszybciej, i napadających na stojącą naprzeciwko nich masę ludzi idących pieszo. Umysł czytelnika nie posuwa się dalej, zadowalając się informacją, że linie przeciwnika zostały ‘przełamane’ i ‘ustąpiły’. Ale to nie jest pełny obraz. Gdy owa ‘wspaniała szarża’ przejdzie, wykonując swe zadanie, pole bitewne przypomina scenę przerażającego wypadku kolejowego. Znajdzie się tam pełno grzbietów przełamanych na pół, ramion całkowicie wykręconych, ludzi nabitych na własne bagnety, nóg zmiażdżonych jak kawałki drewna na opał, głów porozcinanych jak jabłka, innych głów zgniecionych na galaretę żelaznymi kopytami koni, twarzy zniekształconych tak, że w niczym nie przypominają człowieka. Oto co kryje się pod określeniem ‘wspaniała szarża’. Oto skutki, zupełnie zrozumiałe, ataku ‘naszych dzielnych towarzyszy, którzy najechali na nich w pięknym stylu’ albo ‘wspaniale ich wycięli’.”

“Wyobraźmy sobie”, powiada inny autor, “miliony utrudzonych ludzi na całym kontynencie europejskim uganiających się dzień za dniem za robotą, pracujących nieprzerwanie od bladego świtu do późnej nocy przy uprawie ziemi, w zakładach produkcyjnych, przy wymianie towarów, w kopalniach, fabrykach, kuźniach, portach, warsztatach, magazynach, na kolei, na rzekach, jeziorach, oceanach, przeszukujących wnętrzności ziemi, ujarzmiających niepokorną brutalność natury, podporządkowujących sobie żywioły i sprawiających, że służą one pożytkowi i dobrobytowi ludzkości, wytwarzających dzięki temu wszystkiemu obfitość bogactw, które mogłyby zapewnić dostatek i wygodę każdemu człowiekowi w jego własnym domu. A potem wyobraźmy sobie ramię władzy wyciągające się i zagarniające jakieś sześćset <str. 95> milionów z ich tak ciężko wypracowanych pieniędzy po to, by wrzucić je w otchłań wydatków wojskowych.”

Poniżej przytoczony cytat z Harrisburg Telegram również dotyczy tego tematu.

“‘Chrześcijańskie’ narody Europy, chcąc ukazać swój sposób rozumienia ‘pokoju na ziemi, a w ludziach dobrego upodobania’, muszą ponieść pewne koszty. To znaczy muszą ponieść koszty stania w pogotowiu, aby w każdej chwili móc wzajemnie wysadzić się w powietrze. Wykazy statystyczne opublikowane w Berlinie pokazują wysokość wydatków wojskowych wielkich mocarstw w ciągu trzech lat: 1888, 1889, 1890. Poniżej podajemy te kwoty w zaokrągleniu w dolarach: Francja – 1 270 000 000; Rosja – 813 000 000; Wielka Brytania – 613 000 000; Niemcy – 607 000 000; Austro-Węgry – 338 000 000; Włochy – 313 500 000. Owe sześć mocarstw wydało razem 3 954 500 000 dolarów na cele wojskowe w ciągu trzech lat, co daje nieco ponad 1 318 100 000 dolarów rocznie. Łączna kwota za trzy lata znacznie przewyższa narodowy dług Wielkiej Brytanii i jest prawie tak wysoka, że można by nią z górą trzy razy pokryć, wraz z odsetkami, dług Stanów Zjednoczonych. Odnośne wydatki Stanów Zjednoczonych wynoszą 145 000 000 dolarów, nie licząc wojskowych emerytur. Gdybyśmy je doliczyli, nasze całkowite wydatki na ten cel pochłonęłyby około 390 000 000 dolarów.”

“Według obliczeń statystyków niemieckich i francuskich w wojnach ostatnich trzydziestu lat zginęło 2,5 mln ludzi, tymczasem na prowadzenie tych wojen wydano nie mniej niż 13 mld dolarów. Dr Engel, niemiecki statystyk, podaje następującą szacunkową ocenę najważniejszych wojen ostatnich 30 lat [w dolarach]: wojna krymska – 2 mld; włoska wojna 1859 roku – 300 mln; wojna prusko-duńska 1864 roku – 35 mln; [amerykańska] wojna domowa: na Północy – 5,1 mld, na Południu – 2,3 mld; wojna prusko-austriacka 1866 roku – 330,6 mln; wojna francusko-niemiecka 1870 roku – 2,6 mld; wojna rosyjsko-turecka – 125 mln; wojna południowo-afrykańska – 8,77 mln; wojna afrykańska – 13,25 mln; wojna serbsko-bułgarska – 176 mln.

Wszystkie te wojny były niezwykle mordercze. Wojna krymska, w której przeprowadzono tylko kilka bitew, pochłonęła 750 tys. <str. 96> istnień ludzkich, tylko 50 tys. mniej niż zostało zabitych albo zmarło od ran na Północy i Południu w czasie wojny domowej. Wyprawa meksykańska i chińska pochłonęła 200 mln dolarów i 85 tys. istnień. 250 tys. ludzi zostało zabitych lub zostało śmiertelnie ranionych w czasie wojny rosyjsko-tureckiej oraz po 45 tys. w wojnie włoskiej 1859 roku i prusko-austriackiej.”

W liście do deputowanego Passy z Paryża, nie żyjący już John Bright, członek angielskiego parlamentu pisze:

Wszystkie zasoby Europy są obecnie pochłaniane przez wymogi wojskowe. Potrzeby ludzi są poświęcane na rzecz najnędzniejszych i najbardziej karygodnych wymysłów polityki zagranicznej. Rzeczywiste korzyści ludności zostały bezlitośnie podeptane i zastąpione fałszywym wyobrażeniem o chwale i narodowym honorze. Nie mogę się oprzeć myśli, że Europa zmierza ku wielkiej katastrofie o miażdżącej sile. Nie można w nieskończoność cierpliwie popierać systemu wojskowego, gdyż ludność poniesiona rozpaczą może już niedługo pozbyć się monarchii i pretensjonalnych polityków, którzy rządzą w ich imieniu.”

I tak sąd władz świeckich odwraca się przeciwko nim samym. A wyraża się w taki sposób nie tylko prasa, ale mówią o tym głośno i wszędzie wszyscy ludzie, podnosząc wrzawę przeciwko wszelkim władzom. Niepokój jest powszechny, a z każdym rokiem staje się coraz bardziej niebezpieczny.

Postawienie w stan oskarżenia obecnego
porządku społecznego

Dokonywany jest także przegląd porządku społecznego chrześcijaństwa – jego uregulowań monetarnych, machinacji i instytucji finansowych oraz wyrastającej z nich egoistycznej polityki gospodarczej, a także podziału klasowego opierającego się głównie na stanie posiadania, wraz ze wszystkimi konsekwencjami tego systemu – niesprawiedliwością i cierpieniem wielkich mas ludzkich. Cały ten porządek zostanie potraktowany tak samo surowo na sądzie obecnej godziny jak instytucje świeckie. Jesteśmy świadkami nie kończących się dyskusji nad kwestią stałych cen srebra i złota oraz wiecznych sporów między pracą a kapitałem. Jak głos rozkołysanych fal morskich pędzonych gwałtownym wichrem rozbrzmiewa <str. 97> szemranie niezliczonych głosów podnoszących się przeciwko obecnemu porządkowi społecznemu, a w szczególności tam, gdzie widoczna jest niespójność tego systemu z moralnymi zasadami zawartymi w Biblii, które, jak się na ogół twierdzi, są przez chrześcijaństwo uznawane i przestrzegane.

Zaiste znamienne jest to, że nawet świat, sądząc chrześcijaństwo, najczęściej odwołuje się do Słowa Bożego jako podstawy sądu. Poganie trzymając Biblię dobitnie oświadczają: “Nie jesteście tak dobrzy, jak wasza księga”. Wskazują na Chrystusa, jej Błogosławionego, i mówią: “Nie trzymacie się waszego wzoru”. I zarówno poganie, jak i masy ludowe chrześcijaństwa posługują się złotą regułą i prawem miłości jako probierzem wartości doktryn, instytucji, polityki oraz ogólnego kierunku postępowania chrześcijaństwa. I tak wszyscy zaświadczają o prawdziwości tajemniczego napisu na ścianach jego sal balowych – “Zważonyś na wadze, a znalezionyś lekki”.

Świadectwo świata przeciwko obecnemu porządkowi społecznemu rozbrzmiewa wszędzie i w każdym kraju. Wszyscy uznają go za nieudany. Sprzeciw staje się coraz bardziej aktywny i rozprzestrzenia się w alarmujący sposób po całym świecie, sprawiając, że “strasznie trzęsie się” zaufanie do istniejących instytucji, paraliżując co pewien czas przemysł przez wzbudzanie paniki i strajków. Nie ma takiego kraju chrześcijańskiego, gdzie sprzeciw względem obecnego porządku społecznego nie zostałby wyrażony i to w sposób uparty i coraz bardziej groźny.

Pan Carlyle powiada: “Angielskie stosunki przemysłowe będą niebawem przypominać jedno wielkie bagno cuchnące zarazą moralną i fizyczną, ohydną żywą Golgotę dusz i ciał pogrzebanych żywcem. Trzydzieści tysięcy szwaczek prędko zapracowuje się na śmierć. Trzy miliony nędzarzy gnijących w wymuszonej bezczynności, pomaga swym żonom szwaczkom w umieraniu. Takie pozycje znajdujemy w smutnym rejestrze rozpaczy.”

Z innej gazety, zwanej The Young Man [Młody Człowiek], wybraliśmy następujący artykuł, zatytułowany “Czy świat staje się coraz lepszy?” Czytamy tam: <str. 98>

“Silni mężczyźni, palący się do uczciwej roboty, znajdują się w agonii cierpienia, głodu i nędzy, a często jeszcze spadają na nich dodatkowe smutki spowodowane cierpieniami ich rodzin. Z drugiej zaś strony nadmiernemu bogactwu towarzyszy skąpstwo i niemoralność. Podczas gdy biedacy umierają powolną śmiercią głodową, ogromna większość bogaczy ignoruje potrzeby swych braci, dbając jedynie o to, by przypadkiem Łazarz nie osiągnął niepożądanej, wysokiej pozycji. Tysiące młodych ludzi jest zmuszanych do niewolniczej pracy w dusznych warsztatach i ponurych magazynach przez siedemdziesiąt, osiemdziesiąt godzin tygodniowo bez żadnych przerw na fizyczną, czy umysłową regenerację. W dzielnicy wschodniej kobiety szyją koszule albo wyrabiają pudełka do zapałek przez cały dzień za zapłatę, która nie wystarcza nawet na wynajęcie łóżka – o wynajęciu samodzielnego pokoju nie ma co nawet mówić – a często zmuszone są wybierać między śmiercią głodową a występkiem. W dzielnicy zachodniej ulice opanowane są przez ubrane na różowo i wymalowane syreny zmysłowości i grzechu – a każda z nich jest wymowną naganą słabości i nieprawości człowieka. Tysiące młodych ludzi oddaje się hazardowi, aż wyląduje w więzieniu albo zapija się na przedwczesną śmierć. Chrześcijańskie (?) rządy pozwalają na to, by domy publiczne powstawały na każdym roku ulicy, gdy tymczasem każda szanująca się gazeta poświęca długie artykuły wyścigom konnym. Grzech uczyniono łatwym, występek potaniał, oszustwo dominuje w handlu, rozgoryczenie w polityce oraz apatia w religii.”

W The Philadelphia Press jakiś czas temu opublikowano następujący fragment:

“Niebezpieczeństwo tuż! Nie ma wątpliwości, że Nowy Jork jest podzielony na dwie wielkie klasy – bardzo biednych i bardzo bogatych. Klasa średnia ludzi o dobrej reputacji, przedsiębiorczych, uczciwych stopniowo zanika, wznosząc się po stopniach światowego bogactwa albo staczając się w ubóstwo i wstyd. Nikt nie usiłuje kwestionować tego, że między tymi klasami istnieje, oraz gwałtownie się powiększa, pieczołowicie pielęgnowana przez złych ludzi wyraźna, wyartykułowana, zajadła nienawiść. Są tam ludzie, których majątek ocenia się na 10 albo 20 mln dolarów, a o których nic nie wiadomo. Znam jedną panią, mieszkającą we wspaniałym domu, której życie jest tak ciche, jak winno być życie księdza. Wydała ona nie mniej niż 3 mln dolarów w ciągu pięciu lat, a jej dobroczynna działalność, jeszcze przed <str. 99> śmiercią, sięgnie kwoty 7 mln. W jej domu znajdują się obrazy, rzeźby, diamenty, szlachetne kamienie, znakomite wyroby ze złota i srebra oraz kosztowne wyroby z każdej dziedziny sztuki, których wartość szacuje się na 1,5 mln, a wcale nie jest ona bogatsza niż jej sąsiedzi, którzy mają o wiele milionów więcej. Są tam ludzie, którzy dwadzieścia lat temu sprzedawali ubrania na ulicy Chatham, a dzisiaj rocznie wydają na życie 100 tys. dolarów i wkładają na siebie klejnoty kosztujące w nie najdroższych sklepach 25 tys.

Wybierzcie się ze mną samochodem na Madison Avenue w dowolny dzień, w deszcz albo w pogodę, między godziną 10 rano a 5, 6 po południu, a pokażę wam samochód za samochodem z kobietami, które mają w uszach diamenty o wartości 500 do 5000 dolarów każdy. Na ich nie okrytych rękawiczkami dłoniach można zobaczyć czerwone, nadęte, błyszczące fortuny. Przejdźcie się ze mną od starego sklepu Stewarta na rogu Dziewiątej ulicy i Broadwayu do Trzynastej ulicy w dowolny dzień – nie mam na myśli niedzieli, świąt, czy szczególnych okazji, ale normalny dzień – a pokażę wam przecznica za przecznicą kobiety w foczych futrach sięgających aż do kostek, wartych 500 do 1000 dolarów każde, w diamentowych kolczykach, diamentowych pierścionkach i innych drogocennych kamieniach. W ich rękach zobaczycie elegancki portfel wypchany pieniędzmi. Reprezentują oni klasę nowobogackich, których pełno jest teraz w Nowym Jorku.

Na tej samej ulicy, w tym samym czasie mogę pokazać wam ludzi, dla których dolar stanowi całą fortunę. Ich spodnie, haniebnie porozdzierane łachmany, przewiązane są w pasie kawałkiem kabla czy sznurka albo spięte agrafką, gołe stopy szurają po chodniku butami tak nędznymi, że strach byłoby je oderwać od ziemi, ich twarze są pokryte krostami, brody długie i przerzedzone, podobnie jak włosy, poczerwieniałe dłonie kończą się paznokciami na kształt szponów. Jeszcze tylko trochę, a tymi szponami dopadną nowobogackich? Nie mylcie się, te emocje już się zrodziły, te emocje rosną, te emocje wcześniej czy później eksplodują.

Dopiero co wczoraj wieczorem szedłem Czternastą ulicą, na której zostało jedynie kilka rezydencji. Przed jedną z nich zadaszenie prowadziło od krawężnika aż do drzwi, pod którym czarująco odziane damy w towarzystwie eskorty wysiadały z karet i kierowały się wprost do otwartych drzwi. <str. 100> Z wnętrza wydostawał się snop światła i dobiegały dźwięki muzyki. Stanąłem na moment w tłumie, bardzo gęstym tłumie, i tam zrozumiałem, że musi dojść do eksplozji, jeśli czegoś nie uczynimy, i to szybko, aby pokonać uprzedzenia, jakie nie tylko są żywione, ale i celowo rozniecane wśród najuboższych przeciwko najbogatszym. Aż zgroza brała słuchać tego, co mówiły kobiety. Nienawiść, zazdrość, zajadłe okrucieństwo, wszystkie konieczne elementy. Zabrakło tylko przywódcy.”

Świat zauważa kontrasty między odrażającymi warunkami eksploatacyjnego systemu ludzkiego niewolnictwa połączonego z nędzą całej rzeszy ludzi bez pracy albo zbyt nisko opłacanych, a luksusem i ekstrawagancją bogaczy. Przykładem tego może być artykuł, który jakiś czas temu ukazał się w dzienniku londyńskim:

“Skromne domy milionerów. Dowiedzieliśmy się z Nowego Jorku, że pan Cornelius Vanderbilt, nowojorski milioner i król kolei żelaznych, wydał wielki bal na otwarcie swego nowego pałacu. Ten skromny dom, który ma być schronieniem dla około dziesięciu osób przez sześć miesięcy w roku, a przez pozostałe sześć ma stać zamknięty, położony przy skrzyżowaniu Pięćdziesiątej Siódmej ulicy z Piątą aleją, kosztował swego właściciela milion funtów szterlingów. Z zewnątrz wybudowany jest w stylu hiszpańskim z szarego kamienia z czerwonym licowaniem, z wieżyczkami i blankamis. Ma trzy piętra i wysokie poddasze. W środku znajduje się największa prywatna sala balowa w Nowym Jorku długa na 22,5 m, szeroka na 15,2 m, wykończona w bieli i złocie w stylu Ludwika XIV. Sufit, który kosztował całą fortunę, ma kształt podwójnej szyszki i pokryty jest malowidłami przedstawiającymi nimfy i kupidyny. Zaokrąglony gzyms wykonany jest w formie subtelnie rzeźbionych kwiatów, a w środku każdego z nich znajduje się elektryczne światło. Pośrodku zawieszony jest przeogromny kryształowy żyrandol. Tej nocy, której odbywał się bal, ściany pokryte były od podłogi aż do samego sufitu żywymi kwiatami, co kosztowało tysiąc funtów, zaś koszt wszystkich rozrywek miał podobno wynieść 5 tysięcy funtów. Z rezydencją połączony jest najdroższy na świecie ogród w tej klasie wielkości. Ma on wielkość normalnej działki miejskiej, ale zapłacono za niego 70 tys. funtów, a znajdujący się na działce dom o wartości 25 tys. funtów został zburzony po to, by na jego miejscu założyć kilka klombów kwiatowych.” <str. 101>

Dziennik Industry [Przemysł], ukazujący się w San Francisco w Kalifornii, skomentował w następujący sposób rozrzutność dwóch bogatych obywateli naszego kraju:

“Kolacje rodziny Wanamaker w Paryżu i Vanderbilt w Newport, które kosztują łącznie co najmniej 40 tys. dolarów, a może nawet więcej, należą do znaków czasu. Wydarzenia tego typu zapowiadają wielką zmianę w naszym kraju. Te dwa przypadki, które są jedynie wybranymi przykładami spośród setek podobnych ostentacyjnych demonstracji posiadania pieniędzy, można z powodzeniem porównać do ucztowania w Rzymie przed upadkiem tego miasta, czy zbytku we Francji, który sto lat temu poprzedził rewolucję. Oblicza się, że pieniądze, które Amerykanie wydają za granicą, najczęściej na zbytki i jeszcze gorsze rzeczy, o jedną trzecią przewyższają nasz dochód narodowy.”

Poniżej podajemy interesującą informację, którą cytujemy za National View [Perspektywy Narodowe] z artykułu Warda MacAllistera, który był kiedyś przywódcą elitarnego Stowarzyszenia Nowojorskiego:

“Średnie wydatki roczne na życie szanującej się rodziny, składającej się z męża, żony i trojga dzieci, wynoszą 146 945 dolarów. Na kwotę tę składają się następujące koszty: wynajęcie mieszkania w mieście: 29 000; wynajęcie domu na wsi: 14 000; koszt utrzymania posiadłości wiejskiej: 6000; pensje dla służby: 8016; wydatki na utrzymanie gospodarstwa łącznie z pensjami dla służby: 18 954; stroje żony: 10 000; garderoba pana domu: 2000; ubrania dla dzieci oraz kieszonkowe: 4500; wykształcenie trojga dzieci: 3600; rozrywki, bale i tańce: 7000; uroczyste posiłki: 6600; loża w operze: 4500; teatr i przyjęcia wydawane po przedstawieniach: 1200; gazety i magazyny: 100; bieżące rachunki u jubilera: 1000; materiały piśmienne: 300; książki: 500; prezenty ślubne i podarunki świąteczne: 1400; miejsce w kościele: 300; opłaty klubowe: 425; koszty leczenia: 800; dentysta: 500; koszty transport do posiadłości wiejskiej i z powrotem: 250; podróże do Europy: 9000; koszty utrzymania stajni: 17 000.”

Cytujemy Chauncey M. Depew, który miał się wyrazić:

“Pięćdziesięciu ludzi w Stanach Zjednoczonych, dzięki bogactwu, które kontrolują, byłoby w stanie w ciągu dwudziestu czterech godzin zebrać się i dojść do porozumienia, które mogłoby zatrzymać wszelkie działania w transporcie i handlu, mogliby oni zablokować wszystkie linie handlowe i odciąć linie <str. 102> telegraficzne. Owych pięćdziesięciu ludzi ma możliwość kontrolowania obrotu walut i wywoływania paniki, kiedy tylko zechcą.”

Sąd świata nad władzami kościelnymi

Krytyczne głosy względem kościelnictwa są tak samo ostre jak względem monarchii i arystokracji, gdyż uznaje się, że mają oni jednakowe interesy. Poniżej podajemy kilka przykładów ilustrujących te nastroje.

Kilka lat temu North American Review [Przegląd Północnoamerykański] zamieścił krótki artykuł, którego autorem był John Edgerton Raymond, zatytułowany “Schyłek kościelnictwa”. Opisując siły, które przeciwstawiają się kościołowi i które ostatecznie dokonają jego obalenia, pisze on:

“Kościół chrześcijański jest w stanie konfliktu. Jeszcze nigdy od czasu powstania chrześcijaństwa nie było tak wiele sił, które by mu się przeciwstawiały. Władza, którą niektórzy teolodzy nazywają ‘władzą światową’ nigdy nie była silniejsza niż teraz. Dzisiaj kościołowi nie sprzeciwiają się już barbarzyńskie narody, przesądni filozofowie czy kapłani religii mistycznych, ale najwyższa kultura i wysoki poziom wykształcenia oraz najgłębsza mądrość oświeconych narodów. Na całej linii kościół spotyka się z oporem ‘władzy światowej’, która reprezentuje najwyższe osiągnięcia oraz najwspanialsze ideały ludzkiego umysłu.

Nie wszyscy przeciwnicy kościoła znajdują się poza jego obrębem. W jego uroczystym cieniu, okryci jego szatami, nagłaśniający jego nakazy, reprezentujący go przed światem, znajdują się liczni jego członkowie, którzy są gotowi odrzucać jego autorytet i kwestionować jego supremację. Tłumy, które jeszcze są posłuszne jego dekretom, zaczynają zadawać pytania, a wątpliwość jest pierwszym stopniem w kierunku nieposłuszeństwa i odejścia. Świat nigdy się nie dowie, ile uczciwych dusz w obrębie kościoła boleje w duchu i jest w wielkim utrapieniu, lecz mimo to kładzie pieczęć na usta oraz łańcuch na język ‘dla spokoju sumienia’, żeby tylko nie ‘zgorszyć brata’. Milczą oni nie dlatego, że obawiają się nagany, gdyż minęły te czasy, gdy swobodne wypowiadanie się oznaczało znoszenie prześladowań, a sugestia, że kościół <str. 103> może nie być nieomylny, równała się z oskarżeniem o niewiarę.”

Powiada on, że nikt nie domaga się nowej Ewangelii, ale starej Ewangelii o nowym znaczeniu:

“Z wszystkich stron podnoszone są żądania, aby zasady założyciela chrześcijaństwa były głoszone w sposób bardziej dosłowny i wierny. Dla wielu ludzi ‘kazanie na górze’ jest podsumowaniem Boskiej filozofii. ‘Głoście to! Głoście to’, wołają wszędzie reformatorzy wszystkich nurtów. Nie tylko głoście, ale pokazujcie to na własnym przykładzie. ‘Pokażcie nam’, powiadają oni, ‘że wasza praktyka potwierdza te zasady, a wtedy będziemy wam wierzyć! Naśladujcie Chrystusa, a my będziemy naśladować was!’

Tylko że tutaj właśnie leży przyczyna sporu. Kościół wyznaje, iż naucza zasad Chrystusowych, że głosi Jego Ewangelię. Świat słucha i odpowiada: ‘Wypaczyliście Prawdę!’ I oto mamy widowisko – niewierzący świat poucza wierzący kościół o prawdziwych zasadach jego religii! Jest to jeden z najbardziej uderzających i doniosłych znaków czasu. Wszystko jest tu nowe. Światu znana była od początku riposta: ‘Lekarzu, ulecz samego siebie!’ Ale dopiero w naszych czasach ludzie odważyli się powiedzieć: ‘Lekarzu, przepiszemy ci lekarstwo!’

Gdy biedni, potrzebujący, uciskani i smutni, którym każe się spoglądać na niebo i tam dopiero spodziewać się słusznej zapłaty, patrzą na świętobliwych kapłanów i uprzywilejowanych możnowładców odzianych w purpurę i jedwab oraz mających się znakomicie, gdy obserwują ich, jak gromadzą skarby tego świata, które mól i rdza psuje i którym zagrażają złodzieje, gdy widzą ich, jak z lekkim sercem służą i Bogu, i mamonie, poczynają wątpić w ich szczerość.

Szybko też zaczynają się oni jeszcze upewniać w przekonaniu, że nie cała prawda mieszka pod wieżami kościołów oraz że kościół jest bezsilny: nie potrafi zapobiec nieszczęściu, nie umie uzdrawiać chorych, nie potrafi nakarmić głodnych i odziać nagich, nie umie wskrzeszać umarłych i nie potrafi zbawić duszy. Następnie ludzie ci zaczynają mówić, że tak słaby i tak światowy kościół nie może być Boską instytucją. Jeszcze trochę, a zaczną porzucać jego ołtarze. Mówią oni: ‘Zaprzeczenie nieomylności kościoła i skuteczności jego zarządzeń oraz prawdziwości jego wyznań wiary nie jest równoznaczne z zaprzeczeniem skuteczności religii w ogóle. Nie wypowiadamy wojny chrześcijaństwu, lecz <str. 104> kościelnej wizji chrześcijaństwa. Szacunek dla Boskiej Prawdy nie jest sprzeczny z okazaniem głębokiej pogardy wobec kościelnictwa. Ten wspaniały Człowiek, który stąpał po ziemi, którego dotyk oznaczał życie, a uśmiech zbawienie, cieszy się jak najbardziej naszym szacunkiem i miłością. Ale uczuć tych nie zamierzamy już dłużej okazywać instytucjom, które twierdzą, że go reprezentują.

Kościół zarzuca swym oskarżycielom, że są niewierzący i dalej postępuje tak samo, gromadząc skarby, wznosząc świątynie i pałace, zawierając porozumienia z królami i przymierza z mocarzami. Tymczasem uformowane siły przeciwko niemu rosną w liczbę i znaczenie. Kościół utracił przywódczą role, czas jego władzy minął. Jest on wyłącznie znakiem, cieniem. Nie ma też możliwości, by odzyskał on swe utracone panowanie albo powrócił na tron. Marzenia o ogólnoświatowym panowaniu są złudzeniem. Jego berło zostało złamane na zawsze. Żyjemy już w okresie przejściowym. Ruch rewolucyjny obecnej doby jest powszechny i nie do powstrzymania. Trony zaczynają się chwiać. Wulkany zaczynają dymić pod pałacami królów, a gdy przewrócą się trony, runą także i kazalnice.

Ożywienia religijne w przeszłości były jedynie lokalne i krótkotrwałe. Obecnie zaś spodziewamy się ożywienia religijnego o zasięgu światowym – przywrócenia wiary w Boga i miłości do człowieka – kiedy to spełnią się najwspanialsze sny o powszechnym braterstwie. Dokona się to jednak wbrew kościołowi, a nie dzięki niemu, jako reakcja na kościelną tyranię, jako protest przeciwko formom i ceremoniom bez treści.”

W artykule zamieszczonym w The Forum w październiku 1890, zatytułowanym “Problemy społeczne a kościół” autorstwa biskupa Huntington, czytamy następujący komentarz dotyczący bardzo znamiennego i istotnego faktu:

“‘W jednej z publicznych sal w Nowym Jorku wielka, różnorodna publiczność oklaskiwała Jezusa Chrystusa a wygwizdała kościół. W ten sposób nie odpowiedziano na żadne pytanie, nie rozwiązano żadnego problemu, nie dowiedziono żadnego twierdzenia, nie objaśniono żadnego wersetu z Biblii, a jednak był to fakt o takim znaczeniu, jak połowa głoszonych obecnie kazań razem wziętych.’ Następnie wspomniał o tym, że były takie czasy, <str. 105> gdy ludzie wysłuchiwali słów ‘Chrystus i kościół’ w poważnym milczeniu, jeśli już nie z gorliwą pobożnością. Potem zaś zauważył: ‘Dopiero w ostatnich czasach, kiedy ludzie pracy nauczyli się myśleć, czytać, uzasadniać i rozważać, stało się możliwe, że prosty tłum ordynarnie, bo już trudno to nazwać brakiem szacunku, oddziela jedno od drugiego, jednemu oddając cześć, a drugie z pogardą odrzucając’.”

A oto jeszcze jeden znamienny przykład powszechnego sądu wyrażanego za pośrednictwem prasy:

Catholic Review [Przegląd Katolicki] oraz inne gazety nalegają, że powinno prowadzić się ‘nauczanie religii w więzieniach’. Słusznie. My idziemy jeszcze dalej. Nauczanie religii powinno być prowadzone także w innych miejscach poza więzieniami – w domach, na przykład, i w szkołach niedzielnych. O tak, nie damy się prześcignąć w liberalności, jesteśmy za nauczaniem religii także w niektórych kościołach. Nigdy nie za dużo rzeczy dobrych, jeśli korzysta się z nich z umiarem.”

“Kapelan pewnego zakładu karnego wypowiedział się, że dwadzieścia lat temu jedynie około pięć procent więźniów uczęszczało wcześniej do szkoły niedzielnej. Obecnie zaś, wśród rzeczywistych i przypuszczalnych przestępców, jest takich siedemdziesiąt pięć procent. Inny pastor podaje dane dotyczące jednej z izb wytrzeźwień, gdzie odpowiednio liczba ta wynosi osiemdziesiąt procent, a jeszcze inny twierdzi, że spośród kobiet lekkich obyczajów wszystkie były uczennicami szkoły niedzielnej. Prasowy komentarz do tych faktów stwierdzał, że określenie używane wcześniej w odniesieniu do szkoły niedzielnej, że jest ona ‘żłobkiem kościoła’, zaczyna być upiorną satyrą. Co należy zrobić?”

W ramach dyskusji dotyczących pytania, czy Wystawa Świata Kolumbijskiego w Chicago powinna być otwarta w niedziele, ujawniono następującą rzecz:

“Jest pewna pociecha. Nawet jeśli nie ma innego wyjścia i jarmarki w rodzaju teatrów czy kasyn będą otwarte w Chicago w niedziele, to i tak pozostaje pocieszająca myśl, że żaden amerykański obywatel nie jest zobowiązany tam chodzić. Nikt nie będzie pod tym względem w gorszej sytuacji, niż to miało miejsce za czasów apostolskich i wczesnego chrześcijaństwa. Oni nie mogli używać policji ani rzymskich legionów do propagowania swych poglądów i nalegania na swych bliźnich, aby ci byli bardziej pobożni niż <str. 106> mają na to ochotę. A przecież to właśnie pierwotne chrześcijaństwo bez żadnej pomocy ze strony państwa – mało tego, chrześcijaństwo prześladowane i cierpiące – naprawdę podbiło świat.”

W ogólnym poruszeniu, jakie zapanowało w naszych czasach, zarówno w kościele, jak i w świecie ludzie są zakłopotani i ogarnięci wielkim zamieszaniem. Ich uczucia zostały dobitnie wyrażone w New York Sun, gdzie czytamy:

“Pytanie, ‘Gdzie my jesteśmy? Gdzie my jesteśmy’ staje się brzemiennym pytaniem religijnym. Profesorowie w katedrach seminaryjnych wykładają nauki, które są tak odległe od oryginalnych poglądów ich dawnych twórców, że pewnie przewracają się oni w grobach. Przedstawiciele kleru w czasie ordynacji podpisują ślubowania, w które prawdopodobnie nie wierzą nawet ci, co je wydają. Zasady są w wielu przypadkach jedynie unoszącymi się na wodzie bojami, które pokazują, jak bardzo okręty kościołów oddaliły się od wyznaczonych na mapie szlaków. ‘Teraz są takie czasy, że każdy powinien postępować tak, jak mu się podoba i każdy dla siebie’ itd. Nikt nie wie, jak się to wszystko skończy, a ci którzy powinni być najbardziej zainteresowani, najmniej o to dbają.”

Tak ostra krytyka dotyczy nie tylko postępowania i wpływów kościoła, ale także najistotniejszych doktryn. Zauważcie, że w podobny sposób myślący ludzie bagatelizują obecnie bluźnierczą naukę o wiecznych mękach dla przeważającej większości rodzaju ludzkiego, przy pomocy której przez wiele lat sprawowano kontrolę nad ludźmi wykorzystując rozbudzane przez nią uczucie strachu. Kler zaczyna dostrzegać gwałtowną potrzebę podkreślenia wagi tej nauki, aby przeciwdziałać rozwojowi liberalizmu.

Pastor dr Henson z Chicago jakiś czas temu wyraził swe poglądy na ten temat. Pewien reporter przeprowadzał potem wywiad z innymi duchownymi na temat jego wypowiedzi. Można było zwrócić uwagę na lekceważący, bezduszny i szyderczy ton wypowiedzi na temat, o którym nie mieli oni najmniejszego pojęcia, ale który wedle ich rzekomych przekonań dotyczy wiekuistego losu milionów spośród ich współbliźnich. Ton ten godny był doprawdy prześladowczego ducha rzymskiego katolicyzmu. <str. 107>

Pastor dr Henson powiedział: “Hades z Nowego Przekładu [Revised Standard Version] Biblii jest jedynie piekłem w przebraniu. Śmierć jest śmiercią, nawet jeśli nazwiemy ją snem, a piekło jest piekłem, nawet jeśli nazwiemy go hadesem. Piekło jest rzeczywistością i jest ono diabelnie przerażające. W piekle będziemy mieli ciała. Zmartwychwstanie ciał oznacza konkretne miejsce oraz fizyczne męki. Jednak fizyczne męki nie są najgorsze. Duchowy ból, wyrzuty sumienia, oczekiwanie, które sprawia, że dusza będzie wiła się w cierpieniach, tak jak się wije robak na rozpalonych węglach – to jest najgorsze, a takie męki czekają grzeszników. Pragnienie i brak wody, by je zaspokoić, głód i brak jedzenia, aby się nasycić, nóż, który wbija się w serce po to, aby być wbity w nie jeszcze raz – bez końca i straszliwie. Oto piekło, które nas czeka. Śmierć przynosi uwolnienie z kieratu życia, lecz w piekle nie ma ulgi.”

Jakie wrażenie wywarło kazanie “doktora”? Być może uda się to komuś ocenić na podstawie wywiadów, jakie dziennikarze przeprowadzili z duchownymi następnego poranka.

“‘Co pan sądzi o piekle? Czy rzeczywiście wszyscy zostaniemy ochrzczeni w jeziorze roztopionej siarki i surówki żelaza, jeśli się nie poprawimy?’ – zapytał reporter prof. Swinga, jednego z najsłynniejszych kaznodziei w Chicago. Następnie prof. Swing zaczął się zanosić tak serdecznym śmiechem, że aż jego różowe policzki zrobiły się całkowicie czerwone jak u uczennicy. Wybitny kaznodzieja tak bębnił palcami po brzegu wykładanego stołu, że aż klosz jego małej lampki do czytania zaczął grzechotać, tak jakby i on się śmiał. ‘Po pierwsze’, powiedział, ‘myślę, że zdaje sobie pan sprawę z tego, że na temat piekła i przyszłej kary tak naprawdę to wiemy bardzo niewiele. Tymczasem moja metoda uzgadniania wszystkiego w Biblii polega na uduchowianiu. Uważam, że kara będzie proporcjonalna do grzechu. Skoro jednak przyszły świat będzie duchowy, to również nagrody i kary muszą zostać uduchowione.’

Pastor M. V. B. Van Ausdale śmiał się, gdy czytał sprawozdanie z kazania dr Hensona a następnie powiedział: ‘Owszem, on musi mieć rację. Znałem się z dr Hensonem przez jakiś czas i głosowałbym na niego z zamkniętymi oczami. Każdy z nas przyznaje, że istnieje piekło, czyli miejsce odpłaty i odpowiada ono wszystkim właściwościom przypisanym mu przez dr Hensona.’

Dr Ray przyjrzawszy się drukowanej wersji kazania stwierdził, że dr <str. 108> Henson wyraził takie samo stanowisko, jakie i on by zajął w tej sprawie.

Duchowni kongregacjonalni zgromadzeni w Grand Pacific na zwykłym posiedzeniu, przy drzwiach zamkniętych i bezpiecznie strzeżeni, wpuścili jednak na salę reportera Evening News [Wiadomości Wieczorne], który po zakończeniu zebrania zapytał, czy czytali lub słyszeli o kazaniu dr P. S. Hensena na temat piekła, które wygłosił poprzedniego wieczoru.’

Jednym z zainteresowanych uczestników tego spotkania był dr H. D. Porter z Pekinu w Chinach. Wstał on tego dnia wcześnie i zdążył pobieżnie przejrzeć wydrukowane w gazetach kazanie dr Hensona. Powiedział on: ‘Nie znam dr Hensona, ale sądzę, że jego odczucia są właściwie słuszne. U nas w Chinach nie będę głosił o siarce i rzeczywistych fizycznych mękach. Nie będę też mówił, że piekło będzie miejscem, gdzie realne cierpienia zostaną zastąpione wyłącznie intensywnymi cierpieniami psychicznymi i udrękami umysłu. Przyjmę stanowisko pośrednie, które określa piekło jako miejsce odpłaty, która łączy w sobie cierpienia fizyczne i psychiczne i ucieleśnia zasady ogólnie przyjęte wśród współczesnych duchownych.’

Inny przyjezdny pastor Spencer Bonnell z Cleveland w Ohio zgodził się z dr Hensonem w każdym szczególe. ‘Nadchodzi czas’, powiedział, ‘aby rozwijać jakieś powszechne koncepcje piekła, które doprowadziłyby każdy umysł do takiego samego rozumienia. Pastor H. S. Wilson nie miał wiele do powiedzenia, ale przyznał, że zgadza się z dr Hensonem. Pastor W. A. Moore wyraził podobne przekonania.

Pastor W. H. Holmes napisał: ‘Dr Henson jest wspaniałym kaznodzieją, który dobrze rozumie swoje przekonania oraz umie je wyrazić jasno i dobitnie. Streszczenie to dowodzi, że wygłosił on, jak zwykle, bardzo interesujące kazanie. Jego stanowisko w tym zakresie zostało na ogół dobrze przyjęte. Co do materialnego ciała, to nie wiem – ’

‘Nie wie Pan?’

‘Nie, jak ktoś umrze, to się przekona.’

Duchowni baptystyczni uważają, że ortodoksyjne kazanie dr Hensona na temat piekła było niemal całkowicie słuszne, a ci, którzy podjęli dyskusję na ten temat na porannym zebraniu, wyrażali się o nim w ciepłych słowach pochwał. <str. 109> Reporter Evening News pokazał sprawozdanie z kazania kilkunastu duchownym. Wszyscy twierdzili, że zgadzają się z wyrażonymi tam poglądami, ale tylko czterech było gotowych podjąć dyskusję na ten temat. Pastor C. T. Everett, wydawca czasopisma Sunday-School Herald, stwierdził, że poglądy wyrażone przez dr Hensona są ogólnie uznawane przez duchownych baptystycznych. ‘Nauczamy o wiecznym i przyszłym karaniu za grzechy tego świata’, powiedział. ‘Co się zaś tyczy rzeczywistego piekła z ogniem i siarką, to raczej zbyt wiele się na ten temat nie mówi. Wierzymy w karanie i wiemy, że będzie ono surowe, ale większość z nas zdaje sobie sprawę, że nie sposób dowiedzieć się w jaki sposób będzie ono wymierzane. Jak powiada dr Henson, jedynie ludzie prymitywni mogą uważać, że piekło oznacza cierpienia wyłącznie fizyczne. Najgorszy jest ból psychiczny, a tak właśnie będą musieli cierpieć biedni grzesznicy. Dr Perrin wyraził się z wielkim przekonaniem, że marnuje czas każdy, kto usiłuje dowieść, że nauczanie dr Hensona nie ma podstaw biblijnych, gdyż są to rzeczy jak najbardziej słuszne.

Pastor, pan Ambrose, duchowny o długiej karierze, był bardzo zadowolony z tego kazania. Wierzy on w każde słowo, które wygłosił dr Henson na temat przyszłych mąk dla biednych grzeszników. ‘Większość kaznodziei baptystycznych wierzy w piekło’, stwierdził, ‘a także je głosi’.

Pastor pan Wolfenden powiedział, że nie czytał jeszcze relacji na temat owego kazania, ale jeśli było w nim coś na temat piekła i przyszłej kary, to zgadza się z doktorem i uważa, że większość duchownych baptystycznym podziela te poglądy, jakkolwiek jest kilku, którzy nie wierzą w piekło w ściśle ortodoksyjnym ujęciu tego zagadnienia.

Na podstawie tego wszystkiego, co zebrał reporter można śmiało powiedzieć, że gdyby pojawiły się wątpliwości w tym temacie, to duchowni baptystyczni nie byliby wcale zacofani udzielając pełnego poparcia dla poglądów dr Hensona o rzeczywistym, staromodnym, ortodoksyjnym piekle.

Tak więc duchowieństwo wyraża swoje poglądy, jakoby wieczne męki dla ich współbliźnich były kwestią zwykłej konsekwencji w rozumowaniu, o czym można rozmawiać używając nonszalanckich żartów i śmiejąc się i co można uznać za prawdę nie podając ani jednego dowodu lub biblijnej argumentacji. Tymczasem świat zwraca uwagę na taką zarozumiałą arogancję i wyciąga w tym zakresie wnioski dla siebie. <str. 110>

W czasopiśmie Globe Democrat [Światowy Demokrata] czytamy: “Dobre wieści docierają z Nowego Jorku, gdzie Amerykańskie Towarzystwo Traktatów proponuje, by wycofać z obiegu cały duchowy pokarm, jaki oferowało przez ostatnie pięćdziesiąt lat i chce całkowicie zrewidować swoje poglądy religijne. Faktem jest, że świat wyrósł z ostrych i pikantnych potraw, które odpowiadały poprzedniemu pokoleniu, i wywołanie reakcji u słuchaczy całkowicie przerasta dziś siły kilku gorliwych dżentelmenów. Także kościoły wolnym krokiem, spokojnie przechadzają się wraz z resztą świata, głosząc tolerancję, humanitaryzm, przebaczenie, dobroczynność i miłosierdzie. Być może to wszystko nieprawda, a my ciągle powinniśmy czytać i wierzyć w najwłaściwsze dla nas granatowo-czarne proroctwa. Tyle że ludzie tego ani nie czynią, ani nie mają na to ochoty.”

Inne czasopismo stwierdza:

“Dr Rossiter W. Raymond, sprzeciwiając się wysłaniu składek na rzecz Amerykańskiej Rady Misji Zagranicznych, powiedział dość energicznie: ‘Mam już naprawdę dość ciągłego tolerowania żebraniny Amerykańskiej Rady o poparcie ich misjonarzy, którzy niezmiennie wierzą w potępienie pogan i potępieńczą herezję, że Bóg nie kocha pogan. Mam już dosyć tego całego nędznego oszustwa i nie dam ani grosza na propagowanie wieści o potępieniu. Nie pozwolę, aby nauka ta była głoszona za moje pieniądze. To, że Bóg jest miłością, jest dobrą nowiną, lecz stała się ona starą, wyświechtaną prawdą dzięki tym właśnie ludziom, którzy wleką swe miażdżące wozy przez pogańskie kraje i każą nam żywić bestie, które je ciągną. Moim chrześcijańskim obowiązkiem jest nieudzielanie żadnego poparcia tym, którzy nauczają pogan, że ich ojcowie poszli do piekła.”

Widzimy więc, jak obecny porządek rzeczy chwieje się na wadze opinii publicznej. Nadszedł czas wyznaczony na jego obalenie. Wielki Sędzia całej ziemi unosi wagę ludzkiego rozumu i wskazuje na odważniki prawdy i sprawiedliwości, a zwiększając strumień światła rozwoju wiedzy, nawołuje świat do sprawdzenia i doświadczenia sprawiedliwości Jego decyzji skazującej na zniszczenie puste szyderstwo fałszywych roszczeń chrześcijaństwa. Świat stosuje ten sprawdzian stopniowo, ale szybko, aż w końcu wszyscy dojdą do tego samego wniosku: Babilon – <str. 111> wielkie miasto zamieszania, wraz ze swymi wyniosłymi władzami świeckimi i kościelnymi, wraz z całym domniemanym dostojeństwem, bogactwem, tytułami, wpływami, zaszczytami, całą próżną chwałą – jak wielki kamień młyński zostanie wrzucony do morza (niespokojnego morza nieopanowanych ludzi), aby już nigdy nie powstać (Obj. 18:21; Jer. 51:61-64).

Jego zniszczenie dokona się całkowicie przy zakończeniu wyznaczonych “Czasów Pogan” – w 1915 roku.1 Wydarzenia gwałtownie rozwijają się w kierunku takiego przesilenia i zakończenia. Chociaż rozprawa nie jest jeszcze zakończona, już dziś ludzie widzą napis obwieszczający jego wyrok – “Zważonyś na wadze, a znalezionyś lekki”! Stopniowo zostanie wykonany wyrok na Babilonie, na chrześcijaństwie. Stare przesądy, które od dawna przedłużały jego istnienie, zostały już prawie usunięte. Stare wyznania wiary i przepisy prawne, tak dawniej szanowane i bez wahania popierane, są obecnie otwarcie kwestionowane. Wykazuje się ich niespójność oraz wyśmiewa namacalne błędy. Ludzie nie kierują się jednak w stronę Biblijnej Prawdy i zdrowego rozsądku, ale popadają w niewiarę, która szerzy się tak poza nominalnym kościołem, jak i w jego obrębie. Wśród tych, którzy uznają samych siebie za Kościół Chrystusa, Słowo Boże nie jest już ani zasadą wiary, ani przewodnikiem życia. Jego miejsce zajmują ludzkie filozofie i teorie. Kwitną pogańskie wymysły tam, gdzie dawniej nie miałyby przystępu.

1 Zob. Przedmowa z 1916 roku oraz “Nadszedł Czas” (II Tom), str. 5-6 – przyp.tłum.

Jedynie niewielu członków wielkich kościołów nominalnych jest na tyle trzeźwych, żeby zdać sobie sprawę ze swego opłakanego stanu, jeśli nie brać pod uwagę stanu liczebnego i finansowego. Ich członkowie, ci siedzący w ławkach i ci stojący za mównicami, są jednak do tego stopnia odurzeni i oszołomieni duchem światowości, zostali przez niego tak pochłonięci, że nie są w stanie zauważyć jego duchowego upadku. Jednak pod względem liczebnym <str. 112> oraz finansowym to osłabienie odczuwa się bardzo dotkliwie, bowiem z jego trwałością powiązane są interesy, perspektywy i przyjemności obecnego życia, aby je zaś zaspokoić powstaje konieczność ciągłego wykazywania, że realizowane jest to, co oni uważają za podstawowe polecenie od Boga – nawrócenie świata. Miarę jego sukcesu w tym zakresie stwierdzimy w następnym rozdziale.

Gdy patrzymy na to, jak Babilon został pozwany, aby się tłumaczył w obecności całego świata, z całą siłą przychodzi nam na myśl proroctwo Psalmisty o tych wydarzeniach, które zacytowaliśmy na początku tego rozdziału! Chociaż Bóg milczał przez całe wieki, gdy zło triumfowało w Jego imieniu, a prawdziwi święci cierpieli różne prześladowania, to jednak nie pozostanie niepomny na te rzeczy. I właśnie teraz nadszedł czas, o którym powiedział On przez proroka mówiącego: “Ale będę cię karał, i stawięć to przed oczy twoje”. Niech więc wszyscy, którzy czuwają i są po właściwej stronie w tych niesłychanie ważnych czasach, zwracają na to uwagę i zauważą jak doskonale pasują do siebie proroctwo oraz jego wypełnienie. <str. 113>

Return to Polish Home Page

 

Illustrated 1st Volume
in 31 Languages
 Home Page Contact Information