Studies in the Scriptures

Tabernacle Shadows

 The PhotoDrama of Creation

 

Wykład VII

Zgromadzenie narodów i przygotowanie żywiołów dla wielkiego ognia zapalczywości Pańskiej

Jak i dlaczego zgromadzane są narody – Przygotowywanie żywiołów społecznych dla wielkiego ognia – Gromadzenie skarbów – Wzmaganie się ubóstwa – Tarcia społeczne przybliżają moment zapłonu – Słowa przewodniczącego Amerykańskiej Federacji Świata Pracy – Bogacze bywają czasami zbyt ostro potępiani – Połączenie samolubstwa z wolnością – Pogląd bogatych i biednych na temat niezależności – Dlaczego obecna sytuacja nie może być trwała – Maszyny ważnym czynnikiem w dziele przygotowania do wielkiego ognia – Konkurencja wśród kobiet – Rozsądna i nierozsądna ocena sytuacji ze strony świata pracy – Nieugięte prawo podaży i popytu obowiązujące wszystkich – Zatrważające spojrzenie na zagraniczną konkurencję w przemyśle – Obawy pana Justina McCarthy dotyczące Anglii – Wypowiedź parlamentarzysty Keira Hardie na temat spojrzenia na świat pracy w Anglii – Prorocze słowa J. Chamberlaina skierowane do brytyjskich robotników – Związek agresji narodowej z interesem przemysłowym – Wypowiedź pana Liebknechta na temat społecznej i przemysłowej wojny w Niemczech – Uchwały kongresu Międzynarodowej Organizacji Handlu – Olbrzymowie naszych dni – Lista trustów i konsorcjów – Barbarzyńskie niewolnictwo a cywilizowana niewola – Masy społeczne między górnym i dolnym kamieniem młyńskim – Powszechność tej sytuacji oraz brak możliwości uregulowania jej mocą ludzką.

“Przeto oczekujcie na mię, mówi Pan, do dnia, którego powstanę do łupu; bo sąd mój jest, abym zebrał narody i zgromadził królestwa, abym na nie wylał rozgniewanie moje i wszystkę popędliwość gniewu mego; ogniem zaiste gorliwości mojej będzie pożarta ta wszystka ziemia. Bo na ten czas przywrócę narodom wargi czyste, którymi by wzywali wszyscy imienia Pańskiego, a służyli mu jednomyślnie” – Sof. 3:8,9. <str. 270>

Zgromadzenie narodów w tych ostatecznych dniach, stanowiące wypełnienie zacytowanego powyżej proroctwa, jest niezwykle znamienne. Współczesne odkrycia i wynalazki sprawiły, że naprawdę nawet najodleglejsze krańce ziemi znalazły się obecnie w bliskim sąsiedztwie. Podróże, urządzenia pocztowe, telegraf, telefon, handel, rozpowszechnienie książek i gazet oraz inne podobne zjawiska doprowadziły do tego, że świat osiągnął nieznany dotąd stopień wspólnoty myśli i działania. Taki stan rzeczy spowodował już nawet konieczność ustanowienia międzynarodowych praw i uregulowań, które powinny być przestrzegane przez wszystkie kraje. Przedstawiciele państw spotykają się na naradach, a każdy kraj ma w obcych państwach swych ambasadorów albo innych przedstawicieli. Jednym z rezultatów owego sąsiedztwa narodów jest organizowanie wystaw międzynarodowych. Żaden kraj nie może już cieszyć się wyłącznością, która mogłaby zagrodzić innym państwom drogę do jego portów. Z konieczności więc otwarły się wszystkie bramy i stan ten nie może już ulec zmianie. Z łatwością pokonywane są nawet bariery językowe.

Przedstawiciele narodów cywilizowanych nie czują się już cudzoziemcami w żadnej części świata. Wspaniałe statki morskie łatwo i wygodnie przewożą do najbardziej odległych zakątków ziemi przedstawicieli handlu i przemysłu, wysłanników politycznych oraz ciekawskich poszukiwaczy przygód. We wspaniałych wagonach kolejowych udają się oni następnie w głąb lądu, skąd przywożą ogromną ilość informacji i pomysłów, ożywiających nowe projekty i przedsięwzięcia. Nawet nieoświecone narody pogańskie budzą się z wiekowego snu i z zaciekawieniem oraz podziwem przyglądają się dalekim przybyszom, którzy opowiadają im o swych cudownych osiągnięciach. Obecnie zaś także i one wysyłają za granice swoich przedstawicieli, aby skorzystali z tych nowych znajomości.

Jakże niezwykłym wydarzeniem wydawało się za dni Salomona to, że królowa z Saby przebyła około osiemset kilometrów, by słuchać mądrości Salomona i oglądać jego wielkość. <str. 271> Tymczasem dzisiaj ogromna ilość ludzi, nawet nie utytułowanych, przemierza cały świat, którego większa część była jeszcze wtedy w ogóle nieznana, aby zobaczyć wszystkie bogactwa, które zostały zgromadzone, i przekonać się o dokonanych postępach. Dzisiaj można wygodnie, a nawet luksusowo, objechać ziemię dookoła w czasie krótszym niż osiemdziesiąt dni.

Zaiste narody zostały “zgromadzone” w sposób zgoła nieoczekiwany. Jest to jednak jedyny sposób, w jaki mogło się to odbyć, tj. poprzez zgromadzenie we wspólnych interesach i przedsięwzięciach; niestety jednak nie jest to zgromadzenie w braterskiej miłości, gdyż każdy krok na drodze tego postępu nacechowany jest samolubstwem. Duch przedsiębiorczości, którego siłą motywacyjną jest samolubstwo, pobudził rozwój kolei, statków parowych, linii telegraficznych, kablowych i telefonicznych. Samolubstwo jest czynnikiem regulującym handel, międzynarodowe stosunki wzajemne oraz wszelkie inne zamierzenia i przedsięwzięcia, z wyjątkiem może głoszenia Ewangelii i zakładania instytucji dobroczynnych. Nawet jednak i w tych dziedzinach można żywić obawę, że wiele z tego, co się czyni, ma inne pobudki, niż tylko czysta miłość względem Boga i ludzkości. Samolubstwo zgromadziło narody i ustawicznie przygotowuje je na przepowiedzianą, a obecnie nadciągającą już wielkimi krokami, odpłatę anarchii, obrazowo przedstawionej jako “ogień zapalczywości Pańskiej” albo Jego gniewu, który już niebawem całkowicie pochłonie obecny porządek społeczny – świat, który jest (2 Piotra 3:7). Tak to wygląda z punktu widzenia człowieka; prorok przypisuje jednak dzieło zebrania narodów Bogu. Obydwa te stwierdzenia są słuszne, gdyż człowiek cieszy się swobodą działania, ale Bóg dzięki swej przemożnej opatrzności kształtuje bieg ludzkich spraw tak, by odpowiadały Jego mądrym zamierzeniom. A zatem człowiek ze swymi uczynkami i metodami stanowi czynnik wykonawczy, ale to Bóg jest wielkim Zarządcą, który zbiera obecnie narody i gromadzi królestwa ze wszystkich krańców ziemi, co stanowi przygotowanie do przekazania władzy nad ziemią temu, “co do niej ma prawo” – Immanuelowi. <str. 272>

Prorok informuje nas, dlaczego Pan zbiera narody, mówiąc: “Abym na nie wylał rozgniewanie moje i wszystką popędliwość gniewu mego; ogniem zaiste gorliwości mojej będzie pożarta ta wszystka ziemia [cała struktura społeczna]”. Poselstwo to niosłoby dla nas jedynie smutek i udręczenie, gdyby nie zapewnienie, że rezultaty tych wydarzeń okażą się korzystne dla świata dzięki obaleniu rządów samolubstwa i ustanowieniu za pośrednictwem tysiącletniego Królestwa Chrystusowego panowania sprawiedliwości, o której mówi prorok: “Bo na ten czas przywrócę narodom wargi czyste [ich stosunki wzajemne nie będą już oparte na samolubstwie, ale będą czyste, wierne i pełne miłości], którymi by wzywali wszyscy imienia Pańskiego, a służyli mu jednomyślnie”.

Owo “zebranie narodów” przyczyni się do wzmocnienia surowości sądu, a jednocześnie sprawi, że nikt go nie uniknie. Sprawi to, że ucisk będzie krótki i stanowczy, tak jak jest napisane: “Sprawę zaiste skróconą uczyni Pan na ziemi” (Rzym. 9:28; Izaj. 28:22).

Przygotowywanie żywiołów społecznych
dla wielkiego ognia

Rozglądając się wokół siebie dostrzegamy “żywioły” przygotowujące się na ogień owego dnia – na ogień gniewu Bożego. Samolubstwo, wiedza, bogactwo ambicja, nadzieja, niezadowolenie, strach i rozpacz stanowią czynniki, których wzajemne tarcie już niebawem doprowadzi do rozpalenia gniewnych namiętności świata i spowoduje, że rozmaite “żywioły” społeczne rozpalone ogniem stopnieją. Rozglądając się po świecie, zauważamy jakie zmiany zaszły w związku z tymi namiętnościami na przestrzeni minionego stulecia, a zwłaszcza w ciągu ostatnich czterdziestu lat. Dawne zadowolenie wynikające z zaspokojenia opuściło wszystkie klasy – bogatych i biednych, mężczyzn i kobiety, wykształconych i niewykształconych. Każdy jest niezadowolony. Wszyscy samolubnie i coraz gwałtowniej domagają się swoich “praw” albo ubolewają z powodu <str. 273> “bezprawia”. A zaiste jest to bezprawie, straszliwe bezprawie, które trzeba naprawić, a prawami trzeba się cieszyć i je respektować, lecz nasze czasy, czasy wzrostu wiedzy i niezależności, cechują się skłonnością do jednostronnego spojrzenia, do zwracania bacznej uwagi na własne interesy przy jednoczesnym lekceważeniu strony przeciwnej. Według przepowiedni proroka doprowadzi to w końcu do tego, że ręka każdego człowieka obróci się przeciwko bliźniemu, co stanie się bezpośrednią przyczyną wielkiej ostatecznej katastrofy. Wobec zdecydowanego przekonania o posiadaniu praw osobistych Słowo Boże i Opatrzność oraz lekcje z przeszłości poszły w niepamięć, co uniemożliwia ludziom wszystkich klas obranie mądrzejszego i bardziej umiarkowanego kierunku postępowania, kierunku, którego nawet nie są w stanie dostrzec, gdyż samolubstwo zaślepiło ich do tego stopnia, że nie widzą niczego, co nie pasuje do ich stereotypów. Żadna z klas nie potrafi bezstronnie uwzględnić dobra i praw innych. Złota reguła jest powszechnie lekceważona, a brak mądrości, podobnie jak i niesprawiedliwość takiego postępowania, stanie się niebawem oczywista dla wszystkich klas, gdyż wszystkie klasy będą straszliwie cierpieć w czasie ucisku. Z tym że bogaci, jak informuje nas Pismo Święte, będą cierpieć najbardziej.

Oto bogacze pilnie gromadzą bajeczne skarby na ostanie dni, burzą spichlerze, po to, by na ich miejsce wznieść większe, mówiąc sobie i potomnym: “Duszo! masz wiele dóbr złożonych na wiele lat; odpocznijże, jedz, pij, bądź dobrej myśli. Tymczasem Bóg przemawia do nich przez proroka: “O głupi, tej nocy upomnę się duszy twojej od ciebie, a to, coś nagotował, czyjeż będzie?” (Łuk. 12:15-20)

Owszem prędko zbliża się przepowiedziana ciemna noc (Izaj. 21:12; 28:12,13,21,22; Jan 9:4), która jak sidło przypadnie na cały świat. A wtedy, rzeczywiście, do kogóż będą należały zgromadzone skarby, skoro w owej godzinie ucisku “srebro swoje po ulicach rozrzucą, a złoto ich będzie jako nieczystość”? “Srebro ich i złoto ich nie będzie ich mogło <str. 274> wybawić w dzień popędliwości Pańskiej; (…) przeto, że im jest ku obrażeniu nieprawość ich” – Ezech. 7:19.

Gromadzenie skarbów

Jest rzeczą oczywistą, że żyjemy w czasach, które przyćmiły wszystkie inne epoki pod względem nagromadzenia bogactw oraz “rozkoszy”, czyli rozrzutnego życia prowadzonego przez bogaczy (Jak. 5:3,5). Posłuchajmy świadectw w tym zakresie pochodzących z bieżącej literatury. Jeśli można bowiem jednoznacznie udowodnić, że tak jest, to będziemy mieli kolejny dowód na to, że żyjemy w “ostatnich dniach” obecnej dyspensacjis i że zbliża się wielki ucisk, który ostatecznie usunie obecny porządek świata i zaprowadzi nowy ład pod panowaniem Królestwa Bożego.

Pan William E. Gladstone w szeroko komentowanym przemówieniu określił obecny czas mianem “wieku produkcji bogactw”. Potem zaś powiedział:

“Mam tu przed sobą panów, którzy za swego życia zaznali większego nagromadzenia bogactw niż to miało miejsce we wszystkich poprzedzających okresach od dni Juliusza Cezara”.

Zwróćcie uwagę na to stwierdzenie w ustach jednego z najlepiej poinformowanych ludzi na świecie. Ten tak dla nas trudny do pojęcia fakt, że w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat wyprodukowano i zgromadzono więcej bogactw, niż na przestrzeni poprzednich dziewiętnastu stuleci, jest i tak według statystyki oparty na bardzo ostrożnym szacunku, a nowa sytuacja, jaka się przez to wytwarza, ma już niebawem odegrać istotną rolę w ponownym uregulowaniu społecznego porządku świata.

Gazeta The Boston Globe, opublikowała kilka lat temu następujące zestawienie niektórych bogatych ludzi w Stanach Zjednoczonych:

“Dwudziestu jeden magnatów kolejowych, którzy spotkali się w poniedziałek w Nowym Jorku, aby przedyskutować zagadnienie konkurencji na kolei, dysponuje kapitałem o wysokości 3 miliardów dolarów. Żyją jeszcze ludzie pamiętający te czasy, gdy w naszym kraju było zaledwie kilku <str. 275> milionerów. Obecnie liczbę milionerów oblicza się na 4600, a mówi się, że roczny dochód wielu z nich przekracza milion dolarów.

Według ostrożnych szacunków w Nowym Jorku jest zaskakująco wysoka liczba 1157 ludzi i majątków, z których każdy jest wart milion dolarów. W Brooklynie jest 162 ludzi i majątków o wartości przekraczającej milion dolarów. Tak więc w tych dwóch miastach jest 1319 milionerów, przy czym majątek wielu z nich przekracza milion dolarów. Są oni więc multimilionerami. Różny jest też charakter tych wielkich fortun, toteż przynoszą one różne dochody. Rentowność tych bardziej okazałych liczy się w okrągłych cyfrach. I tak: majątek Johna D. Rockefellera przynosi 6 procent, Williama Waldorfa Astora – 7 procent, majątek Jaya Goulda, który po przejęciu go przez korporację pozostał praktycznie nadal nie podzielony – 4 procent, Corneliusa Vanderbilta – 5 procent oraz Williama K. Venderbilta – 5 procent.

Licząc według podanej rentowności i doliczając odsetki kapitalizujące się w cyklu półrocznym, roczny i dzienny dochód czterech wymienionych osób i majątków jest następujący:

Rocznie Dziennie

William Waldorf Astor $8 900 000 $23 277

John D. Rockefeller 7 611 250 20 853

Majątek Jaya Goulda 4 040 000 11 068

Cornelius Vanderbilt 4 048 000 11 090

William K. Vanderbilt 3 795 000 10 397

 

Powyższe kwoty z pewnością oszacowane są bardzo ostrożne, gdyż już szesnaście lat temu odnotowano, że kwartalna dywidenda pana Rockefellera od akcji koncernu Standard Oil Company, w którym jest on jednym z głównych udziałowców, opiewała na cztery miliony dolarów, a przecież ten sam pakiet udziałów przynosi dzisiaj znacznie większe dochody.

Gazeta The Niagara Falls Review jeszcze przed nastaniem obecnego wieku opublikowała następujące ostrzeżenie: <str. 276>

“Jedno z największych niebezpieczeństw zagrażających obecnie stabilności amerykańskich instytucji to wzrost liczby milionerów i systematyczna koncentracja własności i pieniędzy w rękach jednostek. Niedawny artykuł w liczącej się gazecie wydawanej w Nowym Jorku podaje liczby, które powinny zwrócić uwagę opinii publicznej na rozwój tego zagrożenia. Poniższa lista zawiera nazwiska dziewięciu osób, o których mówi się, że są właścicielami największych fortun w Stanach Zjednoczonych:

William Waldorf Astor $150 000 000

Jay Gould 100 000 000

John D. Rockefeller 90 000 000

Cornelius Vanderbilt 90 000 000

William K. Vanderbilt 80 000 000

Henry M. Flagler 60 000 000

John L. Blair 50 000 000

Russell Sage 50 000 000

Collis P. Huntington 50 000 000

Łącznie $720 000 000

Jeśliby oszacować dochody przynoszone przez te ogromne sumy przyjmując przeciętne odsetki, jakie uzyskuje się przy innych tego typu inwestycjach, to otrzymuje się następujące kwoty:

Rocznie Dziennie

Astor $9 135 000 $25 027

Rockefeller 5 481 000 16 003

Gould 4 040 000 11 068

Vanderbilt, C. 4 554 000 12 477

Vanderbilt, W. K. 4 048 000 11 090

Flagler 3 036 000 8 318

Blair 3 045 000 8 342

Sage 3 045 000 8 342

Huntington 1 510 000 4 137

Niemal wszyscy ci ludzie prowadzą stosunkowo prosty tryb życia i nie są w stanie wydać nawet skromnej części tych ogromnych dziennych i rocznych dochodów. W konsekwencji nadwyżka staje się kapitałem i przyczynia się do dalszego wzrostu bogactwa tych osób. Rodzina Vanderbiltów posiada obecnie następujące ogromne sumy pieniędzy:

(Ostatnie kilka lat zapewne znacznie zwiększyły niektóre z tych liczb.) <str. 277>

Cornelius Vanderbilt $90 000 000

William K. Vanderbilt 80 000 000

Frederick W. Vanderbilt 17 000 000

George W. Vanderbilt 15 000 000

Mrs. Elliot F. Sheppard 13 000 000

Mrs. William D. Sloane 13 000 000

Mrs. Hamilton McK. Twombly 13 000 000

Mrs. W. Seward Webb 13 000 000

Łącznie $254 000 000

Jeszcze bardziej zdumiewająca jest akumulacja kapitału dokonana przez trust Standard Oil, który został niedawno rozwiązany i przejęty przez Standard Oil Company. Majątki z tej inwestycji były następujące:

John D. Rockefeller $90 000 000

Henry M. Flagler 60 000 000

William Rockefeller 40 000 000

Benjamin Brewster 25 000 000

Henry H. Rogers 25 000 000

Oliver H. Payne (Cleveland) 25 000 000

Wm. G. Warden (Philadelphia) 25 000 000

Majątek Chas. Pratta (Brooklyn) 25 000 000

John D. Archbold 10 000 000

Łącznie $325 000 000

Bogactwo to zostało zgromadzone w rękach ośmiu, czy dziewięciu ludzi w ciągu zaledwie dwudziestu lat. I w tym właśnie tkwi zagrożenie. W rękach Goulda, Vanderbiltów i Huntingtona znajdują się wielkie koleje Stanów Zjednoczonych. W posiadaniu Sage’a, Astorów i innych są pozostałe wielkie odcinki na terenie Nowego Jorku, które nieustannie nabierają wartości. Na skutek naturalnej akumulacji połączone majątki tych dziewięciu rodzin w ciągu dwudziestu pięciu lat wzrosłyby do kwoty 2 754 000 000 dolarów. Majątek samego Williama Waldorfa Astora, wyłącznie dzięki czystej sile akumulacji, jeszcze przed jego śmiercią osiągnie wartość miliarda dolarów, a pieniądze te, podobnie jak u Vanderbiltów i innych, przejdą na rodzinę, tworząc arystokrację finansową, która jest skrajnym zagrożeniem dla ogólnego dobrobytu oraz stanowi osobliwy komentarz w stosunku do arystokracji z urodzenia czy talentu, którą Amerykanie uważają za bardzo szkodliwą dla Wielkiej Brytanii. <str. 278>

Istnieją także i inne wielkie majątki, a kolejne fortuny dopiero powstają. Wymienimy tylko niektóre z nich:

William Astor $40 000 000

Leland Stanford 30 000 000

Mrs. Hetty Green 30 000 000

Philip D. Armour 30 000 000

Edward F. Searles 25 000 000

J. Pierpont Morgan 25 000 000

Majątek Charlesa Crockera 25 000 000

Darius O. Mills 25 000 000

Andrew Carnegie 25 000 000

Majątek E. S. Higginsa 20 000 000

George M. Pullman 20 000 000

Łącznie $295 000 000

I tak kapitał o niewyobrażalnej wysokości znalazł się w rękach jednostek, co pozbawiło wielu innych [potencjalnych okazji]. Nie ma ludzkiej siły, która byłaby w stanie uregulować tę dręczącą kwestię. Jest źle, a będzie jeszcze gorzej.”

O niektórych amerykańskich milionerach i o tym,
jak zdobyli swoje miliony

Wydawca czasopisma Review of Reviews [Przegląd Przeglądów] podaje informację, którą sam określa w następujący sposób: “Kilka wyjątków z najbardziej pouczającej i zabawnej gazety, której jedynym uchybieniem jest zbyt optymistyczne spojrzenie na plutokratycznąs ośmiornicę”. Oto jego słowa:

“Pewien zastrzegający sobie anonimowość Amerykanin, na podstawie swoich osobistych doświadczeń, z wielką sympatią opowiada dla Cornhill Magazine historię niektórych milionerów naszej olbrzymiej republiki. Utrzymuje on, że nawet jeśli cztery tysiące milionerów dzieli między sobą czterdzieści miliardów dolarów z siedemdziesięciu sześciu miliardów, które stanowią ogólny majątek całego narodu, to i tak dla pozostałych przypada średnio 500 dolarów na każdego obywatela, wobec 330 dolarów, które przypadały na osobę czterdzieści pięć lat temu. Twierdzi on, że milionerzy wzbogacili się nie zubożając pozostałych klas, ale czyniąc je bogatszymi. <str. 279>

‘Komandor Vanderbilt, który zarobił pierwszy milion dla rodziny Vanderbiltów, urodził się zaledwie sto lat temu. Jego kapitałem były tradycyjnie bose stopy, puste kieszenie i wiara we własne szczęście – fundament tak wielu amerykańskich fortun. Ciężka praca od szóstego do szesnastego roku życia dostarczyła mu kolejnego, bardziej namacalnego kapitału w postaci stu dolarów gotówką. Pieniądze te zainwestował w niewielką łódkę, dzięki której uruchomił swój własny interes – transport jarzyn do Nowego Jorku. Mając dwadzieścia lat ożenił się i odtąd razem z żoną zajęli się robieniem pieniędzy. On pływał swoją łódką, a ona prowadziła hotel. Trzy lata później miał już dziesięć tysięcy dolarów. Potem szybko przybywało mu pieniędzy – tak szybko, że gdy wybuchła wojna domowa, chłopiec, który zaczynał od jednej łódki o wartości stu dolarów, był w stanie ofiarować swemu narodowi jeden ze swoich statków o wartości ośmiuset tysięcy dolarów, nie nadwyrężając przy tym swych zasobów finansowych i możliwości swej floty. W wieku siedemdziesięciu lat posiadał fortunę o wartości siedemdziesięciu milionów dolarów.

Fortuna Astora zawdzięcza swe istnienie umysłowi jednego człowieka i naturalnemu rozwojowi wielkiego narodu. Wśród czterech pokoleń John Jacob Astor był jedynym, który na prawdę umiał zbić majątek. Pieniądze, które zdobywał, nie wnikając w to w jaki sposób, inwestował w nieruchomości miejskie w Nowym Jorku. Obszar tego miasta jest ograniczony, gdyż jest ono położone na wyspie, tak więc rozwój miasta Nowy Jork, który był skutkiem rozwoju całej republiki, sprawił, że jego skromny majątek z osiemnastego wieku stał się jedną z największych fortun amerykańskich dziewiętnastego wieku. Pierwszym i ostatnim z Astorów, nad którego mistrzostwem w robieniu milionów warto się zastanawiać, był przeto John Jacob Astor, który uprzykrzywszy sobie pracę jako pomocnik w sklepie rzeźniczym ojca, znajdującym się w Waldorf, około sto dziesięć lat temu wybrał się, by spróbować szczęścia w nowym świecie. Na statku zbił on, w pewnym sensie, swoją całą fortunę. Tam bowiem spotkał starego handlarza skórami, który nauczył go sztuczek, jakimi posługiwał się wśród Indian prowadząc handel skórami. Astor zajął się takim handlem i zrobił na tym pieniądze. Następnie ożenił się z bystrą i energiczną młodą kobietą imieniem Sarah Todd. Sarah i John Jacob mieli niewyszukany zwyczaj spędzania wszystkich wieczorów w swym sklepie przy sortowaniu futer. (…) W ciągu piętnastu lat John Jacob i Sarah, jego żona, zgromadzili dwa i pół <str. 280> miliona dolarów. (…) Obracając z powodzeniem obligacjami Stanów Zjednoczonych, których cena była wtedy bardzo niska, John Jacob podwoił swój majątek, który następnie został ulokowany w nieruchomościach i w tym stanie przetrwał do dzisiaj.

Leland Stanford, Charles Crocker, Mark Hopkins i Collis P. Huntington udali się do Kalifornii w okresie gorączki złota w 1849 roku. Gdy pojawiła się kwestia budowy kolei transkontynentalnej, owa czwórka ‘dostrzegła w tym miliony’ i razem założyli Union Pacific. Majątek tych czterech ludzi, którzy w 1850 roku byli nędzarzami, ocenia się dzisiaj na 200 milionów dolarów.

Jeden z nich, Leland Stanford, postanowił założyć rodzinę. Jednak dziesięć lat temu zmarł jego jedyny syn i w tej sytuacji zdecydował się on ufundować uniwersytet ku czci swego syna. A dokonał tego w iście książęcym stylu. Będąc jeszcze ‘w ciele’ przekazał członkom rady powierniczej trzy gospodarstwa o łącznej powierzchni 34 400 hektarów, które dzięki swym wspaniałym winnicom warte były 6 milionów dolarów. Do tego dodał 14 milionów w papierach wartościowych, a w dniu swej śmierci pozostawił uniwersytetowi spadek w wysokości 2,5 miliona dolarów, zamykając całą kwotę swej darowizny od pojedynczego człowieka dla placówki oświatowej sumą 22,5 miliona dolarów, która jest prawdopodobnie ‘rekordem świata’ w tej dziedzinie. Również jego żona powiadomiła, że ma zamiar przekazać uniwersytetowi osobisty majątek o wartości około 10 milionów dolarów.

Najznakomitszego przykładu robienia pieniędzy w historii amerykańskich milionów dostarcza Standart Oil Trust.

Trzydzieści lat temu pięciu młodych ludzi mieszkających w większości w małym mieście Cleveland (w stanie Ohio) i stosunkowo niezamożnych (prawdopodobnie cała ta grupa nie mogła się poszczycić nawet 50 tysiącami dolarów) dostrzegło możliwości finansowe tkwiące w ropie naftowej. Mówiąc obrazowym językiem przewodników znad starej rzeki ‘natychmiast w to weszli’ i to z powodzeniem. Dzisiaj ta sama piątka obraca majątkiem o wartości 600 milionów dolarów. (…) John D. Rockefeller, umysł i motor tego wielkiego trustu, jest człowiekiem rumianej twarzy, łagodnego oka oraz tak jowialnych manier, że trudno byłoby go nazwać ‘zaborczym monopolistą’. Jego aktualnym hobby jest edukacja, a swoje hobby uprawia w sposób niezwykle krzepki i męski. Wziął on pod swoje skrzydła Uniwersytet Chicagowski i jak do tej pory <str. 281> do kasy nowej placówki edukacyjnej w drugim co do wielkości mieście republiki wpłynęło z jego własnej kieszeni siedem milionów dolarów.”

W artykule zamieszczonym w Forum pan Thomas G. Shearman, nowojorski statystyk, podał nazwiska siedemdziesięciu Amerykanów, których majątki mają łączną wartość 2,7 miliarda dolarów, co daje średnią 38,5 miliona na każdego. Twierdzi też, że można by zestawić listę dziesięciu osób, którzy mają średnio po 100 milionów dolarów albo stu, których majątek wyniósłby średnio po 25 milionów dolarów na każdego, a przy tym “średni dochód roczny owej setki najbogatszych Amerykanów wynosi co najmniej 1,2 miliona dolarów [na każdego], a najprawdopodobniej przekracza 1,5 miliona”.

Komentując to ostatnie stwierdzenie, pewien zdolny pisarz (pastor Josiah Strong) powiada:

“Jeśliby stu robotników mogło zarobić po tysiąc dolarów rocznie, to każdy z nich musiałby pracować tysiąc dwieście albo i tysiąc pięćset lat, aby zarobić tyle, ile wynosi roczny dochód owej setki najbogatszych Amerykanów. A nawet gdyby robotnik mógł zarobić 100 dolarów dziennie, to musiałby pracować, nie biorąc ani jednego dnia urlopu, aż osiągnie wiek pięciuset czterdziestu siedmiu lat, żeby zaoszczędzić tyle, ile posiadają niektórzy Amerykanie.”

Poniższa tabela porównuje majątek czterech najbogatszych narodów świata w 1830 i 1893 roku. Zestawienie to pokazuje, w jaki sposób “gromadzone jest” narodowe bogactwo w tych “ostatnich dniach” obecnego wieku, wieku bajecznej akumulacji dóbr.

1830 1893

Łączny majątek Wielkiej Brytanii $16 890 000 000 $50 000 000 000

Łączny majątek Francji 10 645 000 000 40 000 000 000

Łączny majątek Niemiec 10 700 000 000 35 000 000 000

Łączny majątek Stanów Zjednocz. 5 000 000 000 72 000 000 000

 

Aby czytelnik mógł sobie wyrobić pojęcie o tym, w jaki sposób statystycy otrzymują wyniki dotyczące tak obszernych dziedzin, podajemy poniższy przykład szacunkowej oceny majątku Stanów Zjednoczonych: <str. 282>

Nieruchomości w miastach i wsiach $15 500 000 000

Nieruchomości inne niż w miastach i wsiach 12 500 000 000

Własność prywatna (nie wymieniona poniżej) 8 200 000 000

Koleje i ich wyposażenie 8 000 000 000

Kapitał zainwestowany w fabrykach 5 300 000 000

Wyprodukowane towary 5 000 000 000

Produkty (łącznie z wełną) 3 500 000 000

Posiadłości i pieniądze zainwestowane za granicą 3 100 000 000

Budynki publiczne, arsenały, okręty wojenne itp. 3 000 000 000

Zwierzęta domowe w gospodarstwach rolnych 2 480 000 000

Zwierzęta domowe w miastach i miasteczkach 1 700 000 000

Pieniądze, monety krajowe i zagraniczne, banknoty itp. 2 130 000 000

Grunty publiczne (licząc 3,1 dolara za hektar) 1 000 000 000

Dobra mineralne (wszelkiego rodzaju) 590 000 000

Łącznie $72 000 000 000

Kilka lat temu stwierdzono, że majątek Stanów Zjednoczonych zwiększa się w tempie czterdziestu milionów dolarów na tydzień, czyli dwóch miliardów dolarów rocznie.

(Całkowite zadłużenie Stanów Zjednoczonych, obejmujące dług publiczny i prywatny, oszacowano wówczas na dwadzieścia miliardów dolarów.)

Owo gromadzenie skarbów na ostatnie dni, którego przykłady tutaj podajemy, obejmuje przeważnie Stany Zjednoczone, ale zjawiska te odnoszą się do całego cywilizowanego świata. Wielka Brytania jest bogatsza od Stanów Zjednoczonych, jeśli liczyć majątek przypadający na osobę i stanowi najbogatszy naród świata. Nawet w Chinach i Japonii są od niedawna milionerzy. Klęskę Chin, poniesioną w 1894 roku w wojnie z Japonią, przypisuje się głównie skąpstwu urzędników rządowych, o których mówi się, że dostarczali gorsze armaty i kule armatnie, albo nawet ich imitacje, chociaż urzędnicy płacili wielkie sumy za prawdziwą broń. <str. 283>

Oczywiście bogactwa zdobywają jedynie nieliczni spośród tych, którzy się o nie ubiegają. Pożądanie bogactw i pogoń za nimi nie zawsze bywają wynagradzane. Zmora samolubstwa gnębi nie tylko tych, którym się powiodło. Apostoł pisze bowiem: “Którzy chcą bogatymi być [którzy są zdecydowani zdobyć bogactwo za wszelką cenę], wpadają w pokuszenie i w sidło, i w wiele głupich i szkodliwych pożądliwości, które pogrążają ludzi na zatracenie i zginienie. Albowiem korzeń wszystkiego złego jest miłość pieniędzy [bogactwa]” – 1 Tym. 6:9-10. Większość z tych, którzy podejmują to ryzyko, nie posiadając doświadczenia spotyka się z rozczarowaniem i stratą. Tylko nieliczni, obdarzeni światową mądrością i zapałem, zgarniają największe zyski podejmując niewielkie ryzyko. I tak na przykład “południowoafrykańska gorączka złota”, która szerzyła się niegdyś w Wielkiej Brytanii i we Francji, w rzeczywistości doprowadziła do przekazania setek milionów dolarów z kieszeni i kont bankowych przedstawicieli klasy średniej na konta bogatych kapitalistów i bankierów, którzy ponosili najmniejsze ryzyko. W rezultacie klasa średnia, pragnąc się szybko wzbogacić i ryzykując całym majątkiem, poniosła niewątpliwie wielkie straty. Prowadzi to do niezadowolenia wśród tej na ogół konserwatywnie nastawionej klasy, która w przeciągu kilku lat może okazać się gotowa do przyjęcia któregoś z pomysłów socjalistycznych, jako że ich autorzy obiecują korzyści dla klasy średniej.

Wzmaganie się ubóstwa

Czy jednak prawdą jest i to, że w tej ziemi obfitości, w której tak wiele osób gromadzi swe bajeczne bogactwa, są także ludzie biedni i w potrzebie? Czy nie są sami sobie winni, że dysponując dobrym zdrowiem nie są w stanie zapewnić sobie wygodnego życia? Czy przejmowanie odpowiedzialności za losy biedniejszych klas przez tych, którym się powiodło, nie będzie prowadzić do rozwijania biedy i uzależnień? Tak patrzy na to zagadnie wielu spośród ludzi bogatych, którzy często przed dwudziestoma pięcioma laty sami byli biedni i dobrze pamiętają, że w tamtym czasie nie brakowało pracy i każdy, kto tylko mógł i chciał pracować, mógł coś robić. Ludzie ci nie uświadamiają sobie, jak wielkie zmiany zaszły od tamtego czasu <str. 284> i że wraz z cudownym rozmnożeniem się ich majątków, warunki życia mas społecznych bardzo się uwsteczniły, a zwłaszcza w ciągu ostatnich siedmiu lat. To prawda, że w obecnym czasie zarobki są na ogół uczciwe, gdyż dbają o to związki zawodowe i inne organizacje, jednak wielu ludzi pozostaje bez pracy, a wielu z tych, którzy są na posadach, mają ograniczony czas pracy o połowę albo i jeszcze bardziej, tak że nawet przy bardzo oszczędnej gospodarce prawie nie są w stanie prowadzić przyzwoitego i uczciwego życia.

Gdy przychodzą szczególnie dotkliwe kryzysy gospodarcze, jak ten w latach 1893-96, wielu bezrobotnych zdanych jest na łaskę przyjaciół, choć i oni nie bardzo mogą poradzić sobie z tym dodatkowym obciążeniem. Ci zaś, którzy nie mają przyjaciół, zmuszeni są korzystać z usług instytucji dobroczynnych, które w takich okresach nie są w stanie podołać zwiększonym potrzebom.

Kryzys gospodarczy 1893 roku przetoczył się jak fala przez cały świat, a jego ciężkie brzemię ciągle jeszcze jest odczuwalne, choć daje się powoli zauważyć ożywcze tchnienie ozdrowienia. Jednak, jak wskazuje Pismo Święte, obecny ucisk przychodzi falami, w skurczach – “jako ból na niewiastę brzemienną” (1 Tes. 5:3) – a każdy kolejny skurcz będzie prawdopodobnie poważniejszy, aż do tego ostatecznego. Ludzie wiodący dostatnie i wygodne życie mają na ogół trudności z uświadomieniem sobie nędzy, jaka szerzy się wśród niezwykle szybko rosnącej klasy najuboższych. W rzeczywistości nawet ci przedstawiciele klasy średniej i bogatej, którzy mają zrozumienie i współczucie dla ubóstwa ludzi bardzo biednych, zdają sobie sprawę z tego, że nie ma żadnej możliwości przeprowadzenia takich zmian w obecnym porządku społecznym, które przyniosłyby trwałą ulgę dla najbiedniejszych. I tak każdy czyni tyle, ile może i co mu się wydaje być jego obowiązkiem względem najbliższych, starając się jednocześnie zapomnieć o ustawicznie docierających do niego raportach na temat ubóstwa.

Poniższe cytaty z prasy codziennej przypominają warunki, jakie panowały w roku 1893, a przecież niebawem sytuacja może się powtórzyć i to z naddatkiem. Dziennik The California Advocte pisał: <str. 285>

“Koncentracja wielotysięcznych tłumów bezrobotnych w naszych wielkich miastach jest makabrycznym widowiskiem, a ich żałosne wołanie o pracę i chleb rozlega się po całym kraju. Jest to stary, nie rozwiązany problem ubóstwa, który został zwielokrotniony przez bezprecedensowy kryzys gospodarczy. Przymusowa bezczynność staje się coraz bardziej dokuczliwym efektem ubocznym cywilizacji. Jest ona złowrogim cieniem, który nieustannie wlecze się za cywilizacją, rosnąc i nabierając intensywności w miarę jej rozwoju. Z całą pewnością nie jest normalny stan, w którym człowiek chcący pracować, pragnący pracy, nie może znaleźć miejsca, gdzie mógłby coś robić, choć jego życie uzależnione jest od pracy. Utraciło już swą aktualność stare powiedzenie, że ‘świat winien jest każdemu człowiekowi życie’. Prawdą jest jednak to, że świat powinien zapewnić każdemu człowiekowi szansę zarobienia na życie. Opracowano już wiele teorii, podjęto wiele wysiłków, aby zapewnić niezbywalne ‘prawo do pracy’ każdemu, kto chce pracować. Jednak jak dotąd wszystkie te próby kończyły się marnym niepowodzeniem. Zaiste, dobroczyńcą ludzkości będzie ten, komu uda się skutecznie rozwiązać problem zapewnienia jakiejś pracy każdemu chcącemu pracować robotnikowi, uwalniając w ten sposób świat od przekleństwa przymusowej bezczynności.”

Inny artykuł opisuje marsz ponad czterotysięcznego tłumu bezrobotnych, którzy przeszli ulicami w centrum Chicago. Na czele szedł jeden z nich niosąc tablicę z nagryzmolonym ponurym hasłem: “Chcemy pracy”. Następnego dnia robotnicy maszerowali z wieloma transparentami, na których były następujące hasła: “Żyjcie i pozwólcie żyć”, “Chcemy szansy utrzymania naszych rodzin”, “Praca albo chleb” itp. Armia bezrobotnych przemaszerowała przez San Francisco z transparentami, na których było napisane: “Tysiące domów do wynajęcia i tysiące ludzi bezdomnych”, “Głodni i nędzni”, “Batem głodu wpędzeni w żebractwo”, “Zejdźcie nam z pleców, a pomożemy sobie sami” itp.

W innym wycinku z gazety czytamy: <str. 286>

“NEWARK, Stan New Jersey, 21 sierpnia – Niezatrudnieni robotnicy zorganizowali dzisiaj wielki pochód. Na jego czele szedł człowiek z wielką czarną flagą, na której białymi literami było napisane: ‘Znak czasu – przymieram głodem, bo on jest tłusty’. Poniżej namalowany był gruby, najedzony człowiek w cylindrze, a obok niego głodujący robotnik.”

Inna gazeta w następujący sposób pisała o strajku angielskich górników:

“Boleśnie mnożą się w Anglii doniesienia o prawdziwych nieszczęściach, a nawet głodzie, podczas gdy zastój w przemyśle i chaos na kolei przybiera rozmiar poważnej narodowej klęski. (…) Jak można się było spodziewać, rzeczywista przyczyna tkwi w ogromnych opłatach za prawo do eksploatacji, jakie najemcy muszą płacić właścicielom ziemskim, od których dzierżawią kopalnie. Milionerzy, których prawa do pobierania opłat eksploatacyjnych wiszą kamieniem młyńskim na szyi przemysłu węglowego, w większości są równocześnie wybitnymi członkami Izby Lordów, co prowadzi do szybkiego skojarzenia tych dwóch spraw w gniewnej świadomości społecznej. (…) Radykalne gazety sporządzają złowieszcze wykazy lordów, na podobnej zasadzie jak wykazy trustów w Ameryce, uwidaczniając swoje szacunkowe dane o ich gigantycznych poborach, które otrzymują z tytułu własności ziemi.

Z miast dobiega wołanie o chleb. Jest ono bardziej przenikliwe, chrapliwe i donośne niż kiedykolwiek. Wyrywa się bowiem ze ściśniętych żołądków i słabnących szkieletów. Pochodzi ono od mężczyzn, którzy włóczą się po ulicach w poszukiwaniu pracy. Pochodzi od kobiet przesiadujących bez nadziei w pustych pokojach. Pochodzi od dzieci.

Biedacy z Nowego Jorku znaleźli się w takiej nędzy, jakiej dotąd nie znano. Prawdopodobnie żadna z żyjących osób nie rozumie, jak straszne jest cierpienie, jak okropna nędza. Nikt nie ma poglądu na całość. Niczyja wyobraźnia nie jest w stanie tego ogarnąć.

Tylko nieliczni spośród tych, którzy będą to czytali, są w stanie zrozumieć, co to znaczy nie mieć chleba. Jest to sytuacja tak przerażająca, że nie sposób sobie tego uświadomić. Każdy mówi sobie: ‘Ludzie ci na pewno mogą się gdzieś udać, by dostać coś do zjedzenia, tyle żeby podtrzymać swe życie. Mogą pójść do przyjaciół.’ Ale dla dotkniętych głodem <str. 287> nie ma żadnego ‘gdzieś’. Ich przyjaciele są tak samo biedni jak oni. Są ludzie tak osłabieni brakiem żywności, że nie mogą pracować, nawet jeśli ktoś im zaproponuje pracę.”

Examiner z San Francisco napisał w artykule redakcyjnym:

“Jak to jest? Mamy tak dużo jedzenia, że rolnicy narzekają na niskie ceny produktów rolnych. Mamy tak dużo ubrań, że zamyka się zakłady bawełniane i wełniane, ponieważ nikt nie chce kupować ich wyrobów. Mamy tak dużo węgla, że firmy kolejowe zajmujące się jego transportem są na krawędzi bankructwa. Mamy tak dużo domów, że murarze są bez pracy. Wszystkie potrzeby i wygody życia występują w takiej obfitości, jakiej nie mieliśmy nawet w najbardziej pomyślnych latach naszej historii. Jeśli więc kraj ma dostatek żywności, ubrań, paliwa i schronienia dla każdego, to dlaczego mamy tak ciężkie czasy? Na pewno nie jest temu winna natura. A więc co, albo kto?

Problem bezrobocia jest jednym z najpoważniejszych zadań, z jakimi muszą się zmierzyć Stany Zjednoczone. Według statystyk opracowanych przez Bradstreet na początku tego roku w 119 największych miastach Stanów Zjednoczonych nieco ponad 801 tysięcy osób zdolnych do pracy pozostawało bez zatrudnienia, zaś liczba osób zależnych od ich dochodów przekracza 2 miliony. Gdyby sytuacja w owych 119 miastach odpowiadała średniej krajowej, oznaczałoby to, że całkowita liczba pracowników najemnych pozostających bez pracy przekracza 4 miliony, a liczba osób od nich zależnych wynosi ponad 10 milionów. Ponieważ jednak bezrobotni na ogół znajdują się w miastach, to można bezpiecznie przyjąć, że liczby te należy podzielić przez cztery. Nawet jeśli przyjmiemy taki wniosek, to i tak liczba pracowników najemnych pozostających bez zatrudnienia będzie ogromną, rozdzierającą serce sumą.

Europa od dawna już podąża ciężką drogą biedy, której końcem jest ubóstwo, stąd też władze Starego Świata wiedzą znacznie lepiej, jak obchodzić się z tym problemem, niż względnie zamożne społeczeństwo z tej strony oceanu. Zarobki w Europie są tak niskie, że w wielu państwach ludzie na starość muszą szukać schronienia w przytułku dla ubogich. Nawet przy dużej dozie przedsiębiorczości i oszczędności robotnik nie jest w stanie odłożyć pieniędzy, które mogłyby być zabezpieczeniem na starość. Różnica między dochodami i wydatkami jest tak niewielka, że kilka dni choroby albo braku zatrudnienia <str. 288> doprowadza robotnika do natychmiastowej nędzy. Tamtejsze rządy były zmuszone zabrać się za tą sprawę bardziej naukowo, a nie stosować popularnej amerykańskiej metody ‘jakoś to będzie’, dzięki której nie pracujący włóczęga żyje znakomicie, a pełen godności człowiek, który znajdzie się w potrzebie, musi cierpieć głód.”

Wydawca czasopisma The Arena tak pisze w swym Cywilizacyjnym Piekle:

“Granice martwego morza potrzeb stają się coraz bardziej rozległe w każdym większym skupisku ludzkim. Szemranie gniewnego niezadowolenia złowieszczo narasta wraz z upływem każdego roku. Siła skąpstwa, każąca odmówić biednym sprawiedliwości, postawiła nas w obliczu niewiarygodnego kryzysu, któremu teraz jeszcze można by zapobiec, gdybyśmy tylko byli na tyle mądrzy, by okazać sprawiedliwość i ludzkie uczucia. Z problemu tego nie da się już jednak szydzić, tak jakby był on bez znaczenia. Nie jest to już zjawisko lokalne. Swym oddziaływaniem i zagrożeniem ogarnia ono całą działalność polityczną. Jeszcze kilka lat temu jeden z najbardziej szanowanych duchownych w Ameryce oświadczył, że w naszej republice nie ma zjawiska biedy, nad którym warto by się zastanawiać. Dzisiaj żadna myśląca osoba nie zaprzeczy, że problem ten przybrał ogromne rozmiary. Niedawno temu zatrudniłem pewnego człowieka z Nowego Jorku, by osobiście przeglądając miejskie raporty sądowe, upewnił się, jaka jest dokładna liczba nakazów eksmisji wydanych w ciągu dwunastu miesięcy. I jaki był rezultat? Sprawozdania dowodzą zatrważającego faktu, że w okresie dwunastu miesięcy, do 1 września 1892 roku, w Nowym Jorku wydano 29 720 nakazów eksmisji.

W artykule, jaki ukazał się w Forum w grudniu 1892 roku, pan Jacob Riis pisze na temat szczególnych potrzeb ubogich mieszkańców Nowego Jorku. Cytujemy: ‘W Nowym Jorku niezmiennie od wielu lat jedna dziesiąta ludzi umierających w tym bogatym mieście jest grzebana na cmentarzu dla ubogich. Spośród 382 530 pogrzebów odnotowanych w ciągu ostatniej dekady 37 966 odbyło się na tym cmentarzu’. Dalej pan Riis wskazuje na fakty, dobrze znane wszystkim, którzy zajmują się zagadnieniem warunków socjalnych i którzy osobiście badają sprawę ubóstwa w wielkich miastach, świadczące o tym, że wskaźnik cmentarza dla ubogich, pomimo istotnego znaczenia, nie jest adekwatną miarą zjawiska ubóstwa, jako problemu wielkich miast. I dalej pisze on na ten temat:

‘Jeśli ktoś miał jakąkolwiek osobistą styczność z ubogimi i wie, jak wielki strach towarzyszy ich zmaganiom z ogarniającą ich nędzą, jak planują, jak spiskują i <str. 289> martwią się, żeby tylko ucieszyć się nędznym przywilejem bycia złożonym w spokoju do własnego, opłaconego grobu, choć przez całe życie nie mieli ani szopy, którą mogliby nazwać własną, to na pewno się ze mną zgodzi co do słuszności przypuszczenia, że tam, gdzie jeden człowiek, mimo tych wszystkich starań, bywa wrzucany do owego straszliwego rowu, tam dwóch lub trzech stoi krok od jego krawędzi. Te szacunkowe obliczenia, wskazujące na dwadzieścia do trzydziestu procent naszej ludności, która ciągle musi odpędzać wilka biedy od swoich drzwi, owe przerażające wątpliwości, znajdują wystarczające potwierdzenie w dobrze znanych, choć odosobnionych akcjach dobroczynnych przeprowadzanych w Nowym Jorku.’

W 1890 roku oficjalnie odnotowano w Nowym Jorku 239 samobójstw. Sprawozdania sądowe, jak nigdy dotąd, pełne są przypadków prób samobójczych. ‘Jesteś’, mówił naczelny sędzia miejski Smyth, zwracając się do biednej istoty, która szukała ucieczki w śmierci przez skok do East River, ‘drugim przypadkiem usiłowania samobójstwa, jaki pojawia się w naszym sądzie dzisiaj przed południem. A’, mówił dalej, ‘nie przypominam sobie, żeby w ogóle kiedykolwiek było tak wiele prób samobójczych, jak w ciągu ostatnich kilku miesięcy.’

Nad setkami, tysiącami naszych obywateli powoli, lecz nieuchronnie, zapada noc ubóstwa i rozpaczy. Są oni świadomi jej nadejścia, ale powstrzymanie jej postępów jest poza zasięgiem ich możliwości. ‘Każdego roku czynsze rosną, a zarobki maleją, i co my możemy na to poradzić’, powiedział pewien robotnik na temat perspektyw na przyszłość. ‘Nie widzę żadnego wyjścia z tej sytuacji’, gorzko dodał i trzeba przyznać, że perspektywy są bardzo ponure, jeśli szybko nie zostanie podjęta jakaś radykalna reforma ekonomiczna, gdyż podaż na rynku pracy rośnie znacznie szybciej niż popyt. ‘Dziesięć kobiet na jedno miejsce pracy, choćby najgorsze’ brzmiało obojętne stwierdzenie pewnego urzędnika, który niedawno przeprowadzał ukierunkowane badania w zakresie pracy kobiet. ‘Setki dziewcząt’, pisze dalej ten sam autor, ‘rujnuje swoją przyszłość i traci zdrowie w dusznych, niedostatecznie wietrzonych magazynach i warsztatach, a mimo to dziesiątki innych przybywają co tydzień ze wsi i małych miasteczek, by zająć zwolnione miejsca pracy’. I nie wyobrażajmy sobie, że Nowy Jork jest pod tym względem wyjątkowym miastem. To co dzieje się w metropolii, jest pod pewnymi względami typowe dla każdego wielkiego miasta w Ameryce. W odległości strzału armatniego od Beacon Hill w Bostonie, gdzie dumnie wznosi się złota kopuła Kapitolu, <str. 290> mieszkają setki rodzin, które powoli umierają z głodu i duszą się, rodzin, które dzielnie walczą o zaspokojenie najprostszych potrzeb życiowych, podczas gdy z roku na rok ich sytuacja staje się coraz bardziej beznadziejna, walka o chleb coraz bardziej zażarta, a widoki na przyszłość coraz bardziej posępne. W rozmowie jeden z tych umęczonych ludzi powiedział z pewnym smutkiem i przygnębieniem, znamionującym brak nadziei, a może i przytępioną wrażliwość, która uniemożliwiała mu uchwycenie pełni straszliwego znaczenia swych słów: ‘Słyszałem raz o człowieku zamkniętym przez pewnego tyrana w żelaznej klatce, której ściany codziennie przesuwały się bliżej niego. Aż w końcu, ściany klatki były tak blisko siebie, że każdego dnia wyciskały już po kawałku życia z tego człowieka, a wydaje mi się’, powiedział on, ‘że w pewnym sensie jesteśmy w sytuacji całkiem podobnej do tej, w jakiej znalazł się tamten człowiek, gdy bowiem widzę, jak codziennie wynosi się te małe skrzynki, mówię czasem do żony: Znowu wyciśnięty został kawałek życia, któregoś dnia wyniosą nas także’.

Odwiedziłem ostatnio ponad dwadzieścia mieszkań czynszowych, w których życie toczy walkę ze śmiercią, w których z cierpliwym heroizmem, dalece przewyższającym śmiałe zwycięstwa odniesione wśród podniosłych okrzyków pól bitewnych, matki i córki bez przestanku trudzą się z igłą w ręku. W wielu domach widziałem przykutych do łóżka inwalidów. W ich zapadłych oczach i zmizerowanych obliczach wyraźnie można było przeczytać historię miesięcy, a może lat powolnego umierania śmiercią głodową w nędzy, w przyprawiającym o mdłości odorze oraz w niemal powszechnym brudzie tych socjalnych piwnic. Tutaj dopiero uzyskuje się bolesną świadomość upiornego głodu i wszechobecnego strachu. Serca tych wygnańców przez całe życie ściśnięte są miażdżącym ciężarem lęku. Nieustannie staje im przed oczyma obraz właściciela pojawiającego się w drzwiach z nakazem eksmisji. Na każdym kroku prześladuje ich strach przed chorobą, gdyż dla nich choroba oznacza brak możliwości zapewnienia rodzinie choćby skromnego wyżywienia, koniecznego do utrzymania się przy życiu. Rozpacz w obliczu niepewnej przyszłości najczęściej zatruwa im nawet chwilę spoczynku. Taki jest obecnie wspólny los cierpliwych i utrudzonych robotników w slumsach naszych wielkich miast. Na twarzach większości z nich można zobaczyć wyraz ponurego smutku i niemej rezygnacji.

Czasami jednak w ich zapadniętych oczodołach zabłyśnie jakieś kapryśne światło, nieszczęsny błysk zdradzający tlące się jeszcze ognie niezatartej świadomości doznanych krzywd. Podświadomie czują oni, że los polnych zwierząt jest bardziej radosny, niż ich przeznaczenie. Nawet jeśli jeszcze zmagają się od świtu aż do <str. 291> późnej nocy, by zdobyć kawałek chleba i utrzymać obskurny pokój, wiedzą, że w wielkich, pulsujących ośrodkach chrześcijaństwa zamyka się dla nich okno nadziei. Zaprawdę smutkiem napawa myśl, że w tym samym czasie, gdy nasza ziemia, jak nigdy dotąd, pełna jest majestatycznych świątyń pod wezwaniem wielkiego Nazarejczyka, który poświęcił swe życie na służbę ubogim, poniżonym i odrzuconym, widzimy jak podnosi się fala ubóstwa, jak nieproszona bieda staje się nieuchronnym przeznaczeniem kolejnych tysięcy osób każdego roku. Nigdy jeszcze altruizms nie był w takim stopniu obecny na ustach ludzi. Jeszcze nigdy ludzkie serce nie tęskniło tak jak obecnie za prawdziwymi przejawami ludzkiego braterstwa. Nigdy jeszcze cały cywilizowany świat nie był tak głęboko poruszony niezmiennym od wieków marzeniem – o ojcostwie Boga i braterstwie ludzi. A tu tymczasem, dziwna nieprawidłowość! Płacz niewinnych, pogwałcenie sprawiedliwości, wołania milionów ludzi zaprzęgniętych w ten kierat dobiegają z każdego cywilizowanego kraju, jak nigdy dotąd. Głos Rosji miesza się z wołaniem Irlandii. Wypędzeni z Londynu łączą się z wyrzutkami wszystkich wielkich miast Europy i Ameryki w jednym wielkim, potężnym, wstrząsającym ziemią żądaniu sprawiedliwości.

W samym Londynie na krawędzi przepaści żyje ponad trzysta tysięcy ludzi, których każde uderzenie serca przeszyte jest lękiem, którzy, jak w nocnym koszmarze, przez całe życie prześladowani są myślą, że zostaną pozbawieni nędznej nory, którą oni nazywają domem. Niżej od nich stoczyło się dwieście tysięcy istnień, którym zagraża głód. Jeszcze niżej jest trzysta tysięcy tych, którzy już znaleźli się w warstwie głodu, w strefie, gdzie głód dręczy dzień i noc, gdzie każda sekunda każdej minuty każdej godziny każdego dnia przesycona jest agonią. Jeszcze niżej od głodujących znaleźli się bezdomni – ci, którzy już zupełnie nie mają za co wynająć mieszkania nawet w najgorszych dzielnicach, ci, którzy przez cały rok nocują bez schronienia, których setkami można znaleźć w nocy na zimnych, kamiennych płytach wzdłuż nabrzeża Tamizy. Niektórzy mają gazetę, którą mogą położyć na wilgotnych kamieniach, większość jednak nie może sobie pozwolić nawet na taki luksus. Armia tych całkowicie bezdomnych liczy w Londynie trzydzieści trzy tysiące.”

Może ktoś powie, że w tym ujęciu jest wiele przesady? Niech się sam przekona. Nawet jeśli jest to tylko w połowie prawdą, to i tak sytuacja jest rozpaczliwa! <str. 292>

Niezadowolenie, nienawiść i tarcia przybliżają gwałtownie moment społe

Choćby nie wiadomo jak tłumaczyć biednym, że bogaci nigdy nie byli tak miłosierni jak teraz, że obecne społeczeństwo hojniej niż kiedykolwiek troszczy się o biednych, ślepych, chorych i tych, co nie mają zapewnionej opieki, że łoży się ogromne sumy pochodzące z podatków na utrzymanie tych instytucji dobroczynnych, to i tak nie zadowoli to człowieka pracy. Mając szacunek dla samego siebie i będąc inteligentnym obywatelem, nie prosi on o jałmużnę. Nie dąży do zapewnienia sobie przywileju korzystania z przytułku dla ubogich, dobroczynnego leczenia w szpitalu w razie choroby. Chce on mieć szansę uczciwego i przyzwoitego zarobku na chleb, pragnie w pocie czoła i z godnością uczciwego, ciężko pracującego robotnika móc utrzymać swoją rodzinę. Widzi zaś, jak on sam i jego przyjaciel robotnik wpada w coraz większe uzależnienie od czyjejś łaski i wpływów, mogących mu pomóc znaleźć i utrzymać miejsce pracy, widzi jak niewielki sklepikarz, murarz czy rzemieślnik boryka się ciężej niż kiedykolwiek, żeby zarobić na uczciwe życie, podczas gdy jednocześnie czyta o tym, jak dobrze powodzi się bogatym, jak rośnie liczba milionerów, jak łączą się kapitały, aby lepiej kontrolować przemysł – przemysł miedziowy, stalowy, szklany, naftowy, zapałczany, papierowy, węglowy, lakierniczy, gospodarstwa domowego, telegraficzny i każdy inny. Widzi też, jak ów połączony kapitał kontroluje przebieg spraw światowych, tak aby równocześnie ze spadkiem wartości jego pracy, spowodowanym konkurencją, rosły jednocześnie ceny towarów i usług, albo przynajmniej nie spadały proporcjonalnie do redukcji kosztów wytwarzania, spowodowanej zastosowaniem ulepszonych maszyn zastępujących ludzki umysł i mięśnie.

W takich okolicznościach nie ma się co dziwić, że na trzynastym dorocznym kongresie pracy w Chicago wiceprzewodniczący Zrzeszenia Rzemieślników powitał <str. 293> gości następującymi sarkastycznymi słowami:

“Życzylibyśmy sobie, byśmy mogli was powitać w dobrze prosperującym mieście, jednak fakty nie potwierdzałyby takiego stwierdzenia. Sytuacja jest tutaj taka, jaka jest, ale nie taka, jak być powinna. Dlatego pozwalamy sobie powitać was w imieniu stu monopolistów oraz pięćdziesięciu tysięcy włóczęgów, w mieście, w którym mamona święci karnawał w pałacach, a w tym samym czasie matki wypłakują sobie oczy, dzieci przymierają głodem, zaś mężczyźni daremnie szukają pracy. Pozwalamy sobie powitać was w imieniu stu tysięcy bezrobotnych i w imieniu właścicieli budowli poświęconych Bogu na chwałę, których drzwi są jednak nocą zamknięte przed głodującymi i biednymi; w imieniu duchownych, którzy pasą się na winnicy Bożej, zapominając o dzieciach Bożych, które są głodne i nie mają miejsca, gdzie mogłyby skłonić głowę; w imieniu filarów systemu wyciskania potu, milionerów i diakonów, których dusze są zagrożone pożądliwością złota; w imieniu najemnych pracowników, których krwawy pot przekuwa się tutaj na złote dukaty; w imieniu schronisk dla obłąkanych i przytułków dla biednych, w których tłoczą się ludzie odchodzący od zmysłów na skutek licznych trosk dręczących ich w tej krainie obfitości.

Pokażemy wam widoki z Chicago, których nie ogląda się na terenach wystawowych – obrazy wielkości i słabości naszego miasta. Dziś w nocy pokażemy wam setki ludzi śpiących na surowych kamieniach korytarzy tego budynku, w którym się teraz znajdujemy – bez domu i bez jedzenia – ludzi, którzy mogą i chcą pracować, ale dla których nie ma pracy. Byłby najwyższy czas, byśmy podnieśli alarm – alarm przeciwko dalszemu utrzymywaniu rządu, którego suwerenne prawa przekazywane są magnatom kolejowym, baronom węglowym i spekulantom, alarm przeciwko dalszemu utrzymywaniu rządu federalnego, którego polityka finansowa powstaje na Wall Street pod dyktando finansowych baronów z Europy. Spodziewamy się, że podejmiecie kroki, które pozwolą na skorzystanie z przywilejów, tak aby odsunąć od władzy niewiernych sług narodu, którzy ponoszą odpowiedzialność za istniejący stan rzeczy.”

Mówca ten popełnia oczywiście ogromny błąd sądząc, że zmiana urzędnika czy partii może uleczyć istniejące zło. Tłumaczenie mu jednak, podobnie zresztą jak i każdemu innemu człowiekowi przy zdrowych zmysłach, że to nie ustrój społeczny <str. 294> stanowi przyczynę występowania krańcowego bogactwa i ubóstwa, mijałoby się z celem. Niezależnie jednak od różnic, jakie występują między ludźmi w zakresie oceny przyczyn takiej sytuacji i metod jej uzdrowienia, wszyscy zgadzają się z jednym, że mamy tu do czynienia z chorobą. Jedni, podążając w fałszywych kierunkach, bezowocnie poszukują środka zaradczego, a tymczasem wielu innych, niestety, nie życzy sobie, aby takowy został znaleziony, a przynajmniej nie wcześniej, aż zdążą wykorzystać obecną sytuację.

Zgodnie z tym wypowiadał się George E. McNeill. W swym przemówieniu na światowym kongresie pracy powiedział:

“Przyczyną narodzin ruchu klasy robotniczej jest głód – głód chleba, głód mieszkań, ciepła, odzieży i przyjemności. W ludzkim dążeniu do szczęścia, każdy ubiega się o swoje ideały, lekceważąc przy tym, często ze stoickim spokojem, ideały innych. System gospodarczy opiera się na diabelskiej, żelaznej zasadzie: Każdy dla siebie. Czyż więc jest w tym coś niezrozumiałego, że ludzie, którzy najwięcej cierpią pod rządami samolubstwa i chciwości, organizują się w celu obalenia diabelskiego systemu rządów?”

Gazety pełne są opisów modnych wesel i balów, na których tak zwana “śmietanka” towarzyska pojawia się w kosztownych ubraniach i rzadkich klejnotach. Pewna dama na balu w Paryżu miała podobno ubrać na siebie diamenty o wartości 1,6 miliona dolarów. New York World z sierpnia 1896 opublikował zdjęcie Amerykanki ozdobionej diamentami i innymi klejnotami wycenionymi na milion dolarów, a wcale nie należała ona do najbogatszej warstwy społecznej. Prasa codzienna donosi o rozrzutnym rozdawaniu tysięcy dolarów na urządzanie takich bankietów – na wyborowe wina, ozdoby kwiatowe itp. Można przeczytać o pałacach wznoszonych dla bogatych ludzi, z których wiele kosztuje ponad 50 tysięcy dolarów1, a niektóre nawet 1,5 miliona. Opowiada się o “spotkaniach towarzyskich” dla piesków, na których zwierzęta pod opieką “nianiek” karmione są wykwintnymi potrawami. Czyta się o 10 tysiącach dolarów wydanych na potrawę deserową, 6 tysiącach za artystyczne wazony z kwiatami, 50 tysiącach za dwie różowe wazy. Prasa podaje, że angielski książę zapłacił 350 tysięcy dolarów za konia, <str. 295> że pewna kobieta z Bostonu pochowała swojego męża w trumnie o wartości 50 tysięcy dolarów, że inna “dama” wydała 5 tysięcy na pogrzeb swojego ukochanego pudelka, że nowojorscy milionerzy płacą aż 800 tysięcy dolarów za jeden jacht.

1 W celu uzyskania właściwego wyobrażenia o dzisiejszej wartości przytaczanych kwot pieniężnych należałoby je pomnożyć mniej więcej przez 20 – przyp.tłum.

Czyż można się więc dziwić, że wielu zazdrości, a inni gniewają się i są rozgoryczeni, gdy porównują taką rozrzutność z niedostatkiem albo przynajmniej z przymusową oszczędnością w swych rodzinach? Biorąc pod uwagę to, że tylko nieliczni są “Nowymi Stworzeniami”, tymi, którzy swe uczucia kierują ku rzeczom wyższym, a nie doczesnym, którzy nauczyli się, że “jestci wielki zysk pobożność z przestawaniem na swem” i którzy czekają na Pana z dochodzeniem sprawiedliwości w swej sprawie, trudno się dziwić, że budzi to w sercach ludzkich uczucia zazdrości, nienawiści, złości i niezgody. Uczucia te dojrzeją w końcu do otwartego buntu, który będzie ostatecznym wykonaniem wszystkich uczynków ciała i diabła w czasie zbliżającego się wielkiego ucisku.

“Oto ta była nieprawość Sodomy (…) pycha, sytość chleba, i obfitość pokoju; co ona mając (…) ręki jednak ubogiego i nędznego nie posilała” – Ezech. 16:49,50.

Kalifornijski Christian Advocate, opisując wytworne bale w Nowym Jorku, pisze:

“Rozrzutne zbytki i kłujące w oczy ekstrawagancje ‘starożytnych’ bogaczy greckich i rzymskich przeszły do historii. Tymczasem jednak podobnie lekkomyślne efekciarstwo znów pojawia się w tak zwanych dobrych towarzystwach naszego kraju. Jeden z naszych korespondentów opowiada o pewnej damie z Nowego Jorku, która w jednym tylko sezonie na rozrywki wydała 125 tysięcy dolarów. Charakter i wartość tych rozrywek można ocenić na podstawie faktu, że uczyła ona swych gości, jak (…) się mrozi rzymski poncz w kielichach czerwonych i żółtych tulipanów oraz jak się je żółwie złotymi łyżkami ze srebrnych czółen. Inni zwolennicy rozrywek pokrywają swe stoły drogimi różami, a jeden z ‘owych czterystu’ miał podobno wydać 50 tysięcy na jedno przyjęcie. Rozrzutne wydawanie tylu pieniędzy na tak <str. 296> nędzne cele jest rzeczą grzeszną i haniebną, niezależnie od tego, jak wielki ktoś posiada majątek.”

Messiah’s Herald podaje:

“Stu czterdziestu czterech społecznych autokratów pod wodzą jednego arystokraty urządziło wielki bal. Swym blaskiem przyćmił on bale królewskie. Był niesłychanie ekskluzywny. Wino lało się strumieniami. Piękno użyczyło swych uroków. Nawet Marek Antoniusz z Kleopatrą nie otaczali się takim przepychem. Była to kolekcja milionerów. Skarbce świata zostały ogołocone z pereł i diamentów. Naszyjniki z klejnotami o wartości 200 tysięcy dolarów, i nieco tańsze, zdobiły dziesiątki dekoltów. Tańczono wśród przepychu Alladyna. Radości nie było końca. W tym samym czasie, jako podaje gazeta, 100 tysięcy głodujących górników z Pensylwanii czyściło ulice w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, niektórzy z nich żywili się kotami, a wielu popełniło samobójstwo, by nie patrzeć na swe dzieci umierające z głodu. Tymczasem jeden naszyjnik ze stołecznego balu uchroniłby ich wszystkich od głodu. Było to jedno z ‘wielkich wydarzeń towarzyskich’ narodu zwanego chrześcijańskim. Cóż za sprzeczność! I na to nie ma lekarstwa. Tak będzie ‘aż On przyjdzie’.”

“Aż On przyjdzie”? O nie, raczej “tak będzie i za dni Syna człowieczego”, gdy On przyszedł, gdy zgromadza swych wybranych do siebie i przez to ustanawia swe Królestwo, które zostanie zapoczątkowane przez “pokruszenie” na kawałki obecnego systemu społecznego w czasie wielkiego ucisku i anarchii, w przygotowaniu do ustanowienia Królestwa sprawiedliwości (Obj. 2:26,27; 19:15). Jako się działo za dni Lotowych, tak będzie i za dni Syna człowieczego. A jako było za dni Noego, tak będzie i przyjście [parousia – obecność] Syna człowieczego (Mat. 24:37; Łuk. 17:26,28).

Czy bogacze bywają zbyt ostro potępiani?

Cytujemy fragment z artykułu redakcyjnego gazety Examiner z San Francisco:

“Należący do pana W. K. Vanderbilta ogromny brytyjski jacht parowy ‘Valiante’ dołączył w nowojorskim porcie do brytyjskiego jachtu parowego <str. 297> ‘Conqueror’, który stanowi własność pana F. W. Vanderbilta. ‘Valiante’ jest wart 800 tysięcy dolarów. Jest to równoznaczne z dochodem ze zbiorów 15 tysięcy buszlis pszenicy, przy cenie sześćdziesiąt centów za buszel albo całkowitą produkcją co najmniej 8 tysięcy gospodarstw o powierzchni 64 hektarów każde. Innymi słowy, 8 tysięcy rolników reprezentujących 40 tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci, pracowało w słońcu i w deszczu, by umożliwić panu Vanderbiltowi zbudowanie w zagranicznej stoczni jachtu, jakim nie mogą się poszczycić nawet władcy europejscy. Budowa jachtu wymagała pracy co najmniej tysiąca mechaników przez okres roku. Gdyby te pieniądze, które zapłacono za jacht, puścić w obieg między robotnikami, to na przestrzeni kilku kwartałów wywierałyby one odczuwalny wpływ na nastroje obecnego czasu.”

J. R. Buchanan pisząc w czasopiśmie Arena na temat bezdusznej rozrzutności bogaczy, powiada:

“Jej zbrodniczość nie polega na bezduszności pobudek, ale na niczym nie usprawiedliwionym niszczeniu szczęścia i życia ludzkiego w imię osiągnięcia samolubnych celów. Po dokładniejszym zbadaniu tej sprawy przekonamy się, że takie jawne trwonienie majątku na zwykłe wygody jest przestępstwem. Wybudowanie stajni dla koni za 700 tysięcy dolarów, jak to uczynił pewien milioner z Syracuse, czy też wydanie 50 tysięcy dolarów na jeden posiłek nie stanowiłoby niczyjej krzywdy, gdyby pieniądze były tak samo ogólnie dostępne jak powietrze i woda, tymczasem jednak każdy dolar wyobraża przeciętną dzienną dawkę pracy. Dlatego też stajnia za 700 tysięcy dolarów odpowiada pracy tysiąca ludzi przez dwa lata i cztery miesiące. Jest ona także równoważna 700 istnieniom ludzkim, jako że 1000 dolarów wystarczyłoby na wyżywienie dziecka do dziesiątego roku życia, a na następne dziesięć lat dziecko mogłoby już w pełni samo na siebie zarobić. Tak więc modna stajnia stanowi równowartość fizycznej podstawy utrzymania dla 700 osób, co dowodzi, że właściciel ceni ją sobie bardziej niż 700 ludzi, którzy umrą, aby on mógł zaspokoić swą próżność.”

The Literary Digest pisze w artykule redakcyjnym:

“Nie tak dawno temu pewien duchowny z Nowej Anglii wystosował list do pana Samuela Gompersa, przewodniczącego Amerykańskiej Federacji Pracy, z zapytaniem dlaczego, w jego opinii, tak wielu inteligentnych robotników nie uczęszcza do kościoła. W odpowiedzi pan Gompers stwierdził, że jedną z przyczyn jest to, że kościoły przestały już odpowiadać nadziejom i aspiracjom robotników, nie okazują też one współczucia wobec ich <str. 298> nieszczęść i brzemion. Pastorzy albo nie mają potrzebnej wiedzy, mówił on, albo nie mają odwagi, by otwarcie zza kazalnic oznajmić prawa i krzywdy milionów robotników. Kościół krzywym okiem patrzy na organizacje, które okazują się najskuteczniejsze w zapewnianiu poprawy warunków życia. Uwaga robotników była kierowana w stronę ‘słodkiej przyszłości’, przy całkowitym lekceważeniu okoliczności wynikających z ‘gorzkiej teraźniejszości’. Kościół i duchowieństwo ‘usprawiedliwiają i bronią bezprawia popełnianego przeciwko interesom ludu, dlatego że ci, którzy się go dopuszczają, są bogaci’. Zapytany o to, co jego zdaniem mogłoby pomóc w doprowadzeniu do pojednania kościoła z masami społecznymi, pan Gompers opowiedział się za ‘całkowitą zmianą obecnego stanowiska’. Swą odpowiedź kończy takimi słowami: ‘Ten kto nie potrafi okazywać współczucia robotnikom, kto w spokoju ducha albo z obojętnością przypatruje się straszliwym rezultatom obecnych stosunków ekonomicznych i społecznych, ten jest nie tylko przeciwnikiem najważniejszych interesów rodziny ludzkiej, ale też particeps criminis [uczestnikiem zbrodni] wszystkich krzywd wyrządzanych mężczyznom i kobietom naszych czasów, dzieciom dnia dzisiejszego, ludzkości dnia jutrzejszego.”

Przytaczając odgłosy opinii publicznej potępiające klasę bogaczy oraz stwierdzając potępienie ze strony Pana i przepowiedzianą karę, jaka ma spaść na całość tej klasy, lud Boży powinien jednocześnie zgodnie z rozsądkiem okazywać umiarkowanie w swoich sądach i opiniach dotyczących pojedynczych osób dysponującym wielkim majątkiem. Pan, który wydaje tak surowy sąd przeciwko tej klasie, okaże jednak wielkie miłosierdzie wobec pojedynczych jej członków. Gdy tylko zniszczy ich bałwany srebra i złota, zniży wyniosłość ich oczu i poniży pychę, okaże się łaskawy w pocieszaniu i uzdrawianiu tych, którzy wyrzekną się samolubstwa i dumy. Należy także zaznaczyć, że przytaczamy tu jedynie racjonalne i umiarkowane wypowiedzi rozsądnych autorów, pomijając krańcowe i często bezsensowne oratorstwo anarchistów i wizjonerów.

Ułatwieniem w zachowaniu umiarkowania w sądzie niech będzie dla nas to, (1) że określenie “bogaty” jest bardzo ogólne <str. 299> i obejmuje nie tylko ludzi posiadających ogromne fortuny, ale także wielu innych, którzy w porównaniu z największymi bogaczami mogą się wydać ubodzy; (2) że pomiędzy tymi, których osoby bardzo biedne określiłyby mianem bogaczy, jest wielu dobrych i życzliwych ludzi, aktywnych do pewnego stopnia w dobroczynnych i filantropijnych przedsięwzięciach. Jeśli więc nie wszyscy są takimi aż do granic samopoświęcenia, byłoby przejawem złej woli, gdyby ci, którzy sami nie poświęcili się dla dobra innych, mieli potępiać drugich, którzy tego nie czynią. Ci zaś, którzy poświęcają się dla innych, wiedzą, jak bardzo trzeba cenić każdy przejaw takiego ducha, niezależnie od tego, czy znajduje się go u bogatych, czy biednych.

Dobrze jest także pamiętać, że wielu ludzi bogatych nie tylko uczciwie płaci ogromne podatki, z których wspierane są darmowe szkoły powszechne, działalność rządu, organizacje charytatywne itp., ale jeszcze chętnie udziela innych darowizn dla ulżenia biednym, ochoczo wspierając przytułki, uczelnie, szpitale, a także kościoły, które ich zdaniem na to zasługują. Ci zaś, którzy tak postępują z dobrego i szczerego serca, a nie (jak, trzeba przyznać, ma to czasami miejsce) na pokaz i dla poklasku, nie miną się z nagrodą. Wszyscy oni powinni spotkać się ze słusznym szacunkiem.

Łatwo jest krytykować milionerów i wszyscy chętnie to czynią, obawiamy się jednak, że w niektórych przypadkach sąd ten bywa zbyt surowy. Apelujemy więc do naszych czytelników, by nie myśleli o nich nazbyt niełaskawie. Pamiętajcie, że i oni, podobnie jak biedni, muszą w pewnym sensie poddać się kontroli obecnego systemu społecznego. Zwyczaj sprawił, że ich umysły i serca zostały poddane działaniu pewnych praw i ograniczeń. Fałszywe wyobrażenia o chrześcijaństwie, popierane od wieków przez cały świat – przez bogatych i przez biednych – utarły sobie głębokie koleiny poglądów i argumentów, którymi toczą się tu i tam koła ich rozumowania. Czują oni, że muszą postępować tak jak inni ludzie, to znaczy, że powinni wykorzystywać swój czas i talenty zgodnie ze swymi zdolnościami i na zasadach “rynkowych”. Gdy zaś tak czynią, pieniądze spływają same, gdyż <str. 300> kapitał i maszyny są dzisiaj źródłem bogactwa, a praca nie jest w cenie.

Poza tym sądzą oni, że posiadanie bogactwa jest ich obowiązkiem, nie dlatego, by je po prostu gromadzić, ale by nim dysponować. Prawdopodobnie zastanawiają się oni, czy byłoby lepiej oddać pieniądze na działalność charytatywną, czy też pozostawić je w obiegu, w obrocie handlowym i w wynagrodzeniach za pracę. Słusznie dochodzą oni do wniosku, że lepszy jest ten drugi sposób ich wykorzystania. Bale, bankiety, wesela, jachty itp. traktują jako przyjemność dla siebie i swoich przyjaciół, ale także jako wsparcie dla mniej zamożnych sąsiadów. A czy pogląd ten nie jest poniekąd słuszny? Bankiet kosztujący, na przykład, dziesięć tysięcy dolarów wpuszcza do obiegu prawdopodobnie piętnaście tysięcy dolarów – przez rzeźników, piekarzy, kwiaciarzy, krawców, projektantów, jubilerów itp. itd. Jacht kosztujący 800 tysięcy dolarów, choć jest wielką ekstrawagancją pojedynczych osób, uruchamia obrót sporej sumy pieniędzy między robotnikami w jakimś kraju, a ponadto jego utrzymanie kosztuje rocznie od 20 do 100 tysięcy dolarów, które pójdą na płace dla oficerów, maszynistów, marynarzy oraz na zaopatrzenie w żywność i na inne bieżące wydatki.

W obecnych złych warunkach jest przeto dla klasy średniej i ubogiej znacznie korzystniej, że bogacze ulegają “nierozumnej rozrzutności”, niż gdyby mieli być skąpi. Hojne wydając część strumienia bogactw, które napływają do ich kas, płacą na przykład za diamenty, które muszą zostać wykopane, oszlifowane i oprawione, a to zapewnia zatrudnienie tysiącom robotników, którzy musieliby dołączyć do grona bezrobotnych, gdyby bogaci ludzie nie mieli słabostek i ekstrawaganckich pomysłów, a tylko gromadzili wszystko, co wchodzi w ich posiadanie. Argumentując w ten sposób, bogacze mogą w rzeczywistości uważać swoją rozrzutność za działalność “dobroczynną”. Jeśli jednak tak czynią, to podążają tą samą drogą fałszywego rozumowania, jakie zostało przyjęte przez niektórych przedstawicieli klasy średniej, którzy urządzają “kościelne spotkania towarzyskie” oraz jarmarki i festyny na rzecz “słodkiej dobroczynności”. <str. 301>

Nie staramy się tutaj usprawiedliwiać ich postępowania, a tylko wskazać na to, że rozrzutność ludzi bogatych w okresach trudności finansowych nie musi wcale dowodzić, że są oni pozbawieni uczuć dla biednych. Kiedy zaś zaczynają myśleć o działalności charytatywnej, która byłaby prowadzona nie w oparciu o zasady rynkowe, bez wątpienia dochodzą do wniosku, że wymagałoby to zatrudnienia małej armii złożonej z mężczyzn i kobiet, która nadzorowałaby rozdawnictwo ich dziennych dochodów, a i tak nie można by być całkowicie pewnym, że pomoc trafi do najbardziej potrzebujących. Dzieje się tak z powodu egoizmu, który jest zjawiskiem tak powszechnym, że tylko w stosunku do nielicznych można mieć zaufanie, iż będą uczciwie rozdzielać te wielkie sumy. Pewna milionerka stwierdziła, że nigdy nie wygląda z okna swego powozu, gdy przejeżdża przez ubogie dzielnice, ponieważ widok ten obraża ją. Zastanawiamy się, czy nie jest tak również dlatego, że dręczą ją wyrzuty sumienia z powodu kontrastu między jej położeniem a położeniem biednych. Jeśli więc chodzi o osobiste doglądanie działalności charytatywnej, to mężczyźni są zbyt zajęci pilnowaniem swych interesów, kobiety zaś są zbyt delikatne, by patrzeć na nieprzyjemne widoki, słyszeć nieprzyjemne dźwięki i czuć nieprzyjemne zapachy. Będąc jeszcze biedakami, ludzie ci mogli pożądać tych możliwości czynienia dobrze, które obecnie posiadają, jednak egoizm, duma, oraz zobowiązania i etyka wynikająca z ich przynależności społecznej nie pozwalają na szlachetne uczucia i uniemożliwiają przyniesienie wielu owoców. Ktoś kiedyś powiedział, że to właśnie dlatego nasz Pan chodził, czyniąc dobrze, że został poruszony uczuciami wobec ludzkiej niedoli.

Czyniąc te wzmianki odnośnie pewnej miary współczucia, jakie ludzie bogaci mogą okazywać klasom ludzi biednych, nie chcemy być zrozumiani, że w jakimkolwiek sensie usprawiedliwiamy samolubną rozrzutność bogaczy, która jest złem i którą Pan jako zło potępił (Jak. 5:5). Jednak przy rozważaniu rozmaitych stron tego nurtującego problemu należy zachować zrównoważenie umysłu, trzeźwość sądu i okazywać współczucie ludziom, których “bóg tego świata” tak oślepił swymi bogactwami, że w swych sądach nie kierują <str. 302> się sprawiedliwością, ludziom, którzy już niebawem zostaną przez Pana surową zganieni i wychłostani. W niektórych sprawach “bóg tego świata” oślepia także ludzi biednych, tak że i oni usprawiedliwiają złe postępowanie. W ten sposób doprowadzi on obydwie strony do tego, że stoczą między sobą wielką “bitwę”.

Tak więc można znaleźć pewne argumenty na usprawiedliwienie obecnego nagromadzenia bogactw w rękach garstki ludzi. Trzeba też przyznać, że niektórzy ludzie bogaci, a zwłaszcza ci umiarkowanie bogaci, są bardzo skłonni do dobroczynności. Prawdą może też okazać się stwierdzenie, że przecież bogaci gromadzą swe bogactwa przestrzegając tego samego prawa, któremu podlegają wszyscy, oraz że niektórzy ludzie biedni są z natury znacznie mniej wspaniałomyślni i wykazują mniejszą skłonność do sprawiedliwości niż niektórzy bogacze, tak że gdyby się znaleźli na ich miejscu, to mogliby się nieraz okazać bardziej wymagający i zaborczy niż bogaci. Mimo to jednak Pan obwieszcza, że posiadacze bogactw zostaną niebawem pozwani na sąd w tej właśnie sprawie, ponieważ dostrzegając obecny kierunek rozwoju sytuacji nie poszukiwali na własny koszt sprawiedliwszych i bardziej wspaniałomyślnych rozwiązań niż te, które są stosowane obecnie. A takie rozwiązania proponuje na przykład socjalizm.

Poniżej cytujemy doniesienie prezentujące pogląd coraz większej liczby ludzi, według którego obowiązkiem społeczeństwa jest albo pozostawienie swobodnego dostępu do wszystkich możliwości i bogactw natury (ziemi, powietrza i wody), albo w razie ich monopolizacji zapewnienie możliwości codziennej pracy tym, którzy nie mają udziału w monopolach. Oto jego treść:

“Rzadko ukazują się drukiem opisy bardziej wzruszających wydarzeń jak to, o którym opowiedziała nam pewna przedszkolanka, mieszkająca w Brooklynie w stanie Nowy Jork.

Pewna mała dziewczynka, która uczęszcza do przedszkola we wschodniej, najuboższej dzielnicy Nowego Jorku, nie tak dawno temu przyszła rano na zajęcia cienko ubrana, wyglądając na zmizerowaną i zziębniętą. Po chwili przebywania w ciepłym przedszkolu, dziecko powiedziało poważnie patrząc w twarz wychowawczyni: <str. 303>

‘Panno C. …, czy pani kocha Boga?’

‘Dlaczego pytasz? Owszem, tak’, powiedziała przedszkolanka.

‘Bo ja nie’, szybko odpowiedziało dziecko z wielkim przejęciem i gwałtownością, ‘Ja Go nienawidzę’.

Wychowawczyni poprosiła o wyjaśnienie, uznając, że jest to bardzo dziwne stwierdzenie w ustach dziecka, które tak pilnie starała się nauczyć, że należy kochać Boga.

‘No bo’, powiedziała dziewczynka, ‘On sprawia, że wieje wiatr, a ja nie mam ciepłego ubrania. On sprawia, że pada śnieg, a moje buty są dziurawe. On sprawia, że jest zimno, a my nie mamy w domu czym palić. On sprawia, że jesteśmy głodni, a mama nie ma dla nas chleba na śniadanie’.”

W komentarzu do tej wypowiedzi gazeta pisze: “Przypatrując się doskonałej hojności Boga w udzielaniu synom ziemi dóbr materialnych, ciężko jest po przeczytaniu tej historii cierpliwie znosić zadowolenie bogatych bluźnierców, którzy podobnie jak ta dziewczynka, obwiniają Boga o niedole ubóstwa.”

Tak czy owak, od ludzi tego świata nie można oczekiwać zbyt wiele, gdyż duchem tego świata jest samolubstwo. Więcej powodów mielibyśmy, by spoglądać w stronę wybitnych i bogatych ludzi, którzy wyznają, że są chrześcijanami. Tymczasem oni też nie ofiarują ani swojego życia, ani bogactwa na Boskim ołtarzu w służbie Ewangelii, nie oddają tych rzeczy nawet w służbie dla doczesnego dobrobytu ludzkości. Oczywiście Ewangelia jest najważniejsza! Powinniśmy oddać jej do dyspozycji cały nasz czas, wszystkie talenty, wpływy i środki, którymi dysponujemy. Tam jednak, gdzie nie jest ona zrozumiana, gdzie nie wywiera wpływu na serca z powodu fałszywych poglądów, wynikających z błędnego nauczania, tam poświęcone serce z pewnością znajdzie wiele okazji do niesienia pomocy dla upadłych współbliźnich w akcjach na rzecz wstrzemięźliwości, w pomocy socjalnej, w reformie miejskiej itp. I rzeczywiście jest całkiem pokaźna liczba osób zaangażowanych, wywodzą się oni jednak przeważnie z klasy ubogiej albo średniej, rzadko kiedy trafia się człowiek bogaty albo milioner. Gdyby chociaż tylko niektórzy ze światowych milionerów posiedli na tyle ducha Chrystusowego, by okazać gotowość oddania swych umysłowych, finansowych i czasowych możliwości do dyspozycji umiejętnych współpracowników, którzy <str. 304> chętnie przyszliby z pomocą, gdyby tylko otwierały się przed nimi takie drzwi możliwości, to w przeciągu roku świat stałby się świadkiem niespotykanej reformy społecznej! W interesie dobra publicznego ograniczono by albo wypowiedziano przywileje, jakimi cieszą się korporacje i trusty. Złe prawa zostałyby poprawione, a dobro publiczne byłoby w ogólności chronione i strzeżone, przy jednoczesnym osłabieniu wpływów manipulatorów finansowych i politycznych jako działających przeciwko dobru publicznemu.

Oczekiwanie na takie wykorzystanie bogactwa byłoby jednak nierozsądne, gdyż jakkolwiek wielu bogatych ludzi wyznaje chrześcijaństwo, to podobnie jak i pozostała część świata nie mają pojęcia o prawdziwym chrześcijaństwie, czyli o wierze w Chrystusa jako osobistego Odkupiciela oraz o całkowitym poświęceniu wszystkich talentów w Jego służbie. Pragną oni zostać zaliczeni do “chrześcijan”, gdyż nie chcą być uznawani za “pogan” albo “Żydów”, gdyż imię Chrystusa jest obecnie popularne, mimo że Jego rzeczywiste nauki nie są już w tym stopniu znane, jak wtedy, gdy został On ukrzyżowany.

Rzeczywiście Słowo Boże poświadcza, że niewielu wybitnych, bogatych czy mądrych ludzi wybrał Bóg, aby stali się dziedzicami Jego Królestwa. Wybierał On na ogół takich, którzy mierzeni mądrością, poważaniem i wartościami tego świata wydawali się biedni i wzgardzeni. Jakże ciężko (kosztem jakich trudności) będzie bogaczowi wejść do Królestwa Bożego. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa niebieskiego* (Mat. 19:23,24).

* Uważa się, że mianem “ucha igielnego” określana była mała furtka w murach starożytnych miast, używana po zachodzie słońca, gdy większe bramy były zamknięte z obawy przed atakiem nieprzyjaciół. Według tych opisów furtka była tak mała, że wielbłąd mógł przejść przez nią tylko na kolanach i po zdjęciu ładunku z jego grzbietu. Ilustracja ta wskazywałaby na to, że bogacz musiałby pozbyć się swojego ładunku i uklęknąć, zanim będzie mógł uczynić pewnym swoje powołanie i wybranie do odziedziczenia miejsca w Królestwie.

Niestety jednak “biedni bogacze” będą musieli przejść przez straszliwe doświadczenia. <str. 305> Bogactwo okaże się nie tylko przeszkodą w otrzymaniu przyszłej czci i chwały w Bożym Królestwie, ale nawet tutaj korzyści z niego płynące będą krótkotrwałe. “Nuż teraz, bogacze! płaczcie, narzekając nad nędzami waszymi, które przyjdą. (…) zgromadziliście skarb na ostatnie dni.” Płacz i narzekanie bogaczy będą już niedługo słyszalne. Świadomość ta powinna usunąć ze wszystkich serc całą zazdrość i pożądliwość, zastępując je współczuciem dla “biednych bogaczy”, takim współczuciem, które nie będzie pragnęło ani domagało się zmiany Pańskiego sądu, uznając Jego mądrość i dobroć oraz wiedząc, że skutkiem owego płaczu i narzekania będzie naprawa serc oraz otwarcie oczu na sprawiedliwość i miłość, które staną się udziałem wszystkich – zarówno bogatych jak i biednych. Bogatym będzie jednak ciężej, gdyż zmiana ich sytuacji będzie znacznie poważniejsza i bardziej gwałtowna.

Czemu jednak warunki nie mogą się zmienić stopniowo przez wyrównanie poziomu bogactwa i wygody? Dlatego, że świat nie kieruje się królewskim prawem miłości, ale prawem niegodziwości – samolubstwem.

Połączenie samolubstwa z wolnością

Doktryna chrześcijaństwa zachęca do wolności, zaś wolność prowadzi do zdobycia wiedzy i wykształcenia. Wolność i wiedza stanowią jednak zagrożenie dla ludzkiego dobrobytu, z wyjątkiem sytuacji, gdzie panuje nad nimi litera i duch królewskiego prawa miłości. Dlatego też “chrześcijaństwo”, przyswajając sobie chrześcijańską wolność i zdobywając wiedzę bez jednoczesnego przyjęcia prawa Chrystusowego, a zamiast niego zagarniając wiedzę i wolność na użytek upadłych i samolubnych skłonności, nauczyło się jedynie lepiej praktykować swe samolubstwo. W rezultacie kraje chrześcijańskie są obecnie na ziemi obszarem największego niezadowolenia, zaś inne kraje mają udział w tym niezadowoleniu i jego krzywdach proporcjonalnie do tego, na ile przyswajają sobie wiedzę i wolność <str. 306> chrześcijaństwa bez jednoczesnego przyjęcia ducha Chrystusowego, ducha miłości.

Biblia, tak Stary jak i Nowy Testament, pielęgnuje ducha wolności – nie wprost ale pośrednio. Zakon rzeczywiście nakazywał, by słudzy byli poddani swym panom, ograniczał jednak panów w interesie ich sług, zapewniając, że niesprawiedliwość zostanie niechybnie ukarana przez wielkiego Pana wszystkich – samego Boga. Ewangelia Nowego Testamentu wyraża takie same zasady (por. Kol. 3:22-25; 4:1). Biblia zapewnia jednak wszystkich, że mimo różnic między ludźmi pod względem władz umysłowych, moralnych i fizycznych, Bóg przygotował warunki do całkowitej restytucji, żeby przez wiarę w Chrystusa wszyscy – bogaci i biedni, niewolnicy i wolni, mężczyźni i kobiety, mądrzy i prostacy – mogli zostać przywróceni do Boskiej łaski na wspólnym poziomie jako “obdarowani w onym Umiłowanym”.

Nic więc dziwnego, że starożytni Żydzi byli narodem tak bardzo miłującym wolność, że zyskali sobie sławę ludu buntowniczego, nie akceptującego stanu niewoli, a ich zwycięzcy dochodzili do wniosku, że nie ma innego sposobu ich podporządkowania, jak całkowite wyniszczenie narodu. Nie zaskakuje nas także i to, że czołowi mężowie stanu (nawet ci niechrześcijańscy) uznali Biblię za “kamień węgielny naszej wolności”, a doświadczenie pokazuje, że tam, gdzie pozbywano się Biblii, tam też zanikała wolność, zabierając ze sobą wykształcenie i ogólną wzniosłość uczuć. Tak było w ciągu dwóch pierwszych wieków ery chrześcijańskiej. Potem zaczął się panoszyć błąd – władza kapłanów i przesądy. Biblia była ignorowana albo i zakazana, a zamiast dalszego postępu, papiestwo doprowadziło swą polityką do nastania “wieków ciemnoty”. Wraz z ponownym przywróceniem prawa do powszechnego nauczania przez Biblię, co dokonało się w okresie reformacji angielskiej i niemieckiej, wśród ludzi ponownie ożyła wolność, wiedza i postęp. Niezaprzeczalnym faktem jest, że kraje, które uznają Biblię, cieszą się większą wolnością i powszechnym oświeceniem, <str. 307> a tam, gdzie jest swobodny dostęp do Biblii, tam i naród jest wolny, bardziej oświecony, lepiej wykształcony i dokonujący szybszych postępów we wszelkich dziedzinach rozwoju.

Teraz jednak zwróćmy uwagę na to, co zauważyliśmy już wcześniej, że chrześcijaństwo przyswoiło sobie oświecający i oswobadzający wpływ Biblii, powszechnie przy tym pomijając jej prawo miłości (doskonały zakon wolności – Jak. 1:25). Myślący ludzie zaczynają sobie uświadamiać fakt, że wiedza w połączeniu z wolnością stanowi potężną siłę, która może być użyta zarówno w dobrym, jak i złym celu. Jeśli punktem oparcia tej dźwigni stanie się miłość, to rezultat będzie potężny i dobry. Jeśli jednak jej punktem oparcia będzie samolubstwo, to skutkiem będzie zło – potężne i dalekosiężne. Taka jest zasada i wobec niej staje dziś chrześcijaństwo. Wedle tej zasady bardzo gwałtownie kształtują się obecnie żywioły dla “ognia dnia pomsty” i odpłaty.

Z chemii wiadomo, że bardzo użyteczne i dobroczynne składniki zmieszane w nieodpowiednich proporcjach stają się nagle mocną trucizną. Tak też jest z błogosławieństwami wiedzy i wolności, gdy złączą się one z samolubstwem. W pewnych proporcjach mieszanka ta oddała ludzkości wartościowe usługi, jednak ogromny rozwój wiedzy, jaki się ostatnio dokonał, zamiast posadzić wiedzę na tronie władzy, ukoronował samolubstwo. Egoizm dominuje i korzysta z usług wiedzy i wolności. Połączenie to sprawuje obecnie władzę nad światem i nawet jego wartościowe składniki stają się nieprzyjaciółmi sprawiedliwości i pokoju z powodu samolubstwa, które sprawuje nad nimi kontrolę. W tych warunkach wiedza w służbie samolubstwa jest najbardziej aktywna przy realizacji egoistycznych celów, a wolność kontrolowana przez samolubstwo staje się samowolą, która pogardza prawami i wolnością innych. Tak więc w obecnej sytuacji <str. 308> samolubstwo (kontrolujące dwa pozostałe elementy) oraz wiedza i wolność stanowią triumwirat złych mocy, które sprawują dziś wyniszczającą władzę nad chrześcijaństwem za pośrednictwem swych wykonawców i przedstawicieli – bogatych i wpływowych klas. Niebawem jednak ten sam złowrogi triumwirat zmieni swych sług i przedstawicieli, którymi staną się masy społeczne.

Prawie wszyscy ludzie w krajach cywilizowanych, z nielicznymi tylko wyjątkami, czy to bogaci czy biedni, wykształceni czy prostacy, mądrzy czy głupi, mężczyźni czy kobiety, podejmują niemal każdą działalność życia popychani przez tę potężną koalicję sił. To one sprawiają, że podległych im ludzi ogarnia szał w dążeniu do osiągnięcia pozycji, władzy, korzyści i wywyższenia własnej osoby. Nieliczni święci, którzy dążą do doczesnego i przyszłego dobra dla innych, stanowią nie liczącą się mniejszość, której nie warto nawet uwzględniać przy ocenie obecnej sytuacji. Nie będą oni w stanie zrealizować dobra, za którym tęsknią, dokąd nie zostaną uwielbieni ze swoim Panem i Mistrzem, a dopiero wtedy będą mieli zarówno potrzebne kwalifikacje, jak i moc, by błogosławić świat jako Królestwo Boże. Tymczasem jednak, będąc w ciele, muszą ciągle czuwać i modlić się, by ich wiedza i wolność, choć wyższe od świata, nie obróciły się jednak w zło, dostając się pod kontrolę samolubstwa.

Pogląd bogatych i biednych na temat niezależności

Dopiero niedawno szerokie rzesze społeczeństwa wyzwoliły się z niewolnictwa i poddaństwa uzyskując wolność i niezależność. Wiedza miała ogromne znaczenie dla zrzucenia osobistych i politycznych więzów. Równość polityczna nie została osiągnięta za zgodą panujących, ale wywalczona siłą, krok po kroku. Teraz zaś świat, zrównany już w prawach politycznych, dzieli się znów wzdłuż nowych linii podziału, linii pychy i samolubstwa. Wzniecana jest nowa bitwa, w której bogaci i zamożni walczą o utrzymanie, a nawet zwiększenie zakresu swego bogactwa i władzy, zaś niższe klasy walczą o prawo do pracy <str. 309> i do względnej wygody życia (por. Amos 8:4-8). Wielu bogatych jest skłonnych myśleć o biednych klasach w taki oto sposób: No tak, masy społeczne otrzymały wreszcie prawa wyborcze i niezależność. Niech im to wyjdzie na zdrowie! Na pewno się jednak przekonają, że rozum jest czynnikiem odgrywającym istotną rolę we wszystkich sprawach życia, a rozum ma przeważnie tylko arystokracja. Naszą troską jest jedynie to, żeby korzystali ze swych praw z umiarem i zgodnie z prawem. W ten sposób zostaniemy zwolnieni ze znacznej części odpowiedzialności. Dawniej, gdy ludzie żyli w poddaństwie, każdy pan, szlachcic i książę czuł się odpowiedzialny za tych, którzy znajdowali się pod jego opieką. Teraz zaś mamy swobodę dbania przede wszystkim o swoje przyjemności i majątki. Ich niezależność ma dla nas same dobre strony. Ta zmiana okazała się korzystna dla każdego “pana” życzącego przecież innym tego samego. Niech i oni tak samo dobrze dbają o swój dobrobyt, jak my dbamy o nasz. Stawiając się z nami na równi w prawach politycznych i niezależności, zmienili nasze wzajemne stosunki – stoją oni obecnie według prawa na równi z nami, a więc są naszymi konkurentami, a nie podopiecznymi. Dowiedzą się jednak z czasem, że równość polityczna nie zrównuje ludzi pod względem fizycznym czy intelektualnym. W rezultacie doprowadzi to do ustanowienia arystokracji rozumu i bogactwa na miejsce dawnej arystokracji dziedzicznej.

Niektórzy przedstawiciele niższych klas społecznych bezmyślnie odpowiadają: Zgadzamy się na te warunki. Jesteśmy niezależni i mamy sporo możliwości, by zadbać o swoje interesy. Baczcie tylko, żebyśmy was nie wywiedli w pole. Życie to wojna o bogactwo, a my mamy liczebną przewagę. Będziemy organizowali strajki, bojkoty i uzyskamy to, co chcemy.

Gdyby przyjąć założenie, że wszyscy ludzie są od siebie wzajemnie niezależni oraz że każdy może samolubnie czynić to, co jest najkorzystniejsze z punktu widzenia jego własnych interesów, niezależnie od interesów i dobrobytu innych, to trudno byłoby mieć zastrzeżenia do przytoczonych, zwalczających się poglądów głoszących wojnę o bogactwo. Z całą pewnością tak też właśnie jest, <str. 310> że wszystkie klasy zdają się coraz bardziej kierować zasadami samolubstwa i niezależności. Kapitaliści dbają o swoje własne interesy i na ogół (z nielicznymi szlachetnymi wyjątkami) płacą za pracę najmniej, jak tylko mogą. Zaś mechanicy i robotnicy także (ze szlachetnymi wyjątkami) patrzą tylko, żeby dostać jak najwięcej pieniędzy za swoją pracę. Czyż więc logiczne jest to, by którakolwiek z klas dopatrywała się błędu u drugiej, skoro obydwie kierują się tymi samymi zasadami niezależności, samolubstwa i siły?

Pogląd ten zyskał sobie już tak powszechne uznanie, że zanikł dawny zwyczaj, według którego ludzie o wyższym wykształceniu, większej mierze talentu i przewagi nad innymi, odwiedzali biednych i wspierali ich swoją radą i środkami materialnymi. Teraz każdy pilnuje swoich trosk, a innym pozostawia niezależność w zakresie zajęcia się swoimi sprawami albo często kieruje ich do szczodrych instytucji publicznych – przytułków, hospicjów, domów opieki itp. Dla niektórych może to być pod pewnymi względami korzystne, dla innych jednak i pod innymi względami może łatwo okazać się kłopotliwe – z powodu braku doświadczenia, braku zapobiegliwości, rozrzutności, lenistwa, głupoty i braku szczęścia.

W rzeczywistości ani bogaty, ani biedny nie może sobie pozwolić na samolubną niezależność od innych. Nikt też nie powinien ani myśleć, ani postępować w sposób sugerujący taką możliwość. Ludzkość stanowi jedną rodzinę – Bóg “uczynił z jednej krwi wszystek naród ludzki” (Dzieje Ap. 17:26). Każdy członek tej ludzkiej rodziny jest ludzkim bratem dla każdego człowieka. Wszyscy są dziećmi jednego ojca, Adama, syna Bożego (Łuk. 3:38), którym Bóg powierzył zadanie wspólnego dbania o ziemię i wszystko, co się na niej znajduje. Wszyscy mają więc udział w błogosławieństwach Boskiej troskliwości, gdyż w dalszym ciągu “Pańska jest ziemia, i napełnienie jej”. Popadnięcie w grzech i poniesienie wynikającej z niego kary śmierci, dopełnione przez stopniowy upadek pod względem fizycznym, umysłowym i moralnym, doprowadziło do mniejszego lub większego osłabienia każdego człowieka, każdy więc potrzebuje współczucia innych i pomocy proporcjonalnie do stopnia <str. 311> swej przypadłości i wynikającej stąd zależności umysłowej, moralnej i fizycznej.

Gdyby miłość była czynnikiem kierującym sercami wszystkich ludzi, to każdy cieszyłby się, mogąc wnieść swój wkład do ogólnego dobrobytu, a wszyscy mieliby równy dostęp do możliwości zaspokojenia wspólnych potrzeb i niektórych wygód życia. Oznaczałoby to pewną dozę socjalizmu. Miłość nie kieruje jednak postępowaniem ludzi i dlatego takiego planu nie da się obecnie wprowadzić w życie. Ludzie kierują się zasadą samolubstwa, które ogarnia już nie tylko większą część chrześcijaństwa, ale niemal jego całość, wydając gorzkie owoce i przyczyniając się do jego szybkiego dojrzewania na wielkie winobranie opisane w Objawieniu 14:19,20.

Jedynie (1) masowe nawrócenie świata albo (2) interwencja nadludzkiej siły mogłyby zmienić jeszcze bieg wydarzeń światowych, tak aby zasada samolubstwa została zastąpiona zasadą miłości. O takim nawróceniu nie marzą nawet najwięksi optymiści, jako że chrześcijaństwu ledwie udaje się nawrócić stosunkowo niewielką liczbę spośród miliardów ludzi, i to jedynie w sensie zewnętrznym, gdzie nie ma mowy o prawdziwym nawróceniu – nawróceniu od samolubnego ducha tego świata do miłującego i wspaniałomyślnego ducha Chrystusowego – które dotyczy jedynie nielicznych. Tak więc lepiej jest porzucić jakiekolwiek oczekiwania w tym zakresie. Jedyną nadzieją jest więc interwencja nadludzkiej siły i to jest właśnie owa zmiana, którą Bóg obiecał przeprowadzić w czasie Tysiącletniego Królestwa Chrystusowego i za jego pośrednictwem. Bóg przewidział, że na usunięcie samolubstwa i na pełne zapanowanie miłości w sercach nawet tych, którzy tego pragną, potrzebny będzie okres tysiąca lat i dlatego zaplanował takie właśnie“czasy naprawienia wszystkich rzeczy” (Dzieje Ap. 3:21). Tymczasem jednak nieliczni, którzy rzeczywiście szanują zasadę miłości i pragną jej ustanowienia, widzą niemożność zapewnienia tego ziemskimi metodami, gdyż bogaci nie pozbędą się dobrowolnie swoich korzyści ani też masy społeczne nie byłyby w stanie wyprodukować dla siebie wystarczającej ilości środków do życia, gdyby nie były mobilizowane koniecznością albo <str. 312> pożądliwością, tak bardzo zakorzeniona jest samolubna beztroska u jednych oraz samolubne, rozrzutne zamiłowanie do luksusu i bezmyślna rozrzutność u innych.

Dlaczego obecna korzystna sytuacja
nie może trwać długo

Ktoś mógłby jednak powiedzieć, że bogaci i biedni żyją razem od sześciu tysięcy lat i że obecna sytuacja nie stwarza większego zagrożenia wywołania klęski, niż to miało miejsce w przeszłości, że nie ma większego niebezpieczeństwa, by bogaci zgnietli i zagłodzili biednych ani żeby biedni zniszczyli bogatych w anarchii. Jest to jednak błąd. Niebezpieczeństwo zagrażające obu stronom jest większe niż kiedykolwiek.

Od czasów poddaństwa ludu sytuacja uległa wielkiej zmianie. Zmiany dotyczą nie tylko warunków fizycznych, ale i umysłowych. Obecnie zaś, gdy lud zakosztował cywilizacji i wykształcenia, trzeba by wieków stopniowego pogłębiania niewoli, żeby poddać go ponownie pod dawny porządek rzeczy, w którym ludzie byli wasalami ziemskiej arystokracji. Nie dałoby się tego przeprowadzić w ciągu jednego stulecia – prędzej ludzie byliby gotowi umrzeć! Rewolucję spowodowałoby samo podejrzenie, że pojawi się taka tendencja określająca przyszłość dla ich dzieci, a taki właśnie strach pobudza biednych do gwałtowniejszych protestów, niż to miało miejsce kiedykolwiek wcześniej.

Ktoś jednak mógłby zapytać, dlaczego w ogóle mielibyśmy brać pod uwagę taką tendencję? Dlaczego nie spodziewamy się utrzymania, albo wręcz wzrostu, powszechnego dobrobytu, jaki miał miejsce w minionym wieku, a szczególnie w ciągu ostatnich pięciu lat?

Nie możemy się zgodzić z takimi przewidywaniami, gdyż obserwacje i przemyślenia dowodzą, że byłyby one nierozsądne, albo wprost nierealne, z kilku powodów. Pomyślność obecnego wieku była – według rozporządzenia Bożego (Dan. 12:4) – bezpośrednim skutkiem umysłowego przebudzenia świata, wraz ze stymulującymi go czynnikami, takimi jak druk, maszyny parowe, elektryczność i <str. 313> zastosowanie maszyn. Przebudzenie to zaowocowało zwiększeniem się żądań zaspokojenia potrzeb i wygód ze strony coraz większych ilości ludzi. Nagłe zwiększenie się popytu nie miało odzwierciedlenia w wysokości produkcji, co spowodowało powszechny wzrost wynagrodzeń. Gdy zaś na rynku krajowym podaż zrównała się z popytem, a potem go przewyższyła, wtedy na rynkach innych krajów, dotychczas nie przebudzonych, również pojawiło się zapotrzebowanie na zwiększoną produkcję. Przez pewien czas przynosiło to korzyść wszystkim klasom, a dobrobyt i poziom życia wzrosły we wszystkich cywilizowanych krajach bardziej niż kiedykolwiek. Fabryki produkujące maszyny potrzebowały odlewaczy, mechaników i stolarzy, oni zaś potrzebowali pomocników, którzy dostarczali drewno, wyrabiali cegły, budowali piece i w nich palili. Gdy maszyny były już gotowe, w wielu z nich stosowano węgiel, co zwiększyło zatrudnienie wśród górników, inżynierów, palaczy itd. Wszędzie na świecie wzrosło zapotrzebowanie na statki parowe i tabor kolejowy, dzięki czemu tysiące ludzi prędko znalazło zatrudnienie przy ich budowie, wyposażaniu i obsłudze. W ten sposób gwałtownie rosło zapotrzebowanie na klasę robotniczą, a wynagrodzenia rosły proporcjonalnie do wymaganych umiejętności. Pośrednie korzyści osiągali także inni, którzy nie byli bezpośrednio objęci tym zatrudnieniem, gdyż ludzie, którzy lepiej zarabiali, lepiej się odżywiali, kupowali lepsze ubrania, mieszkali w lepszych domach, które były lepiej wyposażone. Rolnik musiał więcej zapłacić wynajętym robotnikom, ale jednocześnie otrzymywał wyższe ceny za swoje produkty. Tak działo się we wszystkich gałęziach przemysłu. Korzystali więc na tym garbarze, szewcy, producenci trykotaży, zegarmistrzowie, jubilerzy itp., gdyż im więcej ludzie zarabiali, tym więcej mogli wydać zarówno na artykuły pierwszej potrzeby, jak i na towary luksusowe. Ci, co kiedyś chodzili boso, kupowali buty, ci, co chodzili bez skarpetek, zaczęli uważać skarpetki za rzecz niezbędną, i tak zaczęła się koniunktura we wszystkich dziedzinach handlu. Całe to zapotrzebowanie pojawiło się tak nagle, że nieunikniony stał się powszechny i gwałtowny rozwój gospodarczy. <str. 314>

Zapotrzebowanie wpływało pobudzająco na wynalazczość. Urządzenia oszczędzające pracę ludzką były jedno po drugim wprowadzane do fabryk, domów, gospodarstw rolnych i wszędzie indziej, tak że dziś trudno byłoby zarobić na utrzymanie bez posługiwania się nowoczesnymi maszynami. Wszystko to razem, w połączeniu z handlem z innymi krajami, w których choć nieco później, ale też miało miejsce podobne przebudzenie, zapewniało klasie robotniczej trwałą pomyślność, a handlowcom i przemysłowcom krajów chrześcijańskich – bajeczne bogactwa.

Obecnie jednak zbliżamy się do końca owego szlaku pomyślności. W wielu dziedzinach światowa podaż przekroczyła już popyt, a właściwie finansową zdolność zaspokajania pożądliwości. Chiny, Indie i Japonia, które były wspaniałymi klientami przemysłu europejskiego i amerykańskiego, powszechnie korzystają obecnie z własnych zasobów siły roboczej (za 6-12 centów na godzinę), reprodukując wcześniej zakupione towary. Tak więc proporcjonalnie do zwiększania własnej produkcji, zapotrzebowanie z ich strony będzie coraz mniejsze. Kraje Ameryki Południowej rozwijały się szybciej, niż na to pozwalały ich możliwości intelektualne, tak że niektóre z nich są już bankrutami i muszą oszczędzać, aby poprawić swą sytuację finansową.

Wyraźnie więc widać, jak zbliża się kryzys, kryzys, który osiągnąłby swoją kulminację wcześniej niż w Europie, gdyby nie to, że Wielka Republika dzięki protekcyjnym cłom przeżywała okres bezprecedensowej koniunktury, ściągającej tutaj milionowy kapitał inwestycyjny z Europy, a także miliony Europejczyków, którzy przybywali do tego kraju, by mieć udział w korzyściach wynikających z rozwoju gospodarczego. Doprowadziło to do powstania olbrzymich korporacji i trustów, które stanowią obecnie wielkie zagrożenie dla dobra publicznego.

Ogólna dobra koniunktura oraz wzrost wynagrodzeń objęły także i Europę. Miało na to wpływ ulżenie europejskiej klasie robotniczej, ale także wojny, które przyczyniły się do zmniejszenia konkurencji na rynku pracy, pozbawiając życia milion mężczyzn <str. 315> w kwiecie wieku, a także niszcząc wiele dóbr oraz powodując ogólną przerwę w pracy. Ponadto przez ostatnie dwadzieścia pięć lat nieustannie zwiększała się liczebność wojsk stacjonarnych, co odrywało od pracy kolejne kilka milionów ludzi, którzy inaczej byliby konkurentami dla innych robotników. Poza tym trzeba także wziąć pod uwagę ogromną liczbę osób zatrudnionych przy produkcji uzbrojenia, armat, okrętów wojennych itp.

Jeśli zatem pomimo wszystkich tych tak korzystnych i pomyślnych okoliczności, pomimo zapotrzebowania na pracę, pomimo dobrych zarobków zauważamy, że szczyt został osiągnięty i płace wykazują raczej tendencję spadkową, to możemy być pewni, zarówno z ludzkiego punktu widzenia, jak i z perspektywy Boskiego objawienia, że zbliża się przełom – ów szczególny kryzys w historii świata.

Warto także zauważyć, że wzrostowi wynagrodzeń, które w ostatnich latach osiągnęły niebywałą wysokość, z powodzeniem dotrzymywał kroku wzrost kosztów utrzymania, który stanowił więcej niż przeciwwagę dla zwiększających się zarobków. Jaki będzie tego skutek? Jak długo będziemy musieli na niego czekać?

Katastrofa nastąpi nagle. Tak jak żeglarz, który powoli, z trudem wspiął się na wierzchołek masztu, może bardzo szybko spaść na dół, tak jak ogromna maszyna, którą wolno wciąga się przy pomocy dźwigni i rolek, gdy ześliźnie się z haka, spada z miażdżącą, niszczycielską siłą, która nigdy nie byłaby tak wielka, gdyby nie nastąpiło podciągnięcie w górę, podobnie i ludzkość – podciągnięta na poziom przewyższający wszystkie dotychczasowe osiągnięcia, przy użyciu dźwigni i rolek wynalazków i usprawnień oraz dzięki zastosowaniu korb i dźwigów powszechnej edukacji i oświecenia – znalazła się w takim miejscu, skąd już (ze względu na samolubstwo) nie może być wyżej podniesiona przy zastosowaniu tych samych mechanizmów, w punkcie, gdzie siły podtrzymujące słabną. Uchwyci się ona i zatrzyma przez krótką chwilę (przez kilka lat) na niższym poziomie, dokąd dźwignie i liny, które nie mogą już podnieść jej wyżej, nie zerwą się, a wtedy nastąpi całkowita zagłada. <str. 316>

Kiedy zaczęto wprowadzać maszyny, obawiano się, że będą one stanowić konkurencję dla ludzkiej pracy i umiejętności. Jednak czynniki stanowiące przeciwwagę, o których była mowa powyżej (tj. ogólne przebudzenie w krajach chrześcijańskich i poza nimi, produkcja maszyn, wojny, armie itp.), jak do tej pory z powodzeniem równoważą naturalną tendencję, i to do tego stopnia, że wielu ludzi uznało, iż sytuacja ta nie podlega zasadom rozsądku i że maszyny oszczędzające pracę nie stanowią zagrożenia dla zatrudnienia człowieka. Tak jednak nie jest. Świat ciągle podlega prawu podaży i popytu. Działanie tego prawa jest niezawodne i da się go wyjaśnić każdemu rozsądnemu człowiekowi. Wzrost zapotrzebowania na ludzką pracę i umiejętność był jedynie okresowy, powodując jeszcze większą podaż maszyn, które zajmą miejsce robotników, aż wreszcie, gdy zostanie osiągnięty szczyt, skutek może być tylko jeden – gwałtowny i miażdżący dla tych, na których spadnie ów poruszony z miejsca ciężar.

Załóżmy, że rozwój cywilizacyjny spowodował pięciokrotny wzrost popytu w stosunku do okresu sprzed pięćdziesięciu lat (a jest to na pewno powściągliwe obliczenie). Jaka będzie w tej sytuacji podaż? Wszyscy zgodzą się co to tego, że wynalazki i zastosowanie maszyn spowodowały ponad DZIESIĘCIOKROTNY wzrost podaży w stosunku do produkcji sprzed pięćdziesięciu lat. Nawet ograniczony człowiek wie, że gdy tylko powstanie odpowiednia liczba maszyn, aby zaspokoić popyt, to zaraz musi pojawić się konkurencja, wyścig między człowiekiem a maszyną, ponieważ pracy nie wystarczy dla wszystkich, nawet gdyby nie zwiększać liczby maszyn ani liczby robotników. Pojawiło się jednak dodatkowe współzawodnictwo. Liczba ludzi na świecie gwałtownie rośnie, a maszyny sterowane przez coraz bardziej umiejętnych ludzi wytwarzają codziennie jeszcze więcej i jeszcze lepszych maszyn. Któż tego nie dostrzeże, że przy obecnym samolubnym systemie, gdy tylko podaż przewyższy popyt (skoro tylko pojawi się nadprodukcja), wyścig między człowiekiem i maszyną będzie bardzo krótki i bardzo niekorzystny <str. 317> dla człowieka. Maszyny są w ogólności niewolnikami z żelaza, stali i drewna, ożywianymi przez parę i elektryczność. Potrafią one wykonywać nie tylko więcej pracy, ale też potrafią pracować lepiej od człowieka. A na dodatek nie mają umysłów, które trzeba kształtować, nie mają upadłych skłonności, które trzeba opanować, nie mają żon i rodzin, o których myślą i o które dbają, nie są ambitne, nie zakładają związków zawodowych i nie wysyłają przedstawicieli, którzy zakłócają działanie dyrekcji zakładu, nie strajkują, a przy tym gotowe są pracować po godzinach bez wielkiego narzekania i bez dodatkowej opłaty. Maszyny są zatem, jako niewolnicy, poszukiwane znacznie bardziej niż czarni czy biali ludzie w tej roli. Tym samym więc ludzka praca i umiejętność znajdują coraz mniejsze zastosowanie. Ci zaś, którzy posiadają własnych zmechanizowanych niewolników, cieszą się w myśl aktualnego prawa i zwyczaju ludzkiego wolnością i niezależnością, ponieważ dzięki temu zwolnieni są z odpowiedzialności i troski o swoich niewolników.

Światowa klasa robotnicza nie jest ślepa. Robotnicy widzą, przynajmniej w zarysie, do czego musi doprowadzić obecny system samolubstwa, który przecież i oni, co muszą przyznać, pomagali pielęgnować i w ramach którego ciągle razem z wieloma innymi działają. Mimo to nie widzą jeszcze wyraźnie, jak nieuchronnie prowadzi on do obrzydliwego niewolnictwa, którym zostaną z pewnością niebawem objęci, jeśli ten kierunek nie ulegnie zmianie. Widzą jednak, że konkurencja między tymi, którzy chcą zostać sługami mechanicznych niewolników (maszynistami, mechanikami, palaczami itp.), staje się z każdym rokiem coraz ostrzejsza.

Maszyny jako czynnik w dziele przygotowania do “ognia”.
Minione kilka lat są jedynie przedsmakiem tego, co nadchodzi.

Cytujemy wypowiedzi osób, które zaczynają się budzić i zdawać sobie sprawę z możliwej przyszłości. Nieznany autor pisze: <str. 318>

“Świetność starożytnych, greckich demokracji miejskich, błyszczących jak jasne punkty na ciemnym tle otaczającego je barbarzyństwa, stała się źródłem niezgody między współczesnymi orędownikami rozmaitych form rządu. Przeciwnicy rządów obywatelskich utrzymują, że starożytne miasta wcale nie były demokracjami, ale w rzeczywistości miały ustrój arystokratyczny, jako że tylko praca niewolników zapewniała wolnym obywatelom taką ilość wolnego czasu, która pozwalałaby im poświęcić się polityce. Wedle poglądów tych myślicieli w społeczeństwie musi istnieć klasa “podkładowa” przeznaczona do najgorszych robót, a polityka, która pozwala zwykłym robotnikom mieć udział w rządach, nie ma szans na przetrwanie.

To pozornie przekonywujące rozumowanie zostało pomysłowo odparte przez pana Charlesa H. Loringa w jego prezydenckim wystąpieniu przed Amerykańskim Stowarzyszeniem Inżynierów Mechaniki w 1892 roku, w którym przyznał, że współczesna cywilizacja ma wszystkie zalety starożytnego niewolnictwa, będąc jednocześnie pozbawiona ówczesnego okrucieństwa. ‘Hańbą starożytnej cywilizacji’, mówił on, ‘był całkowity brak humanizmu. Sprawiedliwość, życzliwość i miłosierdzie odgrywały niewielką rolę. Zastępowały je: siła, oszustwo i okrucieństwo. Trudno byłoby też oczekiwać czegoś więcej od organizacji opartej na najgorszym systemie niewolnictwa, który zawsze przerażał myślących ludzi. Tak długo, jak podstawą cywilizacji było ludzkie niewolnictwo, cywilizacja taka musiała cechować się brutalnością, gdyż strumień nie może wznieść się wyżej od swego źródła. Taka cywilizacja, osiągnąwszy gwałtowną kulminację, musiała się rozpaść, a historia pokazuje, choć nie zawsze wyraźnie, że pogrążała się ona w barbarzyństwie gorszym od tego, z którego wyrosła.

Współczesna cywilizacja także opiera się na ciężkiej pracy niewolnika. Różni się on jednak znacznie od swego starożytnego poprzednika. Nie ma on nerwów i nie zna uczucia zmęczenia. Nie potrzebuje on przerw w pracy i nie bardzo się wysilając jest bardziej wydajny niż cała armia ludzkich niewolników. Jest on nie tylko znacznie silniejszy, ale i dużo tańszy niż ludzie. Pracuje bez przerwy i w każdej dziedzinie, znajduje równie dobre zastosowanie przy wykonywaniu prac najbardziej precyzyjnych, jak i tych najprostszych. Produkuje wszystko w takich ilościach, że człowiek, uwolniony od znacznej części swego niewolniczego wysiłku, po raz pierwszy w pełni cieszy się prawami pana stworzenia. Produkty <str. 319> wszystkich wspaniałych dziedzin naszej cywilizacji – możliwość taniego i szybkiego transportu lądowego i wodnego, druk, urządzenia pokojowe i wojenne, zdobywanie wiedzy we wszystkich dziedzinach – wszystko to stało się możliwe i osiągalne dzięki pracy posłusznego niewolnika, który nazywa się maszyna parowa.’

Istotnie, tak właśnie jest, że współczesne urządzenia są niewolnikami o wydajności kilkaset razy większej od człowieka, który służył jako niewolnik w starożytności. To właśnie zjawisko stanowi obecnie materialną podstawę cywilizacji, w której cała ludność stanie się klasą niepracującą, odpowiadającą wolnym obywatelom Aten – klasą, która tak na prawdę nie jest wolna po to, by spędzać czas na bezmyślnych hulankach, ale klasą uwolnioną od najcięższej pracy i zdolną do zapewnienia sobie wygody kosztem wysiłku nie większego niż taki, który potrzebny jest dla zachowania dobrego zdrowia, rozwoju umysłowego oraz dla rozsądnej rozrywki. Ocenia się, że w samej tylko Wielkiej Brytanii maszyny parowe wykonują pracę odpowiadającą wysiłkowi 156 milionów ludzi, co stanowi liczbę większą niż całkowita populacja świata starożytnego, licząc w to niewolników i ludzi wolnych. W Stanach Zjednoczonych maszyny parowe wykonują pracę 230 milionów ludzi, co odpowiada niemal całkowitej populacji naszego globu w chwili obecnej, a dochodzi do tego jeszcze energia wodospadów zaprzęgana do pracy w silnikach elektrycznych w takim zakresie, że nawet tamta wielka rzesza ludzka musiałaby usunąć się w cień.

Niestety jednak, dysponując materialną bazą dla cywilizacji, która mogłaby zapewnić powszechną wygodę, wypoczynek i inteligencję, ciągle jeszcze nie nauczyliśmy się, w jaki sposób czerpać z tego korzyści. Poprawiamy się, ale nadal mamy jeszcze obywateli, którzy uważają się za szczęśliwych dopiero wtedy, gdy mają możliwość przeznaczenia wszystkich godzin dnia na wyczerpującą pracę – obywateli, którzy wedle naszych teorii politycznych powinni mieć taki sam wpływ na politykę rządu, jak każdy inny człowiek, a mimo to nie mają możliwości przyswojenia sobie poglądów na jakikolwiek temat, z wyjątkiem tego, czy będą mieli coś do zjedzenia na następny posiłek.

Nauki fizyczne zapewniły nam możliwość zbudowania największej, najwspanialszej, najszczęśliwszej i najtrwalszej cywilizacji, która przewyższyłaby wszystko, co zna historia. Zadaniem nauk socjologicznych jest pokazanie nam, jak mamy korzystać z tej substancji. Każdy eksperyment w tym kierunku, niezależnie od powodzenia, <str. 320> jest cenny. W chemii przeprowadza się tysiące bezowocnych doświadczeń, zanim zostanie dokonany wynalazek. Jeśli nawet zawiodły Kaveah i Altrurias, to ich projektodawcom ciągle zawdzięczamy to, że oznakowali podwodne rafy zagrażające rozwojowi.”

Dziennik zajmujący się obrotem węgla, The Black Diamond [Czarny Diament], pisze:

“Wystarczy tylko spojrzeć na szybkość transportu i na telekomunikację, która się dzięki temu rozwinęła, by przekonać się, jak wszystko to sprawia, że trudno jest zrozumieć zasady funkcjonowania współczesnego przemysłu. Niezwykle istotną cechą mechanizacji górnictwa jest niezawodność i ciągłość pracy maszyn. Dzięki temu zostanie istotnie zmniejszone zagrożenie strajkiem, można też zauważyć, że tam gdzie organizowane są strajki, tam też często w ich następstwie dochodzi do poszerzenia zakresu zastosowania urządzeń mechanicznych. Rozwój mechanicznych metod pracy we wszystkich dziedzinach stopniowo kształtuje związki między pokrewnymi dziedzinami produkcji na bazie dostosowania, co będzie w dalszym ciągu prowadziło do takiego punktu, w którym strajki staną się właściwie niemożliwe.

Elektryczność jest jeszcze w powijakach, tam jednak, gdzie zostanie zastosowana, prawie nigdy już nie oddaje pola, a ci, co kopią czarne diamenty, staną niebawem w obliczu oczywistego faktu, że nawet tam, gdzie jeszcze nie zostali wyparci przez tanią siłę roboczą z Europy, będą mieli do czynienia z bardziej nieprzejednanym wrogiem, gdyż za kilka lat na miejsce tysięcy górników, będzie się zatrudniać tylko setki ludzi, którzy przy pomocy elektrycznych urządzeń wydobywczych wykonają taką samą ilość pracy.”

Czasopismo Olyphant Gazette pisze:

“Cudowne postępy w nauce, niezliczone narzędzia owego wieku wynalazków, usunęły prawie całkowicie pracę ręczną z wielu dziedzin przemysłu, a tysiące robotników, którzy przed kilkoma laty mieli dobrze płatną pracę, bezskutecznie poszukują obecnie jakiegoś zajęcia. Tam, gdzie kiedyś w zakładzie czy w fabryce zatrudniano setki osób, teraz pracuje dwudziestu, a przy pomocy mechanicznych urządzeń i tak wykonują więcej pracy. Linotyp pozbawił pracy tysięcy drukarzy, a podobnie jest w innych zawodach. Przy użyciu maszyn praca wykonywana jest szybciej, taniej i dokładniej niż ręcznie.

Perspektywy są więc takie, że za kilka lat przy wydobyciu węgla antracytowego <str. 321> będzie się używało prawie wyłącznie urządzeń elektrycznych, a praca człowieka i muła będą tylko dodatkiem do działania elektrycznego narzędzia tam, gdzie nie będzie można użyć maszyn napędowych.”

Inny autor zauważa następujące fakty:

“Jeden mężczyzna i dwóch chłopców mogą wykonać pracę, która jeszcze kilka lat temu wymagała zatrudnienia 1100 prządek.

Jeden człowiek wykonuje obecnie pracę, którą za czasów jego dziadka wykonywało pięćdziesięciu tkaczy.

Zastosowanie maszyn do wytłaczania bawełny pozbawiło pracy tysiąc pięciuset robotników, pozostawiając na ich miejsce jednego.

Jedna maszyna obsługiwana przez jednego człowieka wykonuje dziennie tyle podków, co w tym samym czasie pięciuset ludzi pracujących ręcznie.

Z 500 ludzi zatrudnionych dawniej w zakładach zajmujących się piłowaniem pni, 499 straciło pracę na skutek wprowadzenia nowoczesnych maszyn.

Jedna maszyna do produkcji gwoździ zastępuje 1100 ludzi.

Przy wyrobie papieru 95 procent pracy ręcznej wykonują maszyny.

Jeden człowiek wyrabia obecnie tyle naczyń glinianych, ile wykonywało 1000 ludzi przed zastosowaniem maszyn.

Dzięki użyciu maszyn przy załadunku i rozładunku statków jeden człowiek może wykonać pracę 2000 ludzi.

Sprawny zegarmistrz może wykonać 250 do 300 zegarków w ciągu roku, używając przy tym maszyn, które zastępują 85 procent pracy ręcznej.”

Gazeta Pittsburgh Post, odnotowując rok temu znaczny postęp w technologii produkcji surowego żelaza, jaki dokonał się na przestrzeni ostatnich dwóch dziesięcioleci dzięki modernizacji pieców hutniczych, napisała:

“Dwadzieścia lat temu, w roku 1876, produkcja surówki żelaza w Stanach Zjednoczonych wynosiła 2 093 236 ton. W roku 1895 produkcja surówki w okręgu Allegheny wyniosła 5 054 585 ton. W 1885 roku całkowita krajowa produkcja surówki wynosiła 4 144 000 ton, podczas gdy w roku 1895 znaleźliśmy się na pierwszym miejscu w świecie z produkcją 9 446 000 ton.”

Kanadyjczycy zauważają takie same okoliczności i te same skutki. Montreal Times pisze:

“Przy zastosowaniu najlepszych obecnie maszyn jeden człowiek <str. 322> może wyprodukować bawełniane ubrania dla 250 ludzi. Jeden człowiek może wyprodukować tkaniny wełniane dla 300 ludzi. Jeden człowiek może wyprodukować obuwie dla 1000 ludzi. Jeden człowiek może wypiec chleb dla 200 ludzi. Mimo to tysiące ludzi nie może dostać bawełny, wełny, obuwia czy chleba. Musi być jakaś przyczyna takiego stanu rzeczy. Musi być jakiś sposób zaradzenia temu haniebnemu stanowi anarchii, w jakim się znaleźliśmy. A zatem, jaki jest ten środek zaradczy?”

Topeka State Journal pisze:

“Prof. Hertzka, austriacki ekonomista i polityk, obliczył, że przy zastosowaniu nowoczesnych technologii i maszyn produkcja rozmaitych gałęzi przemysłu, zaspokajająca potrzeby 22 milionów Austriaków w każdej dziedzinie życia, wymagałaby zatrudnienia 615 tysięcy ludzi przy zachowaniu zwykłego czasu pracy. Zaspokojenie zapotrzebowania na towary luksusowe wymagałoby dodatkowego zatrudnienia zaledwie 315 tysięcy pracowników. Dalej oblicza on, że ogólna liczba mężczyzn i kobiet w wieku produkcyjnym, między 16 a 50 rokiem życia, wynosi obecnie w zaokrągleniu 5 milionów. Te obliczenia doprowadzają go dalej do wniosku, że powyższa liczba pracowników, przy pełnym zatrudnieniu i wyposażona w nowoczesne maszyny i technologie, mogłaby zaspokoić podstawowe i luksusowe potrzeby całej ludności pracując przez trzydzieści siedem dni w roku w takich samych godzinach jak obecnie. Gdyby zdecydowali się oni przepracować 300 dni w roku, to wystarczyłoby, aby pracowali jedną godzinę i dwadzieścia minut dziennie.

Jeśli obliczenia prof. Hertzka odnoszące się do Austrii są słuszne, to można je zastosować z niewielkimi zmianami do każdego innego kraju, nie wyłączając Stanów Zjednoczonych. W Kalifornii pracuje kombajn parowy, który obsługiwany przez trzy osoby potrafi dziennie zżąć i powiązać zboże z 36 hektarów. Przy użyciu pługu wieloskibowego ciągniętego przez parowy traktor można zaorać 35 hektarów pola dziennie. Pewien piekarz w Brooklynie zatrudnia 350 ludzi i wypieka 70 tysięcy bochenków dziennie, co daje 200 bochenków dziennie na jednego zatrudnionego. Stosując maszynę McKay’a, jeden człowiek może wyprodukować 300 par butów w czasie, który przy produkcji ręcznej pozwalałby na uszycie pięciu par. W fabryce narzędzi rolniczych 500 ludzi wykonuje obecnie pracę 2500 ludzi.

Przed rokiem 1879 siedemnastu sprawnych ludzi było w stanie wyprodukować 6000 mioteł tygodniowo. Obecnie dziewięciu ludzi produkuje w tym samym czasie 14 400 mioteł. Jeden człowiek może dzisiaj zrobić i zamknąć <str. 323> 2500 konserw o wadze 1 kilograma dziennie. Nowojorska fabryka zegarków jest w stanie wyprodukować 1400 zegarków dziennie, czyli 511 000 rocznie albo dwa do trzech zegarków na minutę. W przemyśle krawieckim jeden człowiek dysponujący maszyną elektryczną może uszyć 500 ubrań dziennie. W zakładach stalowych Carnegie, wykorzystujących energię elektryczną, ośmiu ludzi wykonuje pracę trzystu. Jedna maszyna do produkcji zapałek, zaopatrywana przez chłopca, może wykroić 10 milionów zapałek dziennie. Najnowsze krosna tkackie mogą działać bez obsługi przez całą przerwę obiadową oraz półtorej godziny po zamknięciu fabryki, tkając materiał automatycznie.

Tutaj stoimy przed problemem naszego wieku, który oczekuje na rozwiązanie: W jaki sposób powiązać nasze możliwości i potrzeby tak, aby nie marnotrawić energii i uniknąć niedostatku. Rozwiązując ten problem, można by było uniknąć zmęczenia i przepracowania ludzi. Można by było zlikwidować ubóstwo, głód, zepsucie i włóczęgostwo. Proponowano już niezliczoną ilość rozwiązań, jednak jak dotąd żadnego z nich nie da się zrealizować bez wyrządzenia komuś krzywdy rzeczywistej lub pozornej. Człowiek, który zaproponuje ludziom światłe rozwiązanie tego problemu, będzie największym bohaterem i najwspanialszym dobroczyńcą rodzaju ludzkiego, jaki kiedykolwiek urodził się na ziemi.”

Współzawodnictwo wśród kobiet istotnym czynnikiem

Jeszcze innym zagadnieniem, które trzeba wziąć pod uwagę, jest współzawodnictwo kobiet. Według danych pochodzących ze spisu ludności z roku 1880, w Stanach Zjednoczonych pracowało zarobkowo 2 477 157 kobiet. W roku 1890 liczba ta wynosiła 3 914 711, co oznacza wzrost o ponad pięćdziesiąt procent. Szczególnie wzrosło zatrudnienie kobiet w księgowości, przy kopiowaniu i stenografowaniu. Spis powszechny z roku 1880 wykazał, że w tych dziedzinach zatrudnionych było 11 756 kobiet. W spisie z roku 1890 liczba ta wynosiła już 168 374. Można spokojnie powiedzieć, że obecnie (w 1912 roku) liczba kobiet pracujących zarobkowo wynosi ponad dziesięć milionów. Również zatrudnienie kobiet jest zmniejszane na skutek zastosowania maszyn. Dla przykładu, zakład wypalania kawy w Pittsburghu zainstalował niedawno dwie nowo wynalezione maszyny do paczkowania kawy, które obsługiwane <str. 324> są przez cztery kobiety, co spowodowało zwolnienie pięćdziesięciu sześciu pracowniczek.

Rywalizacja nasila się z każdym dniem, a każdy wartościowy wynalazek zwiększa jedynie skalę problemu. Mężczyźni i kobiety rzeczywiście zostali uwolnieni od ciężkiej pracy, tylko kto będzie utrzymywał ich oraz ich rodziny w czasie bezrobocia.

Rozsądne i nierozsądne poglądy i metody świata pracy

Możemy jedynie stwierdzić, że wszystkie przesłanki przemawiają za zwiększaniem się zapotrzebowania na miejsca pracy, wywoływanego przez rosnącą armię bezrobotnych oraz, co za tym idzie, za dalszym zmniejszaniem się zarobków. W celu odwrócenia tej tendencji założone zostały związki zawodowe świata pracy, które oczywiście w pewnym stopniu pomogą w zachowaniu godności, płac i człowieczeństwa, chroniąc wielu ludzi przed miażdżącą siłą monopoli. Ich działanie wywiera jednak zarówno zły, jak i dobry wpływ. Rozwinęły one w ludziach zaufanie do związków i przekonanie, że potrafią one poradzić sobie z problemami i ulżyć w trudnych sytuacjach, podczas gdy jedynym sposobem poznania drogi, którą można kroczyć nie upadając, jest spoglądanie na Boga i udawanie się do Jego Słowa po naukę. Gdyby ludzie byli postępowali w taki sposób, to Pan dałby im, jako swoim dzieciom, “ducha zdrowego zmysłu” i byłby ich prowadził swą radą. Tak się jednak nie stało. Wręcz przeciwne, nasiliły się zjawiska niewiary w Boga, braku zaufania do ludzi, powszechnego niezadowolenia, bezradności, irytacji i samolubstwa. Związki zawodowe kultywowały ducha samolubnej niezależności oraz wyniosłości, przyczyniając się do samowoli robotników, co pozbawiło ich sympatii nawet u dobrych i życzliwych pracodawców, którzy powoli dochodzą do wniosku, że podejmowanie działań pojednawczych ze związkami nie ma sensu, gdyż robotnicy muszą przez ciężkie doświadczenia oduczyć się samowoli. <str. 325>

Rozumowanie ludzi świata pracy jest poprawne, gdy twierdzą oni, że błogosławieństwa i wynalazki związane ze świtaniem poranka Tysiąclecia powinny przynosić korzyści dla całej ludzkości, a nie tylko pomnażać bogactwo tych, którzy przez skąpstwo, bystrość myślenia, zapobiegliwość i uprzywilejowaną pozycję zapewnili sobie i swoim dzieciom prawo posiadania maszyn i ziemi oraz prawo do codziennego gromadzenia jeszcze większego bogactwa. Robotnicy uważają, że ci szczęśliwcy nie mają prawa samolubnie zagarniać wszystkiego, co się tylko da, ale powinni wspaniałomyślnie dzielić się z nimi wszystkimi korzyściami, i to nie w charakterze darowizny tylko przysługującego prawa. Nie powinno się to także odbywać w myśl zasad samolubnej konkurencji, ale w oparciu o Boskie prawo miłości bliźniego. Swoje żądania opierają oni na nauczaniu Pana Jezusa, często cytując jego reguły.

Zdają się jednak zapominać, że domagają się od tych, którym się powiodło, by żyli wedle zasad miłości dla pożytku tych mniej szczęśliwych, którzy jednak nadal chcą żyć według zasad samolubstwa. Czy rozsądne jest ich oczekiwanie, że inni będą postępowali wedle zasad, których oni sami się są skłonni stosować względem innych? Czyż pomimo całej słuszności i sensowności tych żądań, można oczekiwać ich spełnienia? Oczywiście że nie. Ci sami ludzie, którzy najgłośniej domagają się, aby inni, którym się powiodło, dzielili się z nimi swymi korzyściami, nie wykazują najmniejszej skłonności do dzielenia się swoją miarą dobrobytu z drugimi, którzy są w jeszcze gorszej sytuacji.

Innym wynikiem działania zasady samolubstwa w sprawach ludzkich jest to, że większość stosunkowo małej grupy ludzi o trzeźwym sądzie została wchłonięta przez wielkie przedsiębiorstwa przemysłowe, trusty i inne tego typu instytucje, podczas gdy ci, którzy udzielają porad związkom zawodowym ludzi pracy, są na ogół osobami o umiarkowanym albo wręcz miernym rozsądku. Zresztą i tak rozsądne, umiarkowane poglądy, nawet jeśli się pojawiają, są najczęściej odrzucane, gdyż robotnicy nauczyli się podejrzliwości i wielu z nich przypuszcza, że ci, którzy proponują rozsądne rozwiązania, są szpiegami i wysłannikami pracodawców, sympatyzującymi z ich poglądami. Większość tych ludzi cechuje się brakiem rozsądku i ulega tym, którzy sprytnie schlebiają kaprysom <str. 326> ludzi od siebie bardziej nieświadomych w celu objęcia dobrze płatnych stanowisk przywódczych.

W każdym razie połowa przyjętych i zrealizowanych rozwiązań okazała się, czy to z powodu niewiedzy, czy też z braku właściwej oceny sytuacji, niemądra i niekorzystna dla tych, którym miała przynieść pożytek. Problemem jest przeważnie, jak się wydaje, poleganie na ludzkiej sile, wyrażającej się w liczebności i odwadze, przy jednoczesnym lekceważeniu mądrości, która pochodzi z góry, która “najprzódci jest czysta, potem spokojna, mierna, powolna, pełna miłosierdzia i owoców dobrych, nie posądzająca i nieobłudna”. W rezultacie nie posiadają oni ducha (czyli usposobienia) “zdrowego zmysłu”, który mógłby nimi kierować (2 Tym. 1:7).

Wyobrażają oni sobie, że dzięki działalności związkowej, przez bojkoty, strajki itp. będą w stanie utrzymać płace w kilku dziedzinach przemysłu na poziomie dwukrotnie albo trzykrotnie wyższym niż przy innych rodzajach pracy. Nie zauważają jednak tego, że przy obecnej mechanizacji pracy nie trzeba już, tak jak dawniej, latami uczyć się rzemiosła, że dzięki powszechności dostępu do szkół i prasy tysiące ludzi może się dziś nauczyć tego, co dawniej mogło zrozumieć jedynie niewielu oraz że nadwyżka siły roboczej, prowadząca do gwałtownego spadku wynagrodzeń w rzemiośle i przemyśle, skłoni wielu ludzi do starania się o łatwiejszą i lepiej płatną pracę w innym zawodzie, czemu ostatecznie w warunkach tak silnej konkurencji nie będzie można się przeciwstawić. Ludzie nie będą stać bezczynnie i głodować, nie będą patrzeć, jak ich rodziny przymierają głodem. Zgodzą się raczej na pracę za dolara, czy dwa dolary dziennie, tam, gdzie obecnie zarabia się trzy albo cztery dolary.

Jak długo sytuacja jest korzystna – w warunkach niedoboru siły roboczej lub przewagi popytu nad podażą w obrocie towarowym – związki zawodowe mogą się okazać, i okazują się, dość pożyteczne dla swoich członków poprzez utrzymywanie dobrych zarobków, korzystnych godzin i higienicznych warunków <str. 327> pracy. Byłoby jednak błędem, gdyby w tym zakresie próbować oceniać przyszłość na podstawie teraźniejszości i oczekiwać od związków zawodowych, by przeciwdziałały prawom podaży i popytu. Niech ludzie pracy oglądają się raczej na swą jedyną nadzieję, na Pana, a nie polegają na sile ludzkiej.

Nieugięte prawo podaży i popytu
obowiązujące wszystkich

Przekonaliśmy się zatem, że podstawą obecnej gospodarki, tak w odniesieniu do małych, jak i wielkich, dla biednych i bogatych, jest brak miłości, bezwzględność i samolubstwo. Producenci i handlowcy starają się uzyskać jak najwyższą cenę za swoje produkty, zaś ludzie chcą kupować w miarę możliwości najtaniej. Rzadko kto zadaje sobie pytanie o rzeczywistą wartość towaru, chyba że w samolubnym celu. Zboże i inne produkty rolne sprzedawane są za najwyższą, możliwą do uzyskania cenę, tymczasem konsumenci kupują je jak się tylko da najtaniej. Podobnie jest z pracą i umiejętnościami, ich posiadacz stara się sprzedać je jak najdrożej, zaś rolnicy, kupcy i przemysłowcy starają się zapłacić za nie jak najmniej, byle tylko zaspokoić swoje potrzeby.

Działanie owego “prawa podaży i popytu” jest bezwzględne, nikt nie może się spod niego wyłamać. Nikt nie jest w stanie go całkowicie pominąć i żyć w obecnym ustroju społecznym. Przypuśćmy na przykład, że rolnik powiedziałby: “Przeciwstawię się temu prawu, które obecnie rządzi światem. Cena pszenicy wynosi obecnie 60 centów za buszels, pszenica musiałaby jednak kosztować dolara za buszel, żeby pokryć koszty mojej własnej pracy i koszty zatrudnienia robotników. Nie sprzedam więc mojej pszenicy taniej niż po dolarze za buszel”. Skutek byłby taki, że pszenica zgniłaby, rodzina rolnika nie miałaby za co kupić ubrania, jego pracownicy zostaliby pozbawieni pensji z powodu jego kaprysów, a człowiek, który pożyczył mu pieniądze, straciłby cierpliwość w związku z niedotrzymaniem warunków umowy i sprzedałby jego gospodarstwo, pszenicę i wszystko inne, na pokrycie długu. <str. 328>

Albo wyobraźmy sobie przeciwną sytuację. Przypuśćmy, że rolnik powiedziałby: “Moim pomocnikom w gospodarstwie płacę obecnie trzydzieści dolarów miesięcznie. Dowiedziałem się jednak, że w pobliskim miasteczku mechanicy, nie pracując wcale ciężej, w krótszym czasie zarabiają od pięćdziesięciu do stu dolarów miesięcznie. Postanawiam więc, że odtąd moi pracownicy będą pracować przez cały rok osiem godzin dziennie zarabiając sześćdziesiąt dolarów miesięcznie.” Jaki byłby rezultat takiej próby przeciwstawienia się prawu podaży i popytu? Taki rolnik popadłby zapewne prędko w długi. Owszem, gdyby wszyscy rolnicy w Stanach Zjednoczonych płacili tyle samo swoim robotnikom i sprzedawali swoje produkty po uczciwych cenach, to może dałoby się tak zrobić. Jednak po zakończeniu sezonu elewatory zbożowe byłyby pełne pszenicy, gdyż Europa zaopatrzyłaby się gdzie indziej. I co wtedy? Otóż wiadomość ta zostałaby natychmiast przekazana telegraficznie do Indii, Rosji i Południowej Ameryki i producenci pszenicy z tych krajów wysłaliby do nas swoją pszenicę, łamiąc tak zwaną umowę rolną i zaopatrując biednych w tani chleb. Z całą pewnością taki system, nawet jeśli udałoby się go wprowadzić, nie przetrwałby dłużej niż rok.

To samo prawo obecnego porządku społecznego – prawo podaży i popytu – w podobny sposób, z niewielkimi tylko zmianami zależnymi od okoliczności, sprawuje kontrolę nad wszystkimi innymi produktami ludzkiej pracy i umiejętności.

W naszej wielkiej republice panowały korzystne warunki, zapewniające duży popyt, wysokie zarobki i dobre zyski, dzięki protekcyjnym cłom przeciwdziałającym konkurencji z Europy oraz dzięki tendencji do inwestowania europejskich kapitałów na tutejszym rynku ze względu na wyższe dochody, zaś wysokie zarobki ściągały wykwalifikowanych robotników, którzy mogli tutaj otrzymać lepsze wynagrodzenie niż w swoich krajach. Było to jednak działanie tego samego prawa podaży i popytu. Milionowy kapitał inwestycyjny, przeznaczony na produkcję maszyn, szlaków kolejowych oraz na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych i innych potrzeb życiowych ludzi, przez wiele lata zapewniał temu niezwykłemu krajowi najwyższą <str. 329> koniunkturę w świecie. Jednak szczyt tej koniunktury już minął i znaleźliśmy się w okresie jej spadku. Nic też nie jest w stanie temu zapobiec, chyba żeby wybuchła wojna albo inna katastrofa w pewnych cywilizowanych krajach, która na jakiś czas spowodowałaby przerzucenie produkcji światowej do tych krajów, które cieszą się pokojem. Wojna chińsko-japońska nieznacznie zmniejszyła to napięcie, nie tylko ze względu na zakup broni i amunicji przez walczące strony, ale także dzięki odszkodowaniom, jakie Chiny zapłaciły Japonii. Pieniądze te Japończycy natychmiast wydali na zakup okrętów wojennych, które zostały zbudowane w różnych krajach, głównie w Wielkiej Brytanii. Co więcej, dołączenie Japonii do grona “potęg morskich” skłoniło rządy Europy i Stanów Zjednoczonych do wzmocnienia swoich sił morskich. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej krótkowzrocznego, jak niedawny masowy wiec robotników w Nowym Jorku, którzy protestowali przeciwko dalszym wydatkom na rozbudowę floty i umocnień obronnych wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Powinni oni byli wiedzieć, że takie wydatki przyczyniają się do utrzymania zatrudnienia robotników. Będąc stanowczymi przeciwnikami wojny, jesteśmy jednocześnie przeciwko temu, by ludzie głodowali z powodu braku zatrudnienia i w związku z tym skłonni bylibyśmy akceptować zwiększone ryzyko wybuchu wojny. Niechby długi świata zostały zamienione na obligacje. Obligacje będą miały w czasie zbliżającego się ucisku takie samo znaczenie, jak złoto i srebro (Ezech. 7:19; Sof. 1:18).

Wielu ludzi zauważa, że konkurencja jest zagrożeniem, czego rezultatem jest wejście w życie “projektu ustawy o wykluczeniu Chińczyków”. Ustawa ta wstrzymała imigrację milionów Chińczyków, a ponadto przyczyniła się do wydalenia z naszego kraju wszystkich tych, którzy nie uzyskali dotychczas praw obywatelskich. W celu wstrzymania imigracji z Europy uchwalono ustawę zabraniającą przyjmowania emigrantów, którzy nie umieją czytać. Powszechnie wiadomo, że wkrótce na skutek działania prawa podaży i popytu zarobki wyrównają się na całym świecie i dlatego usiłuje się, na ile to tylko możliwe i najdłużej, jak się tylko da, chronić wynagrodzenia w Stanach Zjednoczonych przed spadkiem do poziomu europejskiego czy azjatyckiego. <str. 330>

Inni usiłują uchwalić prawne zabezpieczenia – zobowiązać producentów do płacenia wysokich wynagrodzeń i sprzedawania swoich wyrobów z niewielkim zyskiem. Zapominają oni o tym, że jeśli tutaj kapitał nie będzie przynosił zysków, to zostanie ulokowany gdzie indziej. Fabryki będą wybudowane, ludzie zatrudnieni i produkcja uruchomiona tam, gdzie warunki są dogodniejsze, gdzie są niższe zarobki i korzystniejsze ceny.

Perspektywy na najbliższą przyszłość okażą się jednak w obecnych warunkach jeszcze bardziej ponure, gdy spojrzymy na to zagadnienie nieco szerzej. Prawo podaży i popytu rządzi tak pracą, jak i kapitałem. Kapitał jest równie czujny jak świat pracy w poszukiwaniu bardziej dochodowego zatrudnienia. Inwestorzy są równie dobrze poinformowani i lokują swe pieniądze to tu, to tam, po całym świecie. Jednak kapitał i praca zmierzają w przeciwnych kierunkach i rządzą się przeciwnymi zasadami. Wykwalifikowani robotnicy szukają miejsc, gdzie płace są najwyższe. Kapitał szuka takich regionów, w których zarobki są najniższe, by przez to zapewnić sobie większy zysk.

Mechanizacja łaskawie służyła kapitałowi i nadal mu wiernie służy. Jednak wzrostowi kapitału i zwiększeniu liczby maszyn towarzyszy “nadprodukcja” – czyli sytuacja, w której produkuje się więcej, niż można z zyskiem sprzedać – konkurencja, zmniejszanie się cen i wynikające z tego pomniejszenie zysków. To prowadzi w naturalny sposób do powstawania związków, mających na celu utrzymanie cen i zysków zwanych trustami. Jest jednak rzeczą wątpliwą, czy i one będą w stanie się utrzymać. Jeśli tak, to tylko w tych dziedzinach, gdzie chodzi o produkcję artykułów opatentowanych albo towarów o podaży ograniczonej czy też regulowanej prawem, które wcześniej czy później zostanie zmienione.

Zatrważające spojrzenie
na zagraniczną konkurencję w przemyśle

W tej sytuacji otwiera się znów nowe pole dla przedsiębiorczości i kapitału, a nie dla świata pracy. Japonia i Chiny budzą się z wiekowego snu i wchodzą w krąg zachodniej cywilizacji. Docenia się tam znaczenie urządzeń parowych, mechanizacji i innych współczesnych wynalazków. Winniśmy pamiętać, <str. 331> że Japonia pod względem liczby ludności prawie dorównuje Wielkiej Brytanii, a liczba Chińczyków pięciokrotnie przewyższa liczebność mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Pamiętajmy także, że te milionowe narody nie składają się z dzikusów, tylko z ludzi, którzy na ogół potrafią czytać i pisać w swoim języku, a ich cywilizacja, choć różniąca się od naszej, jest znacznie starsza od cywilizacji europejskiej. Chińczycy byli cywilizowanymi producentami wyrobów z porcelany i jedwabiu, gdy w Wielkiej Brytanii zamieszkiwały jeszcze ludy pierwotne. Nie powinny nas więc dziwić wiadomości, że kapitał szuka możliwości inwestycyjnych w Chinach, a szczególnie w Japonii, poprzez budowę szlaków kolejowych, dostarczanie maszyn, wznoszenie wielkich zakładów produkcyjnych, aby w ten sposób wykorzystać umiejętności, zapał, gospodarność, cierpliwość i uległość milionów ludzi nawykłych do ciężkiej pracy i do oszczędności.

Inwestorzy spodziewają się wielkich dochodów w kraju, gdzie za 6-15 centów dziennie można mieć pracownika, który nie narzeka i okazuje wdzięczność. W Japonii ulokowany już został dość znaczny kapitał, a jeszcze większy czeka na koncesje w Chinach. Czy można więc mieć wątpliwości co to tego, że w przeciągu krótkiego okresu kilku lat światowi producenci zostaną zmuszeni do konkurowania z owymi milionami wykwalifikowanych i pojętnych ludzi? Jeśli zarobki w Europie wydają się niedostatecznie wysokie, jeśli obecne wynagrodzenia w Stanach Zjednoczonych – w zestawieniu ze szczodrymi (w porównaniu do Europy i Azji) wypłatami w minionych latach oraz wobec rozrzutnych pomysłów i zwyczajów, jakie się tutaj kultywuje – uznajemy za “głodowe stawki” (mimo że są one ciągle dwa razy wyższe niż w Europie i ośmiokrotnie wyższe niż w Azji), to jakże pożałowania godna byłaby sytuacja na rynku pracy w całym cywilizowanym świecie po dalszych trzydziestu latach wynalazków i budowy maszyn zastępujących pracę ludzką oraz po tym, gdy robotnicy na całym świecie zostaną zmuszeni do bezpośredniego konkurowania z tanią <str. 332> pracą Dalekiego Wschodu? Oznaczałoby to nie tylko spadek płac do 15 centów dziennie, ale dodatkowo na jedno miejsce pracy przy tak nędznych wynagrodzeniach przypadałoby sześciu ludzi. Kilka lat temu prasa publiczna pisała o przeniesieniu zakładów bawełnianych z Connecticut do Japonii. Od tamtego czasu wielu innych producentów przeniosło się na rynek japoński, aby zapewnić sobie dostęp do taniej siły roboczej i mieć możliwość uzyskiwania dzięki temu wyższych dochodów.

Niemiecki cesarz najwyraźniej dostrzegał zbliżanie się takiej “wojny gospodarczej”. Wyraził to symbolicznie w podarowanym rosyjskiemu carowi słynnym obrazie, który został namalowany przez artystę według wskazówek cesarza. Obraz ten przedstawia narody europejskie pod postaciami kobiet odzianych w zbroje, które stoją w świetle promieniującym od widniejącego ponad nimi na niebie krzyża. Postacie zwrócone są w kierunku anioła Michała i patrzą na ciemny obłok unoszący się znad Chin i płynący w ich stronę, z którego w świetle błyskawic wyłaniają się ohydne kształty i twarze. Pod obrazem umieszczone zostały słowa: “Narody Europy! Łączcie się w obronie waszej wiary i waszych domów”.

Żółty człowiek z białymi pieniędzmi

Poniższy cytat pochodzi z poważnej angielskiej gazety Journal of the Imperial Colonial Institute [Dziennik Instytutu Imperialno-Kolonialnego]. Jego autorem jest pan Whitehead, członek rady ustawodawczej Hongkongu w Chinach. Pisze on:

“Jak dotąd Chińczycy dopiero zaczynają budowę zakładów przędzalniczych i tkackich. Nad rzeką Jangcy w pobliżu Szanghaju pracuje już pięć fabryk, a inne są w trakcie budowy. Ocenia się, że będą one obejmowały około 200 tysięcy wrzecion, a niektóre z nich już rozpoczęły pracę. Zaangażowany tutaj kapitał jest pochodzenia wyłącznie krajowego. Tak więc jeśli tylko nasz system monetarny okaże się stabilny, to dzięki przywróceniu pokoju w tym regionie oraz uczciwemu i umiejętnemu zarządzaniu nie będzie właściwie granic dla ekspansji i rozwoju przemysłu w krajach Dalekiego Wschodu.” <str. 333>

W tej samej sprawie naszą uwagę przyciągnęło opublikowanie w Waszyngtonie raportu, przesłanego do rządu jeszcze w roku 1896 przez amerykańskiego konsula generalnego Jernigana, stacjonującego w Szanghaju w Chinach. W raporcie tym stwierdza się, że: tamtejszy przemysł bawełniany jest godny wielkiej uwagi; powstają i dobrze prosperują zakłady bawełniane; rozpoczęto już uprawę bawełny; Chiny posiadają niemal nieograniczone areały ziemi nadającej się pod uprawę bawełny, jak i zasoby bardzo taniej siły roboczej; oraz że wobec tych faktów “nie ma żadnych wątpliwości, iż Chiny staną się niebawem jednym z największych producentów bawełny w świecie”.

Omawiając zagadnienie wojny chińsko-japońskiej z 1894 roku pan Whitehead oświadcza, że głównie z nią związane są nadzieje na ożywienie gospodarcze w Chinach. Dalej pisze on:

“Obecna wojna może przyczynić się do uwolnienia chińskiego ludu spod więzów mandarynów. Wiadomo, że chińskie zasoby surowcowe są ogromne, a kraj ten ma do dyspozycji miliony hektarów ziemi wspaniale nadającej się pod uprawę bawełny, którą pomimo krótkich włókien można w powodzeniem mieszać z innymi gatunkami. W grudniu 1893 roku na rzece szanghajskiej stało jednocześnie pięć parowców oceanicznych, transportujących do Japonii uprawianą w Chinach bawełnę, która w japońskich zakładach rękami japońskich robotników zostanie zamieniona na przędzę i ubrania. Obecnie Japończycy importują bawełnę dla swoich zakładów bezpośrednio z Ameryki i innych krajów. Gdyby po owym straszliwym przebudzeniu Chiny, ze swymi trzystoma milionami niezwykle przedsiębiorczych ludzi, otworzyły swe obszerne terytoria w głębi kraju, budując linie kolejowe, otwierając wody śródlądowe dla parowego ruchu rzecznego i uruchamiając dla rozwoju swe nieograniczone zasoby, to nie sposób wprost byłoby przewidzieć rozmiary i skutki takiego rozwoju sytuacji. Równałoby się to praktycznie odkryciu nowej półkuli ziemskiej, gęsto zaludnionej przez przedsiębiorczych ludzi oraz obfitującej w zasoby rolnicze, mineralne i inne. Jak dotychczas jednak otwarcie Chin, które jak sądzimy będzie jednym ze skutków obecnej wojny, okaże się korzystne dla angielskich przedsiębiorców, <str. 334> i jeśli nie zostaną, i to prędko, wprowadzone jakieś zmiany w naszym systemie monetarnym, to Niebiańskie Imperium, które było polem tak wielu naszych zwycięstw gospodarczych, stanie się jedynie świadkiem naszej największej porażki.”

Słowa pana Whiteheada, mówiące o “porażce”, dowodzą jego czysto kapitalistycznego spojrzenia. W rzeczywistości bowiem “porażką” zostaną raczej dotknięci angielscy robotnicy. Następnie zajmuje się on sprawą Japonii:

“W okolicach Osaki i Kioto obserwuje się obecnie zdumiewający wzrost aktywności gospodarczej. W bardzo krótkim okresie czasu uruchomiono tutaj nie mniej niż pięćdziesiąt dziewięć bawełnianych zakładów przędzalniczych i tkackich, których łączna wartość przekracza 20 milionów dolarów, przy czym kapitał ten jest całkowicie pochodzenia krajowego. W zakładach tych pracuje w sumie 770 874 wrzecion, których łączna produkcja została oszacowana w maju przez kompetentne władze na ponad 500 tysięcy bel przędzy o szacunkowej wartości 40 milionów dolarów, czyli przy obecnym kursie około 4 milionów funtów szterlingów. W przeciągu krótkiego czasu japoński przemysł, i to nie tylko przędzalniczy i tkacki, ale każdej innej branży, uczynił skokowy postęp. Osiągnięcia Japończyków sięgnęły już takiego punktu, w którym mogą oni w znacznym stopniu lekceważyć brytyjską konkurencję przemysłową.”

W dalszym ciągu pan Whitehead dowodzi, że kapitaliści z Europy i Stanów Zjednoczonych, usuwając srebro z systemu monetarnego, doprowadzili niemal do podwojenia cen złota, to zaś prawie podwaja przewagę Chin i Japonii. Pisze on:

“Wygląda to tak, że srebro odpowiada nadal tej samej wartości pracy co przed dwudziestoma czy trzydziestoma laty. Niedostosowanie naszego systemu monetarnego pozwala zatem wschodnim krajom zatrudnić obecnie za tę samą ilość złota co najmniej dwa razy tyle ludzi co dwadzieścia pięć lat temu. Dla lepszego zrozumienia tego ważnego zagadnienia przytoczę pewien przykład: W roku 1870 srebrne dziesięć rupii stanowiło równowartość jednego złotego funta szterlinga przy wspólnym kursie złota i srebra, co wystarczało na opłacenie pracy dwudziestu ludzi przez jeden dzień. Dzisiaj jednemu złotemu funtowi szterlingowi odpowiada dwadzieścia rupii w srebrze, za które można zatrudnić na cały dzień czterdziestu ludzi, zamiast dwudziestu, <str. 335> zatrudnionych w roku 1870. Przy takich utrudnieniach brytyjski rynek pracy nie może być konkurencyjny.

W krajach wschodnich srebro ciągle odpowiada tej samej ilości pracy co dawniej. Tymczasem jego wartość w przeliczeniu na złoto jest obecnie dwukrotnie mniejsza. Dla przykładu, dwadzieścia lat temu w Anglii można było zatrudnić kogoś do wykonania pewnej pracy np. za osiem szylingów. Osiem szylingów stanowi obecnie wynagrodzenie za mniej więcej taką samą pracę jak kiedyś, gdyż zarobki prawie nie wzrosły, osiem szylingów ma także według naszego prawa nadal taką samą wartość monetarną co dawniej, tymczasem zaś zawarte w nich złoto warte jest obecnie mniej niż pół szylinga. W podobny sposób za dwa dolary można obecnie zatrudnić tyle samo robotników co dawniej, niemniej jednak wartość złota w dwudolarówce równa jest jedynie czterem szylingom. Tak więc za cztery szylingi, albo ich równowartość w srebrze, można obecnie zatrudnić w Azji tyle samo robotników co przed dwudziestu laty za osiem szylingów albo ich równowartość w srebrze. Wzrost wartości złotych monet o ponad 55 procent spowodował proporcjonalny spadek wartości pracy w krajach Wschodu, a tym samym będą one w stanie produkować swe wyroby taniej, niż w krajach przyjmujących podstawę złota. Jeśli zatem nasz system monetarny nie zostanie zmodyfikowany albo jeśli brytyjscy robotnicy nie będą gotowi zaakceptować znacznej redukcji wynagrodzeń, to brytyjski przemysł będzie zmuszony do nieuchronnego opuszczenia brzegów Anglii, ponieważ jego produkty zostaną wyparte przez wyroby krajów przyjmujących podstawę srebra.”

Pan Whitehead nie pomyliłby się, gdyby jeszcze dodał, że już niedługo kraje przyjmujące podstawę srebra będą nie tylko samowystarczalne w zakresie zaspokajania własnych potrzeb, ale jeszcze zarzucą swymi towarami kraje opierające swój system monetarny na wartości złota. Dla przykładu, Japonia mogłaby sprzedawać swoje towary w Anglii o jedną trzecią taniej niż u siebie, a przez wymianę otrzymanych monet złotych na srebrne mogłaby osiągnąć ogromne zyski. Tak więc mechanicy amerykańscy i europejscy będą zmuszeni do konkurowania z tanią i cierpliwą pracą kwalifikowanych robotników azjatyckich, i to w warunkach niekorzystnego przeliczenia <str. 336> finansowego, które wynika z różnic między systemami monetarnymi opierającymi się na złocie i na srebrze.

Komentując wykład pana Whiteheada, londyński Daily Chronicle zwraca uwagę na fakt, że Indie już przejęły znaczną część produkcji angielskiego przemysłu bawełnianego. Gazeta pisze:

“Wykład szanownego T. H. Whiteheada, wygłoszony wczoraj wieczorem w Instytucie Kolonialnym, zwrócił uwagę na niektóre zadziwiające zestawienia liczbowe w odniesieniu do naszego handlu wschodniego. Fakt, że w ciągu ostatnich czterech lat wartość naszego eksportu spadła o 54 miliony funtów szterlingów, niestety nie podlega dyskusji. Bilans działalności 67 spółek przędzalniczych z Lancashire za rok 1894 wykazał łączny deficyt w wysokości 411 tysięcy funtów szterlingów. W przeciwieństwie do tego wzrost eksportu indyjskiej przędzy i gotowych wyrobów do Japonii był wprost gigantyczny, zaś zakłady bawełniane w Hiogo w Japonii miały w 1891 roku średnią rentowność 17 procent. Lord Thomas Sutherland stwierdził, że niedługo Peninsular and Oriental Company będzie prawdopodobnie budowała swe statki na rzece Jangcy, zaś pan Whitehead jest przekonany, że kraje Wschodu będą już wkrótce konkurowały na rynkach europejskich. Niezależnie od występujących między nami różnic w zakresie proponowanych rozwiązań, tego rodzaju stwierdzenia w ustach eksperta dostarczają podstaw do poważnej refleksji.”

Niemiecka gazeta Berliner Tageblatt uważnie przygląda się zagadnieniu przesądzonego zwycięstwa Japonii nad Chinami, wyrażając zaskoczenie inteligencją tamtego kraju. Określa ona hrabiego Ito, premiera Japonii, mianem drugiego Bismarcka, a ogólnie o Japończykach wyraża się, że są całkiem cywilizowani. Artykuł kończy się bardzo znamienną uwagą odnoszącą się do wojny przemysłowej, o której mówimy:

“Hrabia Ito okazuje znaczne zainteresowanie przemysłowym rozwojem swego kraju. Jest przekonany, że większość obcokrajowców nie docenia szans Japonii w walce o międzynarodową supremację w dziedzinie przemysłu. Japońskie kobiety, uważa on, dorównują mężczyznom na każdym stanowisku, podwajając w ten sposób zasoby siły roboczej tego narodu.”

Wydawca paryskiego Economiste Français, wyrażając się na temat Japonii i jej polityki, pisze znamienne słowa: <str. 337>

“Świat znalazł się w nowym stadium. Europejczycy muszą liczyć się z nowymi czynnikami cywilizacji. Mocarstwa muszą zaniechać sporów między sobą i okazać wolę współpracy, pamiętając, że odtąd setki milionów mieszkańców Dalekiego Wschodu – trzeźwych, pracowitych i zręcznych robotników – będą naszymi rywalami.”

Pan George Jamison, brytyjski konsul generalny w Szanghaju w Chinach, pisał na temat konkurencji ze Wschodu, dowodząc, że usunięcie srebra z podstawy systemu monetarnego i związane z tym obniżenie jego wartości oraz oparcie systemu monetarnego w krajach cywilizowanych wyłącznie na złocie jest jeszcze jednym czynnikiem upośledzającym klasę robotniczą i zapewniającym zyski inwestorom. Napisał on:

“Systematyczny wzrost wartości złota w porównaniu do srebra doprowadził do całkowitej zmiany sytuacji. Towary brytyjskie stały się tak drogie w przeliczeniu na srebro, że Wschód był zmuszony podjąć samodzielną produkcję, zaś spadek cen białego metalu pomógł do tego stopnia w wykonaniu owego zadania, że produkcja była w stanie nie tylko zaspokoić lokalne potrzeby, ale jeszcze mogła być z zyskiem eksportowana. Ze względu na wzrost wartości złota ceny towarów brytyjskich w przeliczeniu na srebro na rynkach wschodnich podwoiły się, co przyczyniło się do niemal całkowitego ich wyparcia. Jednocześnie zaś spadek cen srebra obniżył o połowę ceny towarów wschodnich w przeliczeniu na złoto na rynkach krajów używających złota jako podstawy swojego systemu monetarnego, co sprawia, że zapotrzebowanie na nie nieustannie rośnie. Warunki są tak nierówne, że walka na dłuższą metę wydaje się niemożliwa. Jest to tak, jakby związawszy mistrzowi nogi kazać mu wygrać bieg, podczas gdy jego przeciwnicy startują od połowy dystansu.

Sytuacja w Ameryce najlepiej dowodzi tego, że na otwartym polu Europejczycy nie mają szans podjęcia konkurencji z krajami Wschodu. Chińczycy niskimi wynagrodzeniami tak zmonopolizowali amerykański rynek pracy, że musieli zostać usunięci z kraju, gdyż inaczej robotnicy europejscy musieliby głodować albo zostać wypędzeni. Kraje europejskie nie są jednak zagrożone bezpośrednią obecnością azjatyckich robotników na rynku pracy, jak to miało miejsce w Ameryce (gdyż robotnicy ze Wschodu znali sytuację zarobkową w Europie i mogli się łatwo zorientować, ile sami mogliby zarobić) tylko konkurencją towarów wykonanych przez tych robotników na Wschodzie i opłacanych wedle wschodnich stawek. Poza tym łatwiej jest odmówić zatrudnienia wschodniego robotnika, niż zrezygnować z kupowania jego wyrobów, szczególnie gdy <str. 338> ich jakość ciągle się poprawia, a ceny maleją. Pokusa, żeby je kupować, jest tym większa, im mniejsza jest siła nabywcza pieniędzy zarabianych przez brytyjskiego robotnika. Jest on coraz bardziej skłonny do kupowania, a jednocześnie coraz mniej chętnie kupuje rodzime, droższe towary. Kraje stosujące protekcjonizm celny są w lepszej sytuacji. Mogą one nakładać zwiększone cła na towary ze Wschodu i przez to powstrzymać ich napływ na swoje rynki. Jednak Anglia ze swoim wolnym handlem nie ma żadnego systemu obrony, a ciężar tego brzemienia spadnie na robotników. Zło nasila się nieustannie. Wzrost wartości złota w przeliczeniu na srebro o ćwierć pensa zwiększa cenę towarów brytyjskich na Wschodzie o jeden procent. Tymczasem spadek wartości srebra o ćwierć pensa czyni towary wschodnie o jeden procent tańszymi w krajach stosujących podstawę złota. W Japonii bardzo szybko rozwijają się nowe gałęzie przemysłu, a ten sam proces może z powodzeniem zostać przeprowadzony w Chinach, Indiach czy innych krajach. Osiągnąwszy raz taką pozycję, Wschód nie pozwoli się usunąć, niezależnie od sprzeciwów. Jeśli zatem nie zostaną podjęte jakieś szybkie kroki na rzecz zmiany światowego systemu walutowego, produkty wschodnie będą szeroko rozprowadzane po całym świecie, rujnując brytyjski przemysł i doprowadzając do nieopisanej katastrofy tysięcy robotników.”

Pan Lafcadio Hearn, który przez wiele lat był nauczycielem w Japonii, w artykule opublikowanym w Atlantic Monthly (październik 1895), wskazuje na jedną z przyczyn, dla których konkurowanie z Japonią jest tak trudne. Biedni Japończycy mogą mianowicie mieszkać, przemieszczać się oraz prowadzić wygodne życie, zgodnie z tamtejszymi wyobrażeniami o komforcie, niemal całkowicie za darmo. Tłumaczy on, że japońskie miasta składają się z domów wybudowanych z gliny, bambusa i papieru, które powstają w ciągu pięciu dni i przy nieustannych naprawach mają stać tak długo, dokąd ich właściciel nie zapragnie ich zmienić. W Japonii nie ma właściwie żadnych wielkich budynków z wyjątkiem kilku gigantycznych fortec wzniesionych przez arystokrację za czasów feudalnych. Nowoczesne fabryki japońskie, prowadząc rozległe interesy oraz produkując piękne i kosztowne wyroby, są tylko powiększonymi szopami, nawet świątynie muszą co dwadzieścia lat, zgodnie z odwiecznym zwyczajem, zostać pocięte na małe kawałki i rozdane pielgrzymom. <str. 339> Japoński robotnik nigdy nie zapuszcza korzeni ani nie życzy sobie, aby przywiązywano go do jednego miejsca. Jeśli ma jakieś powody, żeby przenieść się do innej prowincji, czyni to bez wahania. Rozbiera swój dom, czyli malowniczy i czysty szałas z papieru i gliny, pakuje swój dobytek na plecy, mówi żonie i rodzinie, by udali się za nim i lekkim krokiem oraz z lekkim sercem udaje się w ciężką drogę wiodącą do odległego celu, który znajduje się być może pięćset kilometrów dalej. Po drodze wydaje 5 szylingów (około 1,22 dolara), a po przybyciu prędko, za parę następnych szylingów, buduje sobie nowy dom i natychmiast staje się szanowanym i odpowiedzialnym obywatelem. Pan Hearn mówi:

“Cała ludność Japonii przemieszcza się nieustannie w taki sposób, a na zmianach polega geniusz japońskiej cywilizacji. W świecie wielkiej konkurencji przemysłowej elastyczność jest tajemnicą potęgi Japonii. Robotnik przenosi się bez narzekania tam, gdzie jest największe zapotrzebowanie na jego pracę. Fabrykę można przenieść na inne miejsce w ciągu tygodnia, a warsztat rzemieślniczy za pół dnia. Nie wymaga to transportu, nie trzeba praktycznie niczego budować, a groszowe opłaty za drogę także nie utrudniają podróży.

Japończyk wywodzący się z ludu, będąc wykwalifikowanym pracownikiem, którego można bez wysiłku zadowolić niższym wynagrodzeniem niż każdego zachodniego rzemieślnika w tej samej dziedzinie, ma to szczęście, że jest niezależny zarówno od szewca, jak i od krawca. Nie wstydzi się on pokazywać swoich sprawnych stóp i zdrowego ciała, i do tego ma wolne serce. Pragnąc przemieścić się na odległość tysiąca kilometrów, jest w stanie spakować się do podróży w ciągu pięciu minut. Jego cały dobytek nie kosztuje nawet siedemdziesiąt pięć centów. Jego cały bagaż da się zawinąć w chustkę. Za dziesięć dolarów może on, nie pracując, podróżować przez cały rok, może też podróżować utrzymując się z przygodnej pracy albo wręcz jako pielgrzym. Odpowiecie pewnie, że każdy dzikus może tak żyć. Owszem, ale cywilizowany człowiek nie może. Tymczasem zaś Japończycy są cywilizowanymi ludźmi i to od tysiąca lat. I właśnie dlatego ich obecne możliwości zagrażają zachodnim przemysłowcom.”

Komentując tę wypowiedź, londyński Spectator pisze:

“Obraz nakreślony przez autora jest godny uwagi i otwarcie przyznajemy, tak jak to zawsze czyniliśmy, że konkurencja japońska jest groźna i pewnego dnia <str. 340> może ona wywrzeć istotny wpływ na położenie przemysłowej cywilizacji europejskiej.”

Charakter konkurencji, jakiej można się spodziewać z tej strony, dobrze przedstawiony jest w poniższym cytacie z Literary Digest. Artykuł nosi tytuł:

Warunki pracy w Japonii

“Japonia osiągnęła zdumiewający postęp gospodarczy. W znacznej mierze należy to przypisać inteligencji i pilności tamtejszych robotników, którzy bez narzekania gotowi są pracować czternaście godzin dziennie. Przykre jest to, że ich usłużność bywa w znacznej mierze nadużywana przez pracodawców, których jedynym celem wydaje się być pokonanie obcej konkurencji. Szczególnie ma to miejsce w przemyśle bawełnianym, w którym zatrudnionych jest bardzo wielu ludzi. Berlińskie Echo tak opisuje sposób działania japońskich fabryk:

Zwykle pracę zaczyna się o godzinie szóstej rano, jednak pracownicy chętnie przychodzą do pracy o dowolnej porze i nie narzekają, jeśli im się każe stawić o godzinie czwartej rano. Wynagrodzenia są zdumiewająco niskie. Nawet w największych ośrodkach przemysłowych pracownicy tkalni i przędzalni zarabiają średnio piętnaście centów na dzień. Kobiety otrzymują jedynie sześć centów. Pierwsze fabryki zostały wybudowane przez rząd, który następnie przekształcił je w spółki akcyjne. Najbardziej dochodowym przemysłem jest wyrób artykułów bawełnianych. Jeden zakład w Kanegafuchi zatrudnia 2100 mężczyzn i 3700 kobiet. Pracują oni na dwie zmiany, nocną i dzienną, po dwanaście godzin z jedną czterdziestominutową przerwą na posiłek. W pobliżu zakładu znajdują się ich mieszkania, gdzie pracownicy mogą też otrzymać posiłki w cenie nieco poniżej półtora centa. Podobnie wygląda sytuacja pracowników przędzalni w Osace. Wszystkie te zakłady posiadają znakomite angielskie maszyny, które pracując nieustannie przez dzień i noc przynoszą ogromne zyski. Wiele fabryk otwiera filie albo zwiększa swoją produkcję, gdyż produkcja nie zaspokaja jeszcze konsumpcji. <str. 341>

Statystyki dowodzą, że przemysłowcy szybko nauczyli się zatrudniać kobiety jako tanie konkurentki dla męskiej siły roboczej. Trzydzieści pięć przędzalni zatrudnia 16 879 kobiet i 5730 mężczyzn. Pracodawcy tworzą potężny syndykat, często nadużywający pobłażliwości władz, które nie chcą szkodzić gospodarce. Małe dziewczynki w wieku od ośmiu do dziesięciu lat zmuszane są do pracy od dziewięciu do dwunastu godzin dziennie. Prawo wymaga, by dzieci te uczęszczały do szkoły, nauczyciele się skarżą, ale władze przymykają oczy na takie nadużycia. Wielkie posłuszeństwo i pokora pracowników doprowadziły do pewnej procedury, która sprawia, że pracodawcy mają całkowitą władzę nad swoimi pracownikami. Żaden zakład nie zatrudni pracownika z innego przedsiębiorstwa, jeśli nie dostarczy on pisemnego pozwolenia od poprzedniego pracodawcy. Zasada ta jest egzekwowana tak ściśle, że nawet nowi pracownicy są dokładnie obserwowani i jeśli okaże się, że mają pewne pojęcie o swoim rzemiośle, a nie przedłożyli zezwolenia, to natychmiast zostaną zwolnieni.”

Także British Trade Journal opublikował raport na temat przemysłu w Osace na podstawie korespondencji dla Observera wydawanego w Adelaidzie w Australii. Korespondent tego czasopisma, piszący bezpośrednio z Osaki, jest pod takim wrażeniem różnorodności i żywotności tamtejszego przemysłu, że nazywa to miasto “Manchesterem Dalekiego Wschodu”.

“Pewne pojęcie na temat wspaniałości przemysłu produkcyjnego w Osace można sobie wyrobić w oparciu o fakt, że jest tutaj wiele fabryk o kapitale przekraczającym 50 tysięcy jenów*, trzydzieści o kapitale ponad 100 tysięcy jenów, cztery z kapitałem powyżej miliona jenów i jedno z dwumilionowym kapitałem. Przemysł ten zajmuje się wszystkim – jedwabiem, wełną, bawełną, konopiami, jutą, przędzalnictwem i tkactwem, dywanami, zapałkami, papierem, skórą, szkłem, cegłami, cementem, sztućcami, meblami, parasolami, herbatą, cukrem, żelazem, miedzią, mosiądzem, sakes, mydłem, szczotkami, grzebieniami, towarami luksusowymi itp. Jest to istny ul działalności i przedsiębiorczości, a geniusz naśladownictwa oraz niezmordowany upór Japończyków stawia ich na równi, jeśli nie wyżej, od rzemieślników starych cywilizowanych krajów Zachodu. <str. 342>

* Srebrny jen ma obecnie wartość około 50 centów w złocie.

W Osace działa dziesięć zakładów bawełnianych, których łączny kapitał w przeliczeniu na złoto wynosi 9 milionów dolarów. Wszystkie są wyposażone w najnowsze urządzenia i zostały całkowicie oświetlone światłem elektrycznym. Zakładami tymi zarządzają wyłącznie Japończycy, czerpiąc z nich podobno pokaźne zyski o wysokości dochodzącej nawet do 18 procent od zainwestowanego kapitału. Z bawełny o wartości 19 milionów sprowadzonej w ciągu jednego roku do Japonii 79 procent zostało zakupione i przerobione w zakładach Kobe i Osaki.”

Warto także zwrócić uwagę na poniższy telegram opublikowany w publicznej prasie:

“SAN FRANCISCO, KALIFORNIA, 6 czerwca. Szanowny Robert P. Porter, wydawca Cleveland World oraz były nadzorca spisu powszechnego w Stanach Zjednoczonych w roku 1890, wrócił wczoraj z Japonii na pokładzie parowca ‘Peru’. Wizyta pana Portera w imperium cesarzy Mikado miała na celu zbadanie gospodarczej sytuacji tego kraju ze szczególnym uwzględnieniem wpływu japońskiej konkurencji na koniunkturę w Ameryce. Po przeprowadzeniu gruntownych badań aktualnych warunków panujących w Japonii wyraził on swoje przekonanie, że jest to jeden z najistotniejszych problemów, które Stany Zjednoczone będą zmuszone rozwiązać. Zagrożenie jest bardzo bliskie, o czym świadczy ogromny wzrost japońskiej produkcji w przeciągu ostatnich pięciu lat oraz jej wspaniałe zasoby w zakresie taniej i wykwalifikowanej siły roboczej. Japoński eksport samych artykułów tekstylnych wzrósł na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat z 511 tysięcy dolarów do 23 milionów dolarów, zaś ogólna kwota eksportu wzrosła w tym samym okresie z 78 do 300 milionów dolarów, powiedział pan Porter. W zeszłym roku Japończycy zakupili u nas surową bawełnę o wartości 2,5 miliona dolarów, ale my zakupiliśmy w Japonii rozmaite towary o wartości 54 milionów dolarów.

W celu zobrazowania gwałtownego tempa wzrostu powołał się on na przemysł zapałczany. Dziesięć lat temu Japonia produkowała zapałki o wartości 60 tysięcy dolarów, głównie na potrzeby krajowe, zaś w ubiegłym roku całkowita wartość produkcji tego przemysłu wyniosła 4,7 miliona dolarów, z czego prawie wszystko zostało wyeksportowane do Indii. Dziesięć lat temu eksportowano słomianki i chodniki o wartości 885 dolarów, w zeszłym roku eksport ten miał wartość 7 milionów dolarów. Stało się to możliwe dzięki zastosowaniu nowoczesnej mechanizacji i dzięki najbardziej uległej klasie robotniczej na świecie. <str. 343> Nie ma tam żadnego prawa pracy, a dzieci można zatrudniać w dowolnym wieku. Dzieci w wieku siedmiu, ośmiu, dziewięciu lat pracują przez cały dzień, zarabiając jeden albo dwa amerykańskie centy na dzień.

Wobec zwiększającego się zapotrzebowania na naszą bawełnę oraz wzrostu eksportu gotowych wyrobów na nasz rynek, w czasie, gdy tam przebywałem, powołano do życia japońskie konsorcjum z kapitałem założycielskim 5 milionów dolarów, które wybuduje i będzie obsługiwało trzy nowe oceaniczne linie parowe między Japonią a naszym krajem. Spośród amerykańskich portów wyznaczone zostały Portland w stanie Oregon, Philadelphia oraz Nowy Jork.”

Reporter widział się i przeprowadził wywiad z panem S. Asam z Tokio w Japonii, przedstawicielem wspomnianego powyżej konsorcjum parowców, który przybył na pokładzie tego samego statku, co pan Porter, aby zawrzeć umowy na budowę wspomnianych jednostek. Wyjaśnił on, że rząd japoński zaproponował udzielenie ogromnej dotacji na budowę statków o nośności ponad 6 tysięcy ton, które pływałyby między Stanami Zjednoczonymi a Japonią, oraz że konsorcjum zostało założone po to, by skorzystać z tego dofinansowania, i będzie budowało wszystkie swoje statki o jeszcze większej wyporności wynoszącej około 9 tysięcy ton. Konsorcjum zamierza prowadzić bardzo ożywioną działalność i w tym celu zmierza do znacznego obniżenia cen przewozów towarów i osób. Planuje się, że cena biletu za przejazd jednej osoby z Japonii na nasze wybrzeże Pacyfiku będzie wynosiła 9 dolarów.

Kongres USA bada zagadnienie japońskiej konkurencji

Poniższy cytat, pochodzący z raportu komisji kongresu Stanów Zjednoczonych, który można bez zastrzeżeń uznać za wiarygodny, w pełni potwierdza powyższe opinie.

“WASZYNGTON, 9 czerwca 1896. Pan Dingley, przewodniczący komisji do spraw finansów, złożył dzisiaj raport o zagrożeniach dla amerykańskiego przemysłu powodowanych przez straszliwą inwazję tanich wyrobów ze Wschodu oraz o wpływie różnic w wymianie walutowej między krajami stosującymi podstawę złota, a tymi, które stosują podstawę srebra, na interesy amerykańskiego przemysłu i rolnictwa. Zagadnienia te były badane przez komisję.

W raporcie czytamy, że gwałtownemu przebudzeniu w Japonii towarzyszy <str. 344> równie szybki rozwój zastosowania w przemyśle zachodnich technologii. Japończycy nie posiadają zmysłu wynalazczości Amerykanów, ale dysponują wspaniałą umiejętnością naśladowania. Poziom życia w Japonii, przy średnim czasie pracy wynoszącym 12 godzin dziennie, jest tak niski, że robotnicy ze Stanów Zjednoczonych uznaliby go za życie na granicy śmierci głodowej. Tak wykwalifikowani robotnicy, jak kowale, stolarze, kamieniarze, zecerzy, krawcy czy tynkarze zarabiają w japońskich miastach od 26 do 33 centów dziennie, a pracownicy fabryk od 5 do 20 centów dziennie w przeliczeniu na dolary, co oznacza sumę niecałe dwa razy większą w japońskiej monecie srebrnej. Robotnicy rolni zarabiają zaś 1,44 dolara miesięcznie.

Dalej raport podaje, że Europejczycy i Amerykanie przekonali się już o opłacalności inwestycji w tym kraju. Sześćdziesiąt jeden zakładów bawełnianych, które pozornie kontrolowane są przez firmy japońskie, w rzeczywistości zorganizowali Europejczycy. W podobny sposób działają liczne małe fabryki jedwabiu, w których zainstalowanych jest ponad pół miliona wrzecion. Japonia już prawie w całości zaspokaja skromne potrzeby swych mieszkańców w dziedzinie wyrobów bawełnianych i zaczyna eksportować tanie materiały jedwabne oraz chustki.

Niedawno temu w Japonii powstała fabryka zegarków z amerykańskimi maszynami, której założycielami są Amerykanie, chociaż na akcjach figurują nazwiska Japończyków, ponieważ aż do roku 1899 obcokrajowcy nie będą mieli prawa prowadzenia działalności produkcyjnej pod własnym nazwiskiem. Rozwój tej fabryki wskazuje na to, że jest to udane przedsięwzięcie.

Jest prawdopodobne, że szybki rozwój mechanizacji przemysłu japońskiego umożliwi w przeciągu kilku lat produkcję najlepszych gatunków bawełny, jedwabiu i innych wyrobów, które przy niskiej cenie siły roboczej będą znacznie bardziej konkurencyjne niż podobne towary z Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec.

Według raportu pana Dingleya konkurencja japońska nie będzie się różniła od europejskiej pod względem jakości, tylko stopnia intensywności. Komisja nie widzi żadnej możliwości zaradzenia tej sytuacji – pominąwszy całkowity zakaz sprowadzania towarów wyprodukowanych przez więźniów – jak tylko obłożenie konkurencyjnych towarów cłem wyrównującym różnicę między kosztami produkcji a dystrybucji. Takie posunięcie jest rozważane. Przemawia za tym osiągnięcie podwójnego celu: uzyskanie środków na wsparcie działalności rządu <str. 345> oraz dostosowanie konkurencji na naszym rynku do wyższych zarobków osiąganych w tym kraju. Twierdzi się też, że posunięcie to nie ma na celu dawania szczególnych przywilejów producentom krajowym, gdyż producenci mogą łatwo przemieścić się do Anglii czy Japonii, by znaleźć się w takiej samej sytuacji co tutaj, przy zachowaniu ceł na import konkurencyjnych wyrobów, ustanawianych w celu wyrównania różnic w wysokości zarobków występujących między krajami. Ustanowienie ceł prowadziłoby do zapewnienia korzyści wszystkim ludziom, jako że są one w większym stopniu związane z rodzimą produkcją aniżeli z produkcją w innych krajach.”

Japoński rząd nie zapewnia ochrony zagranicznych patentów. Japończycy nabywają najbardziej wartościowe maszyny oszczędzające pracę ludzką, powstające w cywilizowanym świecie i podejmują produkcję tanich kopii zatrudniając tanich rodzimych specjalistów, którzy nie będąc bardzo “oryginalni”, są podobnie jak Chińczycy wspaniałymi naśladowcami. W ten sposób maszyny kosztują mniej niż połowę tego, co kosztowałyby gdzie indziej. Wkrótce już Japonia będzie w stanie podjąć sprzedaż dla krajów chrześcijańskich swych własnych opatentowanych urządzeń albo gotowych wyrobów.

Pod nagłówkiem “Japońska konkurencja” San Francisco Chronicle pisze:

“O kierunku wiatru japońskiej konkurencji świadczy fakt przeniesienia wielkiej fabryki słomianych mat z Milford w stanie Connecticut do Kobe, jednego z japońskich ośrodków przemysłowych. Ci, którzy lekceważą zagadnienie japońskiej konkurencji i wyniośle głoszą wyższość zachodniego intelektu, całkowicie przeoczyli fakt, że łatwość przemieszczania kapitału daje możliwość szybkiego ulokowania go w krajach, gdzie jest do dyspozycji tania siła robocza. Tak więc wyższy europejski i amerykański intelekt będzie potrzebny tylko do wyprodukowania maszyny, która następnie zostanie zakupiona przez inwestorów i umieszczona w kraju, gdzie przy jej pomocy można produkować jak najtaniej.”

Szanowny Robert P. Porter, na którego powoływaliśmy się już wcześniej, napisał jakiś czas temu do North American Review artykuł, w którym dowodzi, że pomimo amerykańskich ceł na obce towary, Japończycy dokonują szybkiej inwazji na przemysł Stanów Zjednoczonych. Udaje im się to dlatego, że dysponują (1) tanią i cierpliwą siłą roboczą oraz (2) stuprocentową przewagą używanej przez nich podstawy <str. 346> srebra nad obowiązującą w krajach cywilizowanych podstawą złota, która z nawiązką równoważy straty na protekcyjne cła, jakie można nałożyć.

Przytaczamy kilka wyjątków z tego artykułu dotyczących powyższej kwestii.

“Obrazowo mówiąc, Japończycy rzucili rękawicę rynkowi amerykańskiemu, stawiając naszych robotników i inwestorów w obliczu wyzwania spowodowanego wysoką jakością i niską ceną swoich produktów, które jak na razie wydają się być poza wszelką konkurencją, nawet przy zastosowaniu najnowocześniejszych urządzeń oszczędzających pracę ludzką.”

Podając statystyczny wykaz rozmaitych towarów japońskich sprowadzanych do Stanów Zjednoczonych, pisze on:

“W ciągu ostatnich kilku miesięcy odwiedzałem poszczególne rejony w Japonii i dokonałem przeglądu zakładów przemysłowych produkujących towary uwidocznione w wykazie. Czterdziestokrotny wzrost eksportu materiałów tekstylnych na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat przypisać należy temu, że Japonia jest krajem tkaczy.”

Japończycy, jak się wydaje, wysyłają do Ameryki ogromne ilości taniego jedwabiu i innych tanich towarów, ale to, co już osiągnęli, wydaje się niczym w porównaniu do tego, czego niebawem zamierzają dokonać:

“Japończycy podejmują wszelkie działania poprzez zakładanie cechów i stowarzyszeń w celu podwyższenia jakości i ujednolicenia swoich wyrobów.”

Przy okazji pan Porter wykazuje, że pozbawione ochrony zakłady bawełniane w Lancashire w Anglii upadają, tymczasem, jak pisze, w Japonii:

“Przędzalnie bawełny w roku 1889 zapewniały zatrudnienie jedynie 5394 kobietom oraz 2539 mężczyznom. W 1895 roku w zakładach, które pod względem wyposażenia i produkcji odpowiadają międzynarodowym standardom, zatrudnionych jest ponad 30 tysięcy kobiet oraz 10 tysięcy mężczyzn. Przyszłość przemysłu bawełnianego, przynajmniej w zakresie zaopatrzenia Azji, spoczywa w rękach Chin i Japonii. Angielski przemysł tekstylny upadł już tak nisko, że nic nie jest w stanie go uratować, nawet przywrócenie srebra jako podstawy systemu monetarnego, jak wyobrażają to sobie niektórzy. Zakłady bawełniane, zarówno w Osace jak i Szanghaju, rozwijają się bardzo szybko, a na przestrzeni kilku najbliższych lat okaże się, który z tych ośrodków będzie lepszy. W moim przekonaniu, <str. 347> które opieram na dokładnym zapoznaniu się z rachunkiem kosztów produkcji, lepsza będzie Japonia.

Gdyby Japonia podjęła produkcję materiałów wełnianych i sukna, jak uczyniła to z bawełną, to jej tkacze mogliby sprawić Europie i Ameryce niejedną niespodziankę, wprawiając w osłupienie tych, którzy twierdzą, że nie ma sensu obawiać się japońskiej konkurencji. Umożliwiają to stałe dostawy taniej wełny z Australii. Oglądane przeze mnie próbki japońskich wyrobów z wełny oraz sukna wskazują na to, że w branży tekstylnej Japończycy czują się równie swobodnie, jak w dziedzinie jedwabiu czy bawełny. Równie dobre są wyroby z delikatnego lnu, choć produkcja jest tu na razie niewielka.

Gwałtowny napływ japońskich parasoli, których sprowadza się rocznie około 2 miliony sztuk, wywołał obawy wśród wytwórców parasoli w Stanach Zjednoczonych.”

Sami Japończycy nie ukrywają zresztą swej dumy z powodu zbliżającego się zwycięstwa w “wojnie przemysłowej”. Pan Porter pisze:

“Będąc w Japonii, miałem przyjemność spotkać, oprócz innych polityków i wysokich urzędników, pana Kaneko, wiceministra rolnictwa i handlu. Przekonałem się, że jest to człowiek inteligentny i przewidujący, dysponujący ogromnym doświadczeniem w dziedzinie ekonomii i statystyki. Zdobywszy wykształcenie na jednym z wielkich uniwersytetów europejskich, podąża z duchem czasu we wszystkich sprawach, które dotyczą Japonii oraz jej przemysłowej i handlowej przyszłości.”

Pan Kaneko wygłosił później przemówienie w Izbie Handlowej, w którym powiedział:

“Pracownicy przędzalni w Manchester [w Anglii] mawiają, że Anglosasi potrzebowali trzech pokoleń, by uzyskać konieczne doświadczenie i biegłość w zakresie przędzenia bawełny, tymczasem Japończycy opanowali tę umiejętność w przeciągu dziesięciu lat i obecnie doszli do tego, że zaczynają przewyższać umiejętnościami mieszkańców Manchesteru.”

Zacytujemy następującą korespondencję z San Francisco:

“Pan Oshima, dyrektor techniczny powstających w Japonii zakładów stalowych, oraz czterej japońscy inżynierowie przybyli na <str. 348> pokładzie parowca ‘Rio de Janeiro’ z Jokohamy. Odbywają oni podróż, w trakcie której zapoznają się z wielkimi zakładami stalowymi w Ameryce i Europie po to, by w przyszłości zakupić instalacje o wartości 2 milionów dolarów. Twierdzą oni, że dokonają swych zakupów tam, gdzie będą mogli uczynić to najlepiej i najtaniej. Instalacja ma mieć wydajność 100 tysięcy ton. Zakłady zostaną wybudowane na polach węglowych w południowej Japonii i będzie w nich wytapiana zarówno stal martenowska, jak i bessemerowska.

Pan Oshima powiedział: ‘Chcemy, aby nasz naród osiągnął zasłużoną pozycję w czołówce krajów przemysłowych. Będziemy potrzebowali ogromne ilości stali i nie chcemy być w tym zakresie zależni od innych krajów’.”

Tuż za Japonią plasują się Indie z 250 milionami ludności i szybko rozwijającym się przemysłem, a następnie nowa Republika Chińska licząca 400 milionów ludzi przebudzonych dzięki niedawnemu zatargowi i doceniających wartość zachodniej cywilizacji, która umożliwiła 40 milionom Japończyków pokonanie ich kraju. Były premier rządu chińskiego, Li Hung Chang, objechał przed kilkoma laty cały świat, zabiegając o pomoc amerykańskich i europejskich instruktorów dla swego narodu i wyrażając otwarcie wolę przeprowadzenia reform w każdej dziedzinie. To on właśnie wywarł wielkie wrażenie na amerykańskim generale Grancie, który spotkał się z nim w trakcie jego podróży i wyraził swoją opinię, że jest to jeden z najwybitniejszych mężów stanu na świecie.

Owo zbliżenie się do siebie przeciwległych krańców ziemi będzie miało takie znaczenie, że producenci z Wielkiej Brytanii, Ameryki, Niemiec i Francji będą mieli niebawem jako konkurentów tych, którzy do niedawna byli wspaniałymi klientami; konkurentów, którzy nie tylko wyprą ich z obcych rynków, ale jeszcze dokonają inwazji na wewnętrzne rynki tych krajów; konkurentów którzy odbiorą pracę robotnikom z tych krajów pozbawiając ich luksusów, a może nawet i chleba poprzez konkurencję spowodowaną różnicami w wysokości wynagrodzeń. W tej sytuacji nie ma się co dziwić, że niemiecki cesarz przedstawił narody europejskie jako kobiety, przerażone widokiem powstającego na Wschodzie upiora, <str. 349> który zagraża dalszemu istnieniu cywilizacji.

Nikt nie jest już w stanie powstrzymać rozwoju tej sytuacji. Jest ona częścią nieuchronnej przyszłości, gdyż wynika z działania prawa podaży i popytu, które oznacza to samo w odniesieniu do pracy, jak i towarów – kupuj możliwie najlepsze produkty najtaniej, jak się da. Jedyne, co może ukrócić i powstrzymać nasilanie się obecnych kłopotów, które w miarę działania zasady samolubstwa będą jeszcze bardziej narastać, to przygotowany przez Boga środek zaradczy – Królestwo Boże z jego nowym prawem i całkowitym przeobrażeniem społeczności ludzkiej w oparciu o zasadę miłości i równości.

Dotychczas ludność całego świata stanowiła klientelę dla narodów Europy i Ameryki, które zaopatrywały ją zarówno w gotowe wyroby, jak i w urządzenia, teraz zaś podaż przewyższyła popyt, a miliony obywateli tych narodów bezskutecznie poszukuje zatrudnienia nawet za najniższą stawkę, jakie zatem rysują się perspektywy na najbliższą przyszłość, jeśli liczba konkurentów jeszcze się podwoi? Przyrost naturalny dodatkowo zaostrzy ten problem. Sytuacja nie przedstawiałaby się jeszcze tak niekorzystnie, nie byłaby aż tak beznadziejnie ponura, gdyby nie fakt, że owe niecałe siedemset milionów nowych konkurentów to ludzie najbardziej ulegli, cierpliwi i tani, jakich tylko można znaleźć na świecie. Jeśli kapitał jest w stanie kierować postępowaniem robotników Europy i Ameryki, to daleko lepiej będzie mu się to udawało z ludźmi, którzy nigdy nie zaznali niczego innego poza posłuszeństwem względem swych panów.

Spojrzenie na świat pracy w Anglii

Pan Justin McCarthy, znany pisarz angielski, w artykule na łamach Cosmopolis oświadczył pewnego razu:

“Fatalne zjawiska zubożenia i bezrobocia powinny wywołać w sercach Anglików poczucie większego zagrożenia, niż jakiekolwiek ostrzeżenia przed obcą inwazją. Tymczasem zaś politycy angielscy nigdy poważnie nie traktowali tego problemu, w ogóle się nad nim nie zastanawiając. Nawet niepokój wywołany nieporozumieniami między <str. 350> pracodawcami a robotnikami – strajk z jednej strony oraz zamykanie zakładów z drugiej – nie doprowadził tak naprawdę do ustalenia żadnego prawnego środka zaradczego. Rzeczywistą przyczyną takiego stanu rzeczy jest fakt, że naszą uwagę przyciąga każdy temat, tylko nie to, w jakich warunkach żyje nasz naród.”

Keir Hardie, członek parlamentu i lider partii pracy, w wywiadzie udzielonym kilka lat temu powiedział reporterowi:

“Działalność branżowych związków zawodowych prowadzona jest w Anglii w bardzo niewłaściwy sposób. Czasami boję się, że ruch ten już praktycznie nie istnieje. My robotnicy dowiadujemy się, jak inwestorzy potrafią używać swych pieniędzy w celu organizowania się i pokonywania nas. Przemysłowcy nauczyli się, jak zwalczać pracowników, i ludzie są bezsilni. Związki zawodowe od dłuższego czasu nie wygrały w Londynie żadnego ważnego strajku. Wielu działaczy potężnych niegdyś związków jest dziś bezsilnych. Odnosi się to szczególnie do dokerów. Pamiętacie wielki strajk pracowników portowych? Doprowadził on do unicestwienia związku, który go zorganizował. Położenie związków zawodowych w Londynie jest rozpaczliwe.

Niezależna Partia Pracy jest partią socjalistyczną. Nic innego nas nie zadowala, jak tylko socjalizm – socjalizm miejski, socjalizm narodowy, socjalizm przemysłowy. Wiemy, czego chcemy i wszyscy tego chcemy. Nie dążymy do walki, ale jeśli nie będziemy w stanie w inny sposób osiągnąć tego, co chcemy, to będziemy walczyć, a gdy już walczymy, to czynimy to z determinacją. Nadrzędnym celem Niezależnej Partii Pracy jest doprowadzenie do wspólnoty przemysłowej opartej na powszechnej własności ziemi i kapitału przemysłowego. Jesteśmy przekonani, że naturalne podziały polityczne muszą przebiegać wzdłuż linii ekonomicznych.

Wśród wszystkich wad obecnego systemu największym uciskiem dla brytyjskich robotników jest moim zdaniem nieregularność oraz niepewność zatrudnienia. Zapewne wiecie, że zagadnienie to jest moją specjalnością, a wygłaszane przeze mnie stwierdzenia oparte są na faktach. Na wyspach brytyjskich żyje ponad milion zdrowych, dorosłych robotników, którzy nie są pijakami ani próżniakami, nie są też mniej inteligentni od przeciętnego człowieka, a jednak nie pracują, choć nie ma w tym żadnej winy z ich strony, nie są też absolutnie w stanie znaleźć żadnej pracy. Zarobki wydają się być dwukrotnie wyższe niż pół wieku temu, <str. 351> jeśli jednak weźmiemy pod uwagę stratę czasu, jaka wynika z braku zatrudnienia, to okaże się, że położenie robotnika jest w rzeczywistości znacznie gorsze niż dawniej. Niewielki, ale regularny dochód zapewnia znacznie większe poczucie bezpieczeństwa, niż większa suma zarabiana nieregularnie. Gdyby każdy robotnik miał zapewnione prawo zarobienia na podstawowe potrzeby, to większość zagadnień, które nas obecnie nurtują, zostałoby rozwiązanych w sposób naturalny. Obecna sytuacja z pewnością nie napawa optymizmem. W czasie niedawnych straszliwych mrozów dodatkowo zatrudniano ludzi przy odśnieżaniu ulic przez cztery godziny dziennie za 6 pensów na godzinę. Tysiące bezrobotnych gromadziło się przed bramą urzędu już od 4 rano, żeby znaleźć się na przodzie kolejki. Stali tam trzęsąc się z zimna, wygłodzeni i zrozpaczeni, aż do godziny 8, kiedy to otwierano urząd. Szturm, jaki wtedy następował, przypominał rozruchy. Ludzie byli dosłownie zadeptywani na śmierć w tym potwornym tłoku wywołanym możliwością zarobienia 2 szylingów (48 centów). Podwórze urzędu zostało zdemolowane. Głodni ludzie zwartą masą, popychani przez tysiące innych, którzy tłoczyli się z tyłu, wyłamali mury i bramy, gdyż chcieli zdobyć pracę. Trudno byłoby tych ludzi nazwać próżniakami.

Przeciętny zarobek niewykwalifikowanego człowieka w Londynie, nawet jeśli odpowiada on związkowym wymaganiom, wynosi zaledwie 6 pensów na godzinę. Na prowincji jeszcze mniej. Szczegółowe badania wykazały, że kwota poniżej 3 gwinei [63 szylingi] tygodniowo nie jest w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb przeciętnej rodziny składającej się z dwojga dorosłych i trojga dzieci, nie mówiąc już o towarach luksusowych. Bardzo niewielu robotników w Anglii zarabia tyle, albo przynajmniej w tych granicach. Wykwalifikowany robotnik jest szczęśliwy, jeśli dostaje 2 gwinee [42 szylingi] na tydzień przez cały rok, a robotnik może mówić o szczęściu, jeśli uda mu się zarobić 24 szylingi (5,84 dolara) przez siedem dni, z czego jedna trzecia idzie na czynsz. Tak więc życie rodziny nawet najlepiej opłacanych robotników utrzymuje się na granicy ubóstwa. Zaś nawet krótki okres bezrobocia nieuchronnie spycha ich poniżej granicy nędzy. Dlatego właśnie mamy tak wielu nędzarzy.

Londyn liczy obecnie 4,3 miliona mieszkańców. Sześćdziesiąt tysięcy rodzin (300 tysięcy osób) ma średni dochód tygodniowy nie przekraczający 18 szylingów, co skazuje ich na życie w stanie ustawicznego niedostatku. Jeden na ośmiu mieszkańców Londynu <str. 352> kończy życie w hospicjum albo przytułku. Co szesnasty może być obecnie uznany za nędzarza. Każdego dnia do szkół przychodzi 43 tysiące dzieci, które nie jadły śniadania. Trzydzieści tysięcy ludzi nie ma domu, inni zaś mieszkają w schroniskach albo przygodnych izbach.”

Powyższa statystyka wykazuje, że kolejne kilka lat może tylko zaostrzyć warunki tej rywalizacji. W taki sposób Wszechmocny stopniowo przygotowuje masy społeczne wszystkich narodów do uświadomienia sobie tego, że wcześniej czy później interes jednego człowieka musi stać się interesem innego, że każdy powinien być stróżem brata swego, jeśli chce zachować swój własny dobrobyt.

Nie można też oskarżać kapitalistów o to, co również czynią i zawsze czynili robotnicy – a mianowicie, że dążą do własnych korzyści. W rzeczywistości każdy może się przekonać, że część biedaków jest w duchu tak samo samolubna, jak niektórzy spośród bogatych. Możemy sobie nawet wyobrazić, że gdyby niektórych biednych postawić na miejscu bogatych, to byliby jeszcze bardziej wymagający i mniej wspaniałomyślni niż ich obecni panowie. Nie okazujmy zatem nienawiści i nie oskarżajmy bogatych, a za to nienawidźmy i oskarżajmy ogólne i pojedyncze przypadki samolubstwa, które są przyczyną obecnej sytuacji i obecnego zła. A także, szczerze brzydząc się samolubstwem, postanówmy przy łasce Pańskiej na każdy dzień umartwiać (zabijać) swe własne przyrodzone samolubstwo oraz kultywować przeciwstawną zaletę miłości, abyśmy w ten sposób zostali przypodobani obrazowi drogiego Syna Bożego, naszego Pana i Zbawiciela.

Prorocze słowa szanownego Josepha Chamberlaina skierowane do brytyjskich robotników

Warto zwrócić uwagę na słowa Josepha Chamberlaina, byłego brytyjskiego sekretarza do spraw kolonialnych oraz jednego z najbardziej błyskotliwych mężów stanu <str. 353> naszych dni. Przyjmując delegację bezrobotnych szewców, którzy przybyli, by wystąpić w obronie warsztatów miejskich, wykazał im dobitnie, że to, czego się domagają, może im pomóc jedynie doraźnie, że takie warsztaty mogą tylko doprowadzić do przewagi podaży nad popytem i pozbawić pracy innych robotników, którzy obecnie dość dobrze sobie radzą, że jedyną słuszną polityką jest podtrzymywanie dobrych stosunków handlowych ze światem zewnętrznym w celu znalezienia nowych nabywców butów, których zakupy szybko wywołałyby zapotrzebowanie na ich pracę. Powiedział on:

“Waszym celem nie powinno być zmienianie warsztatu, w którym produkuje się buty, ale zwiększanie popytu na obuwie. Jeśli znajdziecie nowych nabywców dla waszych produktów, to nie tylko wy, którzy teraz pracujecie, dalej utrzymacie swą pracę, ale jeszcze dacie zatrudnienie tym, którzy są obecnie bezrobotni. To powinno być naszym wielkim celem. W uzupełnieniu do tego szczególnego zagadnienia, które mi przedstawiliście, muszę wam uzmysłowić, że najogólniej mówiąc, najlepszym sposobem zaradzenia problemowi bezrobocia jest poszukiwanie nowych rynków zbytu. Jesteśmy wypierani przez zagraniczną konkurencję z naszych tradycyjnych rynków, z neutralnych regionów, które dawniej były zaopatrywane przez Wielką Brytanię. Jednocześnie rządy innych krajów bezwzględnie usuwają nasze towary ze swoich rynków wewnętrznych. Dokąd zatem nie będziemy umieli powiększyć tych rynków zbytu, które są obecnie pod naszą kontrolą albo znaleźć nowych, zagadnienie bezrobocia, które już obecnie jest bardzo poważnym problemem, nabierze najważniejszego znaczenia. Mam też wszelkie podstawy, by żywić wielkie obawy co do komplikacji, jakie mogą się z tym wiązać. Przedstawiam wam to zagadnienie w sposób ogólny, ale błagam was, abyście słysząc odgłosy krytyki wobec postępowania tego czy innego rządu albo generała, związanego z ekspansją Brytyjskiego Imperium, pamiętali, że nie jest to kwestia szowinizmu, jak się niekiedy sugeruje, lub nieuzasadnionej agresji, ale że w rzeczywistości chodzi tu o kontynuację zadania, które zawsze było celem ludu Anglii, a mianowicie o poszerzanie rynków zbytu i związków gospodarczych z nie zagospodarowanymi miejscami na ziemi. Dokąd zaś tego nie będziemy czynić, i to w sposób ciągły, jestem przekonany, że zagrożenia, które już dzisiaj są tak poważne, będą miały w nieodległym czasie daleko poważniejsze konsekwencje.” <str. 354>

Związek agresji narodowej z interesem przemysłowym

W tym właśnie tkwi tajemnica brytyjskiej agresji i imperialnej ekspansji. Nie ma ona jedynie na względzie zapewnienia innym narodom mądrzejszych przywódców i lepszych rządów ani też nie kieruje się zamiłowaniem do posiadania jak największych terytoriów i władzy, ale jest to część wojny handlowej, “wojny gospodarczej”. Narodów nie podbija się już po to, by je tak jak dawniej tylko obrabować, ale po to, żeby im służyć – zapewnić sobie rynek. W tych działaniach wojennych największe sukcesy odnosiła Wielka Brytania. W konsekwencji posiadła ona ogromne bogactwa, które zostały zainwestowane daleko i blisko. Będąc pierwszym krajem, w którym wystąpiła nadprodukcja, jako pierwsza też zmuszona była szukać zagranicznych rynków zbytu i przez długi czas była fabryką bawełny i żelaza dla krajów pozaeuropejskich. Rewolucja techniczna, która miała miejsce po zakończeniu wojny domowej w Stanach Zjednoczonych w 1865 roku, postawiła ten kraj na jakiś czas w centrum uwagi, czyniąc go światowym ośrodkiem gospodarczym. Rewolucja techniczna rozprzestrzeniła się na wszystkie cywilizowane kraje, kierując ich uwagę na poszukiwanie zagranicznych nabywców. Jest to właśnie owa międzynarodowa konkurencja, o której wspominał pan Chamberlain. Wszyscy politycy zdają sobie sprawę z tego, o czym on mówi, a mianowicie, że światowe rynki są już prawie nasycone, a mechanizacja i cywilizacja coraz szybciej przybliżają chwilę, gdy nie będzie już dalszych rynków zagranicznych. Bardzo mądre jest więc jego oświadczenie: “Zagrożenia, które już dzisiaj są tak poważne, będą miały w nieodległym czasie daleko poważniejsze konsekwencje.”

W roku 1896 pan Chamberlain, jako brytyjski sekretarz do spraw kolonialnych, podejmował delegatów z kolonii brytyjskich, którzy przebyli tysiące mil, by rozmawiać z nim oraz z innymi kompetentnymi osobami o najlepszych sposobach odpierania konkurencji przemysłowej. Odkąd tylko w Wielkiej Brytanii stwierdzono, że wielkość produkcji w tym kraju przewyższa potrzeby ludności, oraz że zachodzi konieczność poszukiwania zagranicznych rynków zbytu, Wielka Brytania stała się orędownikiem idei wolnego handlu i oczywiście nakłaniała także swe kolonie do popierania takiej polityki, na ile tylko mogła to osiągnąć bez <str. 355> użycia siły. Konferencja ta miała na celu podjęcie kroków w kierunku ustanowienia protekcyjnych ceł, którymi Wielka Brytania i jej liczne kolonie mogłyby się w znacznym stopniu odgrodzić od konkurencji ze Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Francji i Japonii.

Podboje Francji, Włoch oraz Wielkiej Brytanii w Afryce miały takie samo znaczenie. Dostrzegając zaostrzanie się i rozszerzanie wojny handlowej, kraje te siłą starały się zapewnić sobie kontrolę nad niektórymi rynkami zbytu. Poniższe doniesienie prasowe dowodzi słuszności tych ocen.

“WASZYNGTON, 9 czerwca 1896. Biorąc za punkt wyjścia oficjalny komunikat o francuskiej aneksji Timbuktu, centralnego regionu w krainie Dżallon o powierzchni większej od Pensylwanii i dokładnie tak samo urodzajnego, konsul Stanów Zjednoczonych, pan Strickland, urzędujący w Goree-Dakar, przekazał do Departamentu Stanu niezmiernie interesujący raport o zagrożeniach dla amerykańskiego handlu w Afryce w związku z gwałtowną ekspansją europejskich posiadłości kolonialnych. Pokazuje on, w jaki sposób Francja, wprowadzając dyskryminacyjne cło na obce towary w wysokości 7 procent, zmonopolizowała rynek francuskich kolonii, niszcząc w ten sposób bardzo dochodowy i ciągle rozwijający się handel, który Stany Zjednoczone już prowadziły w tej części świata. Twierdzi on, że rozpoczął się już proces ochrony być może nawet całego kontynentu afrykańskiego przeciwko handlowi amerykańskiemu poprzez wprowadzanie protekcyjnych ceł. Jeśli zaś jeden kraj już obecnie podejmuje takie skuteczne posunięcia, to i pozostałe będą zmuszone do tego samego w celu wyrównania stosunków między nimi.”

Doprawdy, serca ludzi drętwieją ze strachu w oczekiwaniu tych rzeczy, które przychodzą na świat [społeczeństwo]. Przygotowują się też oni najlepiej, jak tylko umieją na to, czego się spodziewają.

Niech jednak nikt ani przez moment nie pomyśli, że zapowiadana “ekspansja Brytyjskiego Imperium”, jak i innych imperiów ziemi, oraz powszechna wojna o handel jest wszczynana i prowadzona jedynie w celu zapewnienia zatrudnienia brytyjskim, włoskim <str. 356> i francuskim robotnikom. Bynajmniej! Robotnik jest tutaj tylko pionkiem. Zasadniczym celem tych działań jest otwarcie dla brytyjskich kapitalistów nowych regionów, w których będą mogli zgarniać kolejne profity i gromadzić skarb na ostatnie dni (Jak. 5:3).

Społeczna i przemysłowa wojna w Niemczech

Pan Liebknecht, przywódca Partii Socjaldemokratycznej w niemieckim Reichstagu, odwiedzając Wielką Brytanię w lipcu 1896 roku udzielił wywiadu opublikowanego na łamach londyńskiego Daily Chronicle. Z artykułu tego przedrukowujemy kilka wyjątków.

“‘Nasza Partia Socjaldemokratyczna jest najsilniejszą z pojedynczych partii w niemieckim parlamencie. W ostatnich wyborach zgromadziliśmy 1 880 000 głosów. Spodziewamy się rozwiązania parlamentu w związku z wydatkami na marynarkę wojenną, czego Reichstag nie zatwierdzi. W kolejnych wyborach spodziewamy się otrzymać kolejny milion dodatkowych głosów.’

‘Czy oznacza to, że szowinizm w Niemczech nie jest tak silny?’

‘W Niemczech w ogóle nie ma szowinizmu. Wśród wszystkich narodów europejskich Niemcom najbardziej uprzykrzył się militaryzm. My socjaliści stoimy na czele ruchu przeciwko niemu.’

‘Czy uważa pan, że ruch przeciwko militaryzmowi szerzy się w całej Europie?’

‘Jestem o tym przekonany. Deputowani socjalistyczni w parlamentach Francji, Niemiec, Belgii, Włoch i Danii, a mamy ich nie tak mało, walczą z nim do upadłego. W czasie międzynarodowego kongresu, który odbędzie się w Londynie, wszyscy obecni na nim parlamentarzyści socjalistyczni spotkają się w celu podjęcia wspólnej akcji. Jeśli chodzi o Niemcy, to są one całkowicie zrujnowane przez swój system militarny. Jesteśmy młodym krajem, nasze fabryki zaczynają dopiero działalność, jeśli więc mamy konkurować z Anglią …’

‘… to musicie także narzekać na zagraniczną konkurencję?’

‘Oczywiście że tak, tylko że dla nas jest to coś całkiem realnego. U nas, jak się zaraz przekonacie, nie ma wolności prasy ani wolności zgromadzeń publicznych. Wy zaś macie i jedno, i drugie, dlatego też uważam, że obecny system <str. 357> ekonomiczny jest głębiej i mocniej zakorzeniony w Anglii niż gdziekolwiek indziej. Poza tym my musimy walczyć z doktryną o boskich prawach królów, tymczasem wy Anglicy doszliście już do tego dwieście lat temu, że boskie prawa dla królów i wolność polityczna wykluczają się wzajemnie.’

‘Czy spodziewa się pan zatem, że niebawem nastąpią wielkie zmiany?’

‘Tak. Obecny system w Niemczech wywołuje tak wielkie niezadowolenie, że musi zostać zmieniony.’

‘Czy może mi pan teraz powiedzieć coś na temat sytuacji ekonomicznej w Niemczech? Podobnie jak my, macie również problem rolny.’

‘W Niemczech mamy pięć milionów posiadłości wiejskich i wszystkie pogrążają się w ruinie najszybciej, jak to tylko możliwe. Każda z nich – i trzeba przy tym dodać słowo rozmyślnie – oddana jest pod zastaw i to poniżej rzeczywistej wartości gospodarstwa. Nasi wieśniacy żywią się chlebem upieczonym z mieszanki żyta i owsa. Właściwie każdy rodzaj żywności jest w Anglii tańszy niż w Niemczech.’

‘A wasze fabryki?’

‘Jako kraj przemysłowy znajdujemy się na razie w stadium początkowym. Nasz system gospodarczy datuje się dopiero od roku 1850, ale skutki jego wprowadzenia zaczynają już znacznie przewyższać osiągnięcia waszego kraju. Zostaliśmy gwałtownie podzieleni na dwie klasy – proletariat oraz kapitalistów i właścicieli ziemskich. Nasza klasa średnia jest dosłownie obracana w proch za sprawą stosunków ekonomicznych, w jakich się znaleźliśmy. Jej przedstawiciele spychani są do niższej klasy pracującej i temu właśnie zjawisku przypisuję nadzwyczajny sukces naszej partii.

Musicie pamiętać, że u nas partie nie mają tak ostro zarysowanych tożsamości, jak tutaj w Anglii. My, socjaldemokraci, współpracujemy z każdą partią, jeśli tylko jesteśmy w stanie dzięki temu coś uzyskać dla siebie. Mamy tylko trzy wielkie partie, inne można pominąć. Są nimi nasza partia, konserwatyści i katolicka partia centrowa. Nasi konserwatyści bardzo różnią się od waszych. Pragną oni powrotu feudalizmu i najgorszej reakcji. Warunki ekonomiczne powodują podział w partii centrowej i część jej członków przejdzie do nas, a pozostali do konserwatystów. A potem zobaczymy, co będzie dalej.’ <str. 358>

Pan Liebknecht przedstawił także historię ruchu socjalistycznego. Gwałtowny wzrost popularności socjaldemokratów w Niemczech należy przypisać niedawnemu pojawieniu się w tym kraju przemysłowego komercjalizmu oraz ostrej konkurencji, jaką Niemcy musiały podjąć, by dotrzymać kroku Anglii i Francji w walce o uzyskanie przewagi ekonomicznej.”

Należy zwrócić uwagę na kilka zjawisk, które zdaniem tego wybitnego człowieka wywierają presję na ludzi stając się przyczyną nieszczęść i podziałów narodów na dwie klasy – bogatych i biednych. Są nimi: (1) kwestia agrarna czyli zagadnienie własności ziemskiej, dotyczące szczególnie rolników; (2) kwestia ekonomiczna, czyli monetarna, obejmująca zagadnienie związku między kapitałem a pracą; (3) kwestia przemysłowa, czyli problem ze znalezieniem dochodowego zatrudnienia dla mechaników, wiążący się z zagraniczną oraz wewnętrzną konkurencją, podażą i popytem itp. Te właśnie zagadnienia wprawiają w zakłopotanie wszystkie cywilizowane narody, przygotowując je na zbliżający się światowy ucisk – rewolucję, anarchię – stanowiący przygotowanie do Tysiącletniego Królestwa.

Pan Liebknecht był delegatem na Kongres Związków Zawodowych, który odbył się w Londynie w lipcu 1896 roku. Na zjeździe tym podjęto postanowienie, że:

“Międzynarodowe spotkanie robotników (uznając, że pokój między narodami świata jest zasadniczą podstawą międzynarodowego braterstwa i postępu ludzkości oraz będąc przekonani, że narody ziemi nie pragną wojen, u których podłoża leży chciwość i samolubstwo rządzących i uprzywilejowanych klas, których jedynym celem jest przejęcie kontroli nad światowymi rynkami zbytu, we własnym interesie i przeciwko rzeczywistym interesom robotników) niniejszym oświadcza, że robotnicy różnych narodowości nie prowadzą między sobą żadnego sporu oraz że mają oni jednego wspólnego wroga, którym są klasy kapitalistów i posiadaczy ziemskich, zaś jedynym sposobem zapobieżenia wojnom i ustanowienia pokoju jest obalenie systemu społecznego opartego na istnieniu klas kapitalistów i posiadaczy ziemskich, w którym tkwią korzenie wojen; zobowiązuje się ono przeto uroczyście do <str. 359> działania na rzecz jedynej drogi, na której możliwe jest obalenie tego systemu – tj. uspołecznienia środków produkcji, dystrybucji i wymiany; dalej oświadcza się, że dopóki cel ten nie zostanie osiągnięty każdy spór międzynarodowy powinien być rozstrzygany na drodze arbitrażu, a nie przy użyciu brutalnej siły zbrojnej; dalej zgromadzenie to uznaje, że ustanowienie międzynarodowego ośmiogodzinnego dnia pracy dla wszystkich robotników jest najbardziej bezpośrednim krokiem w kierunku ostatecznego wyswobodzenia klasy robotniczej i nalega, by rządy wszystkich krajów uznały za niezbędne prawne usankcjonowanie ośmiogodzinnego dnia pracy; i dalej, biorąc pod uwagę fakt, że jedynym sposobem, w jaki klasa robotnicza może dokonać swego ekonomicznego i społecznego wyswobodzenia, jest przejęcie aparatu politycznego, który obecnie znajduje się w rękach klasy kapitalistycznej oraz to, że w wielu krajach szerokie rzesze mężczyzn i kobiet, przedstawicieli klasy robotniczej, nie posiadają praw wyborczych i nie mogą brać udziału w działaniach politycznych, zgromadzenie robotników postanawia i uroczyście zobowiązuje się do podjęcia wszelkich wysiłków na rzecz uzyskania powszechnego prawa wyborczego.”

Atak na ludzkość z jeszcze innej strony
Olbrzymowie naszych dni

Dalszym skutkiem rywalizacji jest organizowanie wielkich korporacji w zakresie handlu i produkcji. Są to ważne żywioły przygotowujące nadejście “ognia”. Owe olbrzymie korporacje gwałtownie usuwają małe warsztaty i sklepy, które nie mogą kupować ani sprzedawać tak korzystnie, jak wielkie koncerny. Z kolei wielkie koncerny, będąc zdolne do prowadzenia szerszej działalności, niż zachodzi potrzeba, tworzą zjednoczenia zwane trustami. Trusty, które pierwotnie organizowano po to, by zapobiegać konkurencji poprzez eliminowanie małych firm, okazały się bardzo korzystne dla reprezentowanego w nich kapitału i zarządu. Ten sposób działania staje się coraz bardziej popularny, a Wielka Republika znajduje się w tym zakresie w światowej czołówce. Zwrócimy uwagę na następującą listę, opublikowaną w nowojorskim czasopiśmie World 2 września 1896 roku pod nagłówkiem: “Rozrastanie się trustów”. <str. 360>

“Lista 139 zjednoczeń na rzecz regulacji produkcji,
stałych cen, monopolizacji handlu i okradania ludzi
wbrew prawu

Nazwa Kapitał

Dressed Beef and Provision Trust $100 000 000

Sugar Trust, New York 75 000 000

Lead Trust 30 000 000

Rubber Trust, New Jersey 50 000 000

Gossamer Rubber Trust 12 000 000

Anthracite Coal Combine, Pennsylvania *85 000 000

Axe Trust 15 000 000

Barbed Wire Trust, Chicago *10 000 000

Biscuit and Cracker Trust 12 000 000

Bolt and Nut Trust *10 000 000

Boiler Trust, Pittsburgh, Pa *15 000 000

Borax Trust, Pennsylvania *2 000 000

Broom Trust, Chicago *2 500 000

Brush Trust, Ohio *2 000 000

Button Trust *3 000 000

Carbon Candle Trust, Cleveland *3 000 000

Cartridge Trust *10 000 000

Casket and Burial Goods Trust *1 000 000

Castor Oil Trust, St. Louis 500 000

Celluloid Trust 8 000 000

Cigarette Trust, New York 25 000 000

Condensed Milk Trust, Illinois 15 000 000

Copper Ingot Trust *20 000 000

Sheet Copper Trust *40 000 000

Cordage Trust, New Jersey 35 000 000

Crockery Trust *15 000 000

Cotton Duck Trust 10 000 000

Cotton-Seed Oil Trust 20 000 000

Cotton Thread Combine, New Jersey 7 000 000

Electric Supply Trust *10 000 000

Flint Glass Trust, Pennsylvania 8 000 000

Fruit Jar Trust *1 000 000

Galvanized Iron Steel Trust, Pennsylvania *2 000 000

Glove Trust, New York *2 000 000

 

* Szacunkowo <str. 361>

Nazwa Kapitał

Harvester Trust *$1 500 000

Hinge Trust 1 000 000

Indurated Fibre Trust 500 000

Leather Board Trust *500 000

Lime Trust *3 000 000

Linseed Oil Trust 18 000 000

Lithograph Trust, New Jersey 11 500 000

Locomotive Tire Trust *2 000 000

Marble Combine *20 000 000

Match Trust, Chicago 8 000 000

Morocco Leather Trust *2 000 000

Oatmeal Trust, Ohio *3 500 000

Oilcloth Trust *3 500 000

Paper Bag Trust 2 500 000

Pitch Trust *10 000 000

Plate Glass Trust, Pittsburgh, Pa *8 000 000

Pocket Cutlery Trust *2 000 000

Powder Trust 1 500 000

Preservers’ Trust, West Virginia *8 000 000

Pulp Trust *5 000 000

Rice Trust, Chicago 2 500 000

Safe Trust 2 500 000

Salt Trust *1 000 000

Sandstone Trust, New York *1 000 000

Sanitary Ware Trust, Trenton, N.J 3 000 000

Sandpaper Trust *250 000

Sash, Door and Blind Trust *1 500 000

Saw Trust, Pennsylvania 5 000 000

School Book Trust, New York *2 000 000

School Furniture Trust, Chicago 15 000 000

Sewer Pipe Trust 2 000 000

Skewer Trust 60 000

Smelters’ Trust, Chicago 25 000 000

Smith Trust, Michigan *500 000

Soap Trust *500 000

Soda-Water Apparatus Trust, Trenton, N.J 3 750 000

Spool, Bobbin and Shuttle Trust 2 500 000

Sponge Trust *500 000

 

* Szacunkowo <str. 362>

Nazwa Kapitał

Starch Trust, Kentucky $10 000 000

Merchants’ Steel Trust 25 000 000

Steel Rail Trust *60 000 000

Stove Board Trust, Grand Rapids, Mich 200 000

Straw Board Trust, Cleveland, Ohio *8 000 000

Structural Steel Trust *5 000 000

Teazle Trust *200 000

Sheet Steel Trust *2 000 000

Tombstone Trust 100 000

Trunk Trust 2 500 000

Tube Trust, New Jersey 11 500 000

Type Trust 6 000 000

Umbrella Trust *8 000 000

Vapor Stove Trust *1 000 000

Wall Paper Trust, New York 20 000 000

Watch Trust 30 000 000

Wheel Trust *1 000 000

Whip Trust *500 000

Window Glass Trust *20 000 000

Wire Trust *10 000 000

Wood Screw Trust *10 000 000

Wool Hat Trust, New Jersey *1 500 000

Wrapping Paper Trust *1 000 000

Yellow Pine Trust *2 000 000

Patent Leather Trust 5 000 000

Dye and Chemical Combine *2 000 000

Lumber Trust *2 000 000

Rock Salt Combination 5 000 000

Naval Stores Combine *1 000 000

Green Glass Trust *4 000 000

Locomotive Trust *5 000 000

Envelope Combine 5 000 000

Ribbon Trust *18 000 000

Iron and Coal Trust 10 000 000

Cotton Press Trust *6 000 000

Tack Trust *3 000 000

Clothes-Wringer Trust *2 000 000

Snow Shovel Trust *200 000

 

* Szacunkowo <str. 363>

Nazwa Kapitał

The Iron League (Trust) *$60 000 000

Paper Box Trust *5 000 000

Bituminous Coal Trust *15 000 000

Alcohol Trust *5 000 000

Confectioners’ Trust *2 000 000

Gas Trust *7 000 000

Acid Trust *2 000 000

Manilla Tissue Trust *2 000 000

Carnegie Trust 25 000 000

Illinois Steel Trust *50 000 000

Brass Trust 10 000 000

Hop Combine *500 000

Flour Trust, New York 7 500 000

American Corn Harvesters’ Trust *50 000 000

Pork Combine, Missouri *20 000 000

Colorado Coal Combine 20 000 000

Bleachery Combine *10 000 000

Paint Combine, New York *2 000 000

Buckwheat Trust, New Jersey 5 000 000

Fur Combine, New Jersey 10 000 000

Tissue Paper Trust *10 000 000

Cash Register Trust *10 000 000

Western Flour Trust 10 000 000

Steel and Iron Combine 4 000 000

Electrical Combine No. 2 1 800 000

Rubber Trust No. 2 7 000 000

Tobacco Combination 2 500 000

Łączny kapitał $1 507 060 000

To samo wydanie tego samego czasopisma w artykule redakcyjnym odnotowuje potęgę oraz skłonności jednego z tych trustów. Artykuł opatrzono nagłówkiem: “Co oznacza postęp węglowy”.

“Podwyżka cen węgla antracytowego o 1,5 dolara za tonę oznacza dla jedenastu członków Coal Trust [Trustu Węglowego] zagarnięcie nie mniej niż pięćdziesięciu, a może i sześćdziesięciu milionów dolarów. Na podstawie konkurencji cenowej, jaka miała miejsce ubiegłej jesieni i wynikających z niej korzystnych cen węgla, pieniądze te prawnie należą się tym, którzy korzystają z węgla. <str. 364>

Ogromna podwyżka cen węgla oznacza, że wielu producentów, którzy mieli zamiar rozpocząć działalność tej jesieni, będą musieli zrezygnować, ponieważ ponosząc tak wielkie dodatkowe koszty produkcji nie będą w stanie konkurować z tymi, którzy kupują węgiel po cenach naturalnych. Oznacza to, że wielu właścicieli fabryk obniży wynagrodzenia, aby wyrównać wzrost kosztów produkcji wynikający z podwyżki cen węgla. Oznacza to także, że wiele gospodarstw domowych o umiarkowanych dochodach będzie musiało wyrzec się niektórych skromnych wygód i luksusów. Ludzie muszą kupić węgiel, a ponieważ urzędnicy wybrani przez tych ludzi nie egzekwują obowiązującego prawa, będą musieli zapłacić ceny podyktowane przez trusty. Oznacza to wreszcie, że biedni będą zmuszeni do zakupienia mniejszej ilości węgla. Poprzednie ceny były dostatecznie wysokie. Nowe ceny są wybitnie restrykcyjne. Tak więc w czasie nadchodzącej zimy biedacy będą się trząść z zimna.

Z jednej strony większy luksus dla nielicznych, z drugiej strony niewygoda, a w tysiącach przypadków wręcz nędza dla wielu ludzi. Między tymi dwoma stronami znajduje się złamane i zhańbione prawo.”

Przyjrzymy się jeszcze innemu przykładowi potęgi trustów. Na wiosnę 1895 roku założony został Cotton Tie Trust [Trust Wiązadeł do Bawełny] (wiązadło do bawełny to prosta stalowa taśma, którą używa się do wiązania bawełny w bele). W tym czasie wiązadła kosztowały siedemdziesiąt centów za sto sztuk. Następnego roku trust doszedł do wniosku, że podniesienie cen do 1,4 dolara za sto sztuk przyniosłoby większe dochody. Podwyżka nastąpiła na krótko przed okresem wiązania bawełny, tak aby już w tym sezonie nie można było sprowadzić wiązadeł zza granicy.

Nie wszystkie trusty wykorzystują w taki sposób swoją przewagę. Prawdopodobnie jeszcze nie wszystkie znalazły się w tak korzystnych okolicznościach. Nie ulega jednak wątpliwości, że “zwykli ludzie”, masy społeczne, narażeni są na poważne niebezpieczeństwo poniesienia strat spowodowanych działalnością takich olbrzymich organizacji. Wszyscy wiemy, czego można się obawiać ze strony potężnego i samolubnego człowieka, a przecież te trusty “olbrzymy” dysponują o wiele większą potęgą i wpływami niż pojedynczy ludzie, a jeszcze na dodatek nie mają sumienia. Przysłowiem stało się już powiedzenie: “Korporacje nie mają duszy”.

Wybraliśmy następujące doniesienie prasowe z Pittsburgh Post, aby pokazać jakie są dochody trustów. <str. 365>

Dochody trustów

“NOWY JORK, 5 listopada 1896. Komisja likwidacyjna Standard Oil Trust zebrała się dzisiaj, by ogłosić wysokość zwykłej dywidendy kwartalnej: 3 dolary za akcję oraz 2 dolary za akcję dodatkową, płatne 15 grudnia. Całkowita emisja papierów wartościowych Standard Oil Trust miała pierwotną wartość 97 250 000 dolarów. W ciągu kończącego się właśnie roku fiskalnego zadeklarowana została dywidenda w wysokości 31 procent, co daje całkowitą kwotę dochodów w wysokości 30 149 500 dolarów. W tym samym okresie spółka American Sugar Refining Company, znana jako trust cukrowy, wypłaciła dywidendy w wysokości 7 023 920 dolarów. Podobno oprócz tego, że trust dokonał tych wypłat dla udziałowców, posiada on jeszcze nadwyżkę w zapasach surowego cukru, ściągalne płatności oraz gotówkę w kwocie około 30 milionów dolarów.”

Ta sama gazeta pisze dalej w artykule redakcyjnym:

“Wire Nail Trust [trust kabli i gwoździ] był prawdopodobnie jedną z najbardziej nikczemnych organizacji spośród tych, które założono w tym kraju w celu grabienia i wymuszania od ludzi pieniędzy. Urągał on prawu, stosował korupcję, znęcał się i rujnował konkurentów, kontrolując swoją dziedzinę handlu na prawach autokratycznego władcy. Dokonawszy tego, podwyższył ceny o dwieście do trzystu procent i podzielił między swych udziałowców milionowe zyski. I to oczywiście nie jest anarchia. Anarchistami są tylko ci, którzy protestują przeciwko takiemu rozbojowi i urąganiu prawu. Tak przynajmniej uważa pan A. C. Faust z New Jersey, członek trustu gwoździowego, który pisze do gazety World, że obnażanie przez nią nieprawidłowości w działaniu trustu ‘podsyca ogień powszechnego niezadowolenia’. Prowadzi to do bardzo interesującej sytuacji. Nielegalne i rabunkowe trusty powinny cieszyć się swobodą działania, natomiast jakiekolwiek próby utrzymania ich pod kontrolą nie powinny być tolerowane, gdyż ‘podsycają ogień powszechnego niezadowolenia’. Z jednej strony mamy ludność tego kraju, a z drugiej licencjonowanych rabusiów – trusty. Nie wolno jednak obnażać, protestować ani rozniecać ‘ognia powszechnego niezadowolenia’, gdyż to utrudnia działalność trustów. Czyż może być większe zuchwalstwo i arogancja?

Coal Trust [trust węglowy] rozprowadzający produkty antracytowe obrabowuje ludzi na pięćdziesiąt milionów dolarów rocznie przez podwyższenie cen o 1,5 dolara za tonę. Czcigodny dr Parkhurst <str. 366> oddał pewnego razu należyty szacunek tej szczególnej bandzie mówiąc: ‘Jeśli spółki węglowe, czyli zjednoczenia węglowe albo trusty węglowe, używają całej swej władzy w celu wyciągania z kieszeni biedaków i przelewania do swoich skarbców tylu pieniędzy, ile się da i ile tylko się śmie, co prowadzi do jeszcze większego zubożenia biednych, do zmniejszenia wygody ich życia oraz wyciśnięcia z nich ostatnich kropli zdrowia i życia, to takie spółki są

opętane przez demona kradzieży i morderstwa.

A odnosi się to znacznie bardziej tak do handlarzy węglem, jak i do innych kupców.’

W tym samym czasie, gdy pastor dr Parkhurst stwierdził, że ludzie ci są ‘opętani przez demona kradzieży i morderstwa’, inny nowojorski kaznodzieja, pastor dr Herber Newton, przemawiając do trzódki milionerów zasiadających w aksamitnych ławkach, wychwalał trusty jako niezbędny i dobroczynny składnik naszej postępowej cywilizacji.”

Co się tyczy nagłego spadku cen szyn stalowych z 25 do 17 dolarów za tonę, to wychodzący w Allegheny dziennik Evening Record pisze:

“Wielki ‘Syndykat Stalowy’ utworzony po to, by utrzymywać wysokie ceny, został praktycznie zrujnowany. Owo gigantyczne zjednoczenie kapitału i władzy, mające na celu kontrolowanie produkcji najpotężniejszej gałęzi amerykańskiego przemysłu, podwyższanie i obniżanie cen na zwykłe polecenie, opodatkowanie konsumentów dla swojej przyjemności i do granic sensowności, ma zostać pochłonięte przez organizm jeszcze większy, jeszcze bardziej potężny, dysponujący jeszcze większym bogactwem. Rockefeller i Carnegie objęli w posiadanie amerykański przemysł stalowy. Jest to wydarzenie epokowe. Obniżka cen szyn stalowych z 25 do 17 dolarów za tonę, co stanowi najniższą cenę w historii, wyznacza nową erę dla ekonomii tego kraju. Jak dotąd jest to przypadek pochłonięcia jednego trustu przez inny, na czym korzystają koleje.

Śmiało można powiedzieć, że przedsięwzięcie to ani w przypadku pana Rockefellera, ani pana Carnegie nie było wynikiem rozważań nad nastrojami publicznymi. Dostrzegli oni szansę na zgniecenie konkurencji i skorzystali z niej. Weszli oni obecnie w posiadanie najważniejszych zasobów rudy na świecie, gór Mesaba powyżej Duluth, które opisywane są jako region, gdzie nie trzeba podejmować głębokich i kosztownych wykopów, a wystarczy jedynie zgarnąć rudę z powierzchni ziemi. Rockefeller zapewnił sobie dodatkowe korzyści, zabezpieczając te złoża <str. 367> przez budowę floty barek rzecznych o ogromnej ładowności, przy pomocy których można transportować surowy materiał do doków na jeziorze Erie. Poprzez zawarcie sojuszu z Carnegie, który posiada piece i huty, zamknął on swe koło, uzależniając całkowicie od swojej łaski producenta szyn kolejowych ‘Railmakers’ Association’. Cała ta operacja została przeprowadzona przez mistrzowskie połączenie istniejących już placówek. Rezultat, przynajmniej jak na razie, jest korzystny dla wielkiej ilości ludzi. To, czy panowie Rockefeller i Carnegie, dysponując tak wielką władzą, zadowolą się umiarkowanymi zyskami i pozwolą, by korzystali na tym ludzie, czy też pozbywszy się konkurencji wykorzystają swą potęgę dla bezlitosnego zdzierstwa, jest poważnym problemem. Fakt, że zgromadzili w swych rękach tak wielką władzę, jest już sam w sobie zagrożeniem.”

Poniższa sprawa była swego czasu bardzo głośna, warto jednak o niej wspomnieć przy okazji rozważania tego tematu.

“KANSAS CITY, Missouri, 26 listopada 1896. Były gubernator David R. Francis, obecnie sekretarz spraw wewnętrznych, przesłał do niewielkiej partii popierającej zastosowanie złota jako podstawy systemu monetarnego, która wczoraj wieczorem urządzała przyjęcie w hotelu Midland, następujący list:

Departament Spraw Wewnętrznych

Waszyngton, D.C., 19 listopada 1896

‘Szanowni Panowie. Właśnie otrzymałem wasze zaproszenie z dnia 25 bm. i żałuję, że nie będę mógł dziś wieczorem uczestniczyć w wyrażeniu poparcia dla zwycięstwa zdrowego pieniądza. (…) Jeśli nie zostaną uchwalone jakieś ustawy regulujące wzrost wpływu bogactwa i ograniczające potęgę trustów i monopoli, to jeszcze przez upływem tego wieku wybuchnie powstanie ludu, które zagrozi nawet naszym instytucjom.

DAVID R. FRANCIS”

Poniższy cytat przedrukowujemy za londyńskim Spectatorem:

“Jesteśmy w posiadaniu decyzji wydanej przez sędziego Russella z nowojorskiego sądu najwyższego, która pokazuje, do jakiego stopnia forsowany jest w Stanach Zjednoczonych system ‘trustów’, czyli system wykorzystania kapitału do tworzenia monopoli. Zostało założone Narodowe Stowarzyszenie Hurtowni Leków, które objęło swym zasięgiem prawie każdego poważniejszego kupca, handlującego lekami, narzucając stałe ceny na te produkty. Jeśli jakiś kupiec sprzedaje leki po cenach niższych niż Stowarzyszenie, ostrzega ono okólnikiem całą branżę, by nikt nie zawierał z nim transakcji, co z reguły kończy się bankructwem <str. 368> nieposłusznej firmy. Spółka John D. Park i Synowie postanowiła sprzeciwić się temu dyktatowi i wystąpiła z wnioskiem o wprowadzenie zakazu działania Stowarzyszenia, który w tym konkretnym przypadku został odrzucony, lecz stał się powodem przyjęcia ogólnej zasady, wedle której zaleca się wszystkim ludziom, by powstrzymywali się od działalności ‘konspiracyjnej’, mającej na celu wymuszenie ‘ograniczeń w handlu’. Mamy tu do czynienia z przypadkiem krańcowym, jako że w oczywisty sposób trust tego rodzaju igra, lub może igrać z życiem ludzkim. Nie tyle zresztą chodzi o to, że podnoszą oni ceny leków patentowych do 21 szylingów za kroplę, co było przedmiotem tej szczególnej skargi, ile o to, że ubogich nie będzie stać na nabycie takich leków, jak chinina, opium, czy środki przeczyszczające. Należy pamiętać, że następcy pana Bryana umieszczają sprawę systemu trustów na czele swych zarzutów przeciwko kapitałowi, a przypadki takie, jak ten, dostarczają oparcia dla ich argumentów.”

Trusty w Anglii

Chociaż trusty można by uważać za wynalazek amerykański, to jednak poniższa notatka podawana za londyńskim Spectatorem dowodzi, że zjawisko to nie ogranicza się wyłącznie do Ameryki. Autor pisze:

“Trusty zaczynają opanowywać niektóre dziedziny brytyjskiej gospodarki. Obecnie istnieje zjednoczenie, albo inaczej trust, w branży łóżek metalowych, którego główna siedziba znajduje się w Birmingham, ale działalnością swą obejmuje on całą Anglię. Trust ten jest tak sprytnie urządzony, że jest rzeczą praktycznie niemożliwą, by jakiś niezależny producent łóżek mosiężnych albo żelaznych mógł zacząć działalność bez przyłączenia się do tego zjednoczenia. A jeśli nawet to uczyni, to będzie musiał zwrócić się z prośbą o wydanie zezwolenia na produkcję, którego najprawdopodobniej i tak nie otrzyma. Gdyby mimo to zdecydował się podjąć niezależną działalność, to nie będzie w stanie zakupić surowców ani też nie znajdzie żadnego pracownika, który dysponowałby jakimkolwiek doświadczeniem w tym rzemiośle, ponieważ wszyscy producenci żelaza i mosiądzu na łóżka metalowe zgodzili się zaopatrywać jedynie zakłady należące do zjednoczenia, zaś robotnicy zostali zobowiązani przez swoje związki zawodowe do pracy wyłącznie dla tych producentów, którzy tworzą trust. Tak więc dla konsumentów jedyną nadzieją na utrzymanie niskich cen jest zagraniczna konkurencja. Sukcesy odnoszone obecnie przez trust łóżek metalowych skłaniają producentów innych branż do naśladowania tego przykładu.”

Zjednoczenia takie, sprawujące kontrolę nad kapitałem w wysokości milionów dolarów, <str. 369> są rzeczywiście olbrzymami. Jeśli przez następne kilka lat procesy te będą dalej przebiegały w taki sposób, jak to miało miejsce w ciągu ubiegłego dwudziestolecia, to już wkrótce finansowa dźwignia zapewni im kontrolę nad całym światem. Niebawem będą oni dysponowali władzą, która nie tylko zapewni im możliwość dyktowania cen produktów znajdujących się w powszechnym użyciu, ale ponadto, jako główni pracodawcy, będą sprawowali pełną kontrolę nad wysokością wynagrodzeń za pracę.

Trzeba przyznać, że zjednoczenia kapitałowe zrealizowały w przeszłości wielkie przedsięwzięcia, których w pojedynkę nie dałoby się wykonać tak sprawnie i z tak dobrym rezultatem. Rzeczywiście, prywatne przedsiębiorstwa przyjęły i z powodzeniem udźwignęły ryzyko, które opinia publiczna byłaby potępiła, uniemożliwiając wykonanie podobnych zadań, gdyby miał się ich podjąć rząd. Nie chcielibyśmy więc tutaj zostać zrozumiani, że w ogólności potępiamy tendencję do gromadzenia kapitału. Wskazujemy jedynie na to, że doświadczenie każdego kolejnego roku zwiększa nie tylko finansową władzę trustów, ale także ich spryt i przenikliwość, wobec czego prędko zbliżamy się do takiego momentu, o ile go już nie osiągnęliśmy, w którym zagrożone zostaną interesy ludności albo i wręcz same swobody obywatelskie. Każdy mówi: Trzeba by coś zrobić! Tylko nikt nie wie, co. W rzeczywistości ludzkość jest bezradnie zdana na łaskę olbrzymów przerostu obecnego systemu społecznego, opartego na samolubstwie, zaś jedyna nadzieja jest w Bogu.

Prawdą jest także i to, że olbrzymami tymi kierują na ogół ludzie zdolni, którzy, jak się wydaje, przeważnie skłonni są wykonywać swą władzę z umiarkowaniem. Niemniej jednak można zaobserwować koncentrację władzy, której nadmiar, w połączeniu z samolubnymi pobudkami leżącymi u jej podłoża, będzie od czasu do czasu powodował zwiększanie ucisku tych, którzy jej służą oraz ludu, gdy tylko pojawi się taka możliwość i sprzyjające ku temu okoliczności.

Owe olbrzymy zagrażają obecnie rodzinie ludzkiej, podobnie jak literalni olbrzymowie, którzy żyli na ziemi przed czterema tysiącami lat. Byli to “mężowie sławni” – istoty o wspaniałych możliwościach, którzy bystrością umysłu przewyższali członków upadłego rodzaju Adamowego. Byli oni pokoleniem mieszanym, <str. 370> powstałym w wyniku wniesienia nowej żywotności do rodu Adamowego. Podobnie wygląda to w przypadku współczesnych olbrzymów organizacyjnych. Są one tak wielkie, potężne i przebiegłe, że trudno sobie wyobrazić, by mogły zostać pokonane bez Boskiej interwencji. Ich zadziwiające moce jak dotąd jeszcze nie zostały w pełni wykorzystane. Olbrzymy te są także hybrydami, które powstały na skutek pomieszania mądrości, zawdzięczającej swe istnienie cywilizacji chrześcijańskiej, z samolubstwem serc upadłego rodzaju ludzkiego.

Jednak ludzkie potrzeby i Boska sposobność są w tym miejscu zbieżne, i tak jak olbrzymowie “pierwszego świata”, którzy istnieli “za dni onych przed potopem”, zginęli zatopieni powodzią wód, podobnie i współczesne olbrzymy organizacyjne zostaną unicestwione zbliżającą się powodzią ognia – symbolicznym “ogniem gorliwości” Pańskiej, albo inaczej Pańskiej zapalczywości, która już płonie, w czasie “uciśnienia, jakiego nie było, jako narody poczęły być”. W “ogniu” tym zostaną spalone wszystkie olbrzymy rozpusty i samolubstwa. Upadną i nie powstaną już nigdy więcej (Izaj. 26:13,14; Sof. 3:8,9).

Barbarzyńskie niewolnictwo a więzy cywilizacji

Dokonajmy szybkiego porównania przeszłości, teraźniejszości i przyszłości pod względem podaży siły roboczej i popytu na nią. Dopiero na przestrzeni ostatnich stu lat całkowicie zlikwidowano handel niewolnikami, a niewolnictwo zostało zniesione. Swego czasu było ono powszechne, ale stopniowo zostało zamienione na feudalne poddaństwo w Europie i w Azji. Niewolnictwo zostało zniesione w Wielkiej Brytanii dopiero w roku 1838 poprzez wypłacenie z kasy rządu narodowego sumy 20 milionów funtów szterlingów, czyli blisko 100 milionów dolarów odszkodowania dla właścicieli niewolników. Francja wyzwoliła swych niewolników w roku 1848. W Stanach Zjednoczonych niewolnictwo przetrwało w południowych stanach do 1863 roku. Nie można zaprzeczyć, że chrześcijańskie wypowiedzi i publikacje<str. 371> miały wielkie znaczenie dla położenia kresu ludzkiemu niewolnictwu. Z drugiej jednak strony należy zauważyć, że to zmieniające się warunki na światowym rynku pracy pomogły rządzącej większości w uzyskaniu nowego poglądu na tę sprawę, a fundusze odszkodowań ułatwiły przekonanie właścicieli niewolników do nowego porządku rzeczy. Chrześcijańskie wypowiedzi i publikacje przyspieszyły jedynie zniesienie niewolnictwa, bez nich również by to nastąpiło, tyle że później.

Niewolnictwo umiera śmiercią naturalną w warunkach współczesnego systemu samolubnej konkurencji wspieranego przez wynalazki techniczne oraz przyrost liczby ludności. Pominąwszy kwestie moralne i religijne, upowszechnienie niewolnictwa w gęsto zaludnionych i cywilizowanych krajach byłoby dzisiaj niemożliwe ze względu na jego nieopłacalność finansową. Jest tak dlatego, (1) że urządzenia mechaniczne w znacznym stopniu zastąpiły zarówno niewykwalifikowaną, jak i wykwalifikowaną siłę roboczą; (2) że robotnik inteligentny może wykonać więcej pracy i wykonać ją lepiej niż robotnik nieinteligentny; (3) że koszty ucywilizowania i choćby ograniczonego wykształcenia niewolnika sprawiłyby, że jego praca byłaby droższa niż praca wolnego człowieka. Poza tym sprawowanie kontroli nad nieco inteligentniejszym i bardziej sprawnym niewolnikiem oraz pożyteczne wykorzystanie jego pracy byłyby znacznie trudniejsze niż w przypadku człowieka pozornie wolnego, który ma jednak nogi i ręce związane potrzebami życiowymi. Słowem, ludzie, którzy posiedli światową mądrość, przekonali się, że wojny prowadzone w celu zdobycia łupów i niewolników przynoszą mniejsze korzyści, niż wojny rywalizacji gospodarczej, których wyniki są korzystniejsze i mają szerszy zasięg. Wiedzą też oni, że ów wolny “niewolnik potrzeb życiowych” jest tańszy i zdolniejszy.

Praca ludzi wolnych i inteligentnych jest więc tańsza niż niewykształconych niewolników. Jeśli zatem cały świat staje się coraz bardziej inteligentny, a liczba ludzi gwałtownie rośnie, to jest rzeczą oczywistą, że obecny system społeczny zdąża do samozniszczenia, podobnie jak lokomotywa pędząca pełną parą, ale bez hamulca albo regulatora. <str. 372>

Skoro zatem społeczeństwo naszych czasów zorganizowane jest w oparciu o prawo podaży i popytu, to nie posiada ono żadnego hamulca ani żadnego regulatora, który mógłby powstrzymać samolubną rywalizację świata. Cała struktura opiera się na tej zasadzie. Samolubny ucisk, siła przygniatająca społeczeństwo, rośnie z każdym dniem. Ucisk mas społecznych będzie rósł, ludzie będą przygniatani coraz bardziej, będą znajdować się coraz niżej, stopień po stopniu, aż wreszcie dojdzie do społecznego upadku w anarchii.

Masy społeczne między górnym i dolnym
kamieniem młyńskim

Dla ludzie staje się coraz bardziej oczywiste, że przy obecnym stanie rzeczy znajdują się oni między dolnym i górnym kamieniem młyńskim i jeśli się nie sprzeciwią, to szybko kręcący się kamień zmieli ich w końcu i w niezbyt odległym czasie znajdą się w stanie nędznego i niegodziwego poddaństwa. A sytuacja istotnie tak właśnie wygląda. Potrzeby życiowe są rurą, przez którą ludzie wtłaczani są między kamienie młyńskie. Dolnym kamieniem jest twarde prawo podaży i popytu, które ze zwiększającą się siłą dociska rosnące i coraz lepiej wykształcone społeczeństwo świata do górnego kamienia zorganizowanego samolubstwa, napędzanego gigantyczną mocą mechanicznych niewolników, wspieranych przez koła zębate, dźwignie oraz rolki zjednoczeń kapitałowych, trustów i monopoli. (Warto wiedzieć, że w 1887 roku Biuro Statystyczne z Berlina obliczyło, iż działające wtedy maszyny parowe – potężni niewolnicy – wykonywały pracę równoważną mniej więcej miliardowi ludzi, czyli liczbie trzykrotnie większej od ilości ludzi na świecie w wieku produkcyjnym. A przecież, jak się wydaje, moc maszyn parowych i elektrycznych od tamtego czasu co najmniej się podwoiła. Poza tym jak na razie prawie wszystkie te maszyny znajdują się w krajach cywilizowanych, których liczba ludności wynosi około jednej piątej całkowitej liczby mieszkańców ziemi.) Innym składnikiem siły napędzającej górny kamień jest jego koło zamachowe, obciążone <str. 373> ciężarem skoncentrowanego i niewyobrażalnego dotąd bogactwa oraz potęgą rozumu, ćwiczonego i popędzanego samolubstwem. W celu częściowego zilustrowania działania tego młyna, przytoczymy dane z raportu londyńskiego, według którego w mieście tym żyje 938 293 ubogich, 316 834 bardzo ubogich oraz 37 610 zupełnych nędzarzy, co oznacza, że łącznie w tym największym mieście świata 1 292 737 osób, czyli blisko jedna trzecia całkowitej populacji, żyje w ubóstwie. Oficjalne dane ze Szkocji podają, że jedna trzecia rodzin mieszka w jednym pokoju, a jedna trzecia w mieszkaniach zaledwie dwupokojowych. W Nowym Jorku w czasie ciężkiej zimy 21 tysięcy kobiet i dzieci zostało eksmitowanych, ponieważ nie byli w stanie płacić czynszu. W tym samym roku na cmentarzach dla ubogich zostało pochowanych 3819 osób, których bieda pozbawiła możliwości zarówno godnego życie, jak i uczciwego pochówku. A przypomnijmy, że to wszystko działo się w mieście mającym wśród swych obywateli tysiące milionerów.

Pan J. A. Collins, piszący dla The American Magazine of Civics [Amerykański Magazyn Obywatelski], zajmował się zagadnieniem upadku amerykańskiej własności domów w świetle danych z amerykańskiego spisu powszechnego. Już na początku uprzedza on czytelników, by przygotowali się na przerażające fakty oraz na straszne i groźne wnioski. Cytujemy następujący fragment:

“Przed kilkudziesięcioma laty społeczeństwo składało się w większości z ludzi posiadających własne domy, które były praktycznie nie obciążone długami. Obecnie większość ludzi mieszka w domach czynszowych.”

Wobec tego, że posiadacz domu obciążonego hipoteką jest właściwie tylko dzierżawcą mieszkania, którego właścicielem jest posiadacz hipoteki, autor zauważa, że 84 procent rodzin w tym kraju mieszka w rzeczywistości w mieszkaniach czynszowych. Dalej pisze on:

“Pomyślcie o przerażających skutkach, jakie przyniosło zaledwie kilka ostatnich lat, i to przy ogromnych obszarach nie zagospodarowanej ziemi na Zachodzie, gdzie bez trudności mogli zamieszkać osadnicy, przy wielu gałęziach przemysłu, które oferowały zatrudnienie i wysokie zarobki. A teraz wyobraźcie sobie, jak będzie to wyglądać, gdy ziemie wielkiego Zachodu będą już zajęte albo ich własność zostanie zmonopolizowana, gdy liczba ludności wzrośnie o kolejne <str. 374> miliony na skutek przyrostu naturalnego oraz imigracji, gdy złoża mineralne oraz kopalnie będą kontrolowane przez syndykaty obcego kapitału, gdy system transportowy znajdzie się w posiadaniu kilku milionerów, gdy producenci połączą się w wielkie korporacje dbające o własny interes, gdy grunty publiczne zostaną wyczerpane, a spekulanci zmonopolizują własność działek budowlanych, których ceny przekroczą możliwości nabywcze zwykłych robotników.”

Porównując te dane ze statystykami europejskimi, pan Collins stwierdza, że warunki panujące w największej republice na ziemi nie są tak korzystne jak w Europie, z wyjątkiem Wielkiej Brytanii, która jest najbogatszym i najbardziej oświeconym z krajów europejskich. Jednak liczby podawane przez pana Collinsa są mylące, gdyż należy pamiętać, że tysiące z owych domów obciążonych hipotekami są własnością młodych ludzi (którzy w Europie mieszkaliby ze swoimi rodzicami) oraz imigrantów, którzy kupują na raty. Naga prawda przedstawia się jednak wystarczająco niekorzystnie. Ze względu na wszystkie napięcia naszych czasów, większość hipotek nigdy nie zostanie oczyszczona, chyba że przy pomocy szeryfa.

Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, jak tania bywa czasami ludzka siła i ludzki czas. Ci zaś, którzy zdają sobie z tego sprawę, nie wiedzą, w jaki sposób zaradzić temu złu, i muszą sami bardzo uważać, żeby nie dostać się w jego szpony. We wszystkich wielkich miastach świata jest tysiące ludzi, określanych mianem “wyrobników”, którzy dla zaspokojenia podstawowych potrzeb pracują ciężej i więcej, niż pracowała niegdyś większość niewolników na Południu. Teoretycznie są wolni, ale w praktyce są niewolnikami, niewolnikami z potrzeby, którym wolno chcieć, ale nie wolno działać, czy to dla siebie, czy innych.

Poniższy cytat wiążący się z tym tematem pochodzi z wydawanej w Pittsburghu gazety Presbyterian Banner.

“System wyzysku narodził się i rozwinął za granicą, zanim jeszcze został przeszczepiony na grunt amerykański, by przynieść i tutaj związane z nim przekleństwo. Nie ogranicza się on do przemysłu odzieżowego, ale obejmuje wszystkie inne dziedziny, w których <str. 375> działają pośrednicy. Pośrednik lub dostawca zobowiązuje się dostarczyć towary dla handlowców po określonej cenie. By cena sprzedaży była korzystna dla nabywców, a jednocześnie zapewniała zyski sprzedawcy i pośrednikowi, cena, którą płaci pośrednik musi być ustalona na niskim poziomie, a biedni robotnicy muszą cierpieć.

W Anglii niemal wszystkie dziedziny produkcji zarządzane są na tej zasadzie. Przemysł obuwniczy, futrzany, meblowy, tapicerski i wiele innych zostały opanowane przez pośredników, a robotnicy otrzymują głodowe stawki. Chcieliśmy jednak mówić o przemyśle odzieżowym w naszym kraju. W roku 1886 w Nowym Jorku było zaledwie dziesięć takich warsztatów wyrobniczych, obecnie jest ich setki. Tak samo jest w Chicago i innych miastach. Większość tych warsztatów znajduje się w rękach żydowskich, zaś Żydzi w Bostonie i Nowym Jorku są w lepszej sytuacji niż ich bracia na Zachodzie, ponieważ mogą zatrudniać obcokrajowców, którzy niedawno przybyli do Ameryki i nie znając angielskiego dają się łatwo wykorzystywać. Robotnicy ci pracują w zatłoczonych, źle wietrzonych pomieszczeniach, niekiedy po dwudziestu albo trzydziestu w hali przewidzianej dla ośmiu pracowników, gdzie bardzo często muszą jeszcze gotować, jeść i mieszkać, pracując po osiemnaście albo dwadzieścia godzin na dobę, co ledwo pozwala im utrzymać się przy życiu.

Wynagrodzenia płacone za tego typu pracę są hańbą dla ludzkości. Ciężko pracujący mężczyzna jest w stanie zarobić dwa do czterech dolarów tygodniowo. Poniższe liczby podane zostały przez kogoś, kto zajmował się tą dziedziną, a swe informacje uzyskał od ‘wyrobniczego bossa’, który podał mu ceny, jakie otrzymuje od dostawcy:

Za uszycie płaszcza $ 0,76 do 2,50

Za uszycie eleganckiego płaszcza 0,32 do 1,50

Za uszycie spodni 0,25 do 0,75

Za uszycie kamizelki (za tuzin) 1,00 do 3,00

Za uszycie krótkich spodni (za tuzin) 0,50 do 0,75

Za uszycie koszuli perkalowej (za tuzin) 0,30 do 0,45

Od cen podanych przez tego szefa trzeba jeszcze odliczyć jego zyski oraz koszty <str. 376> przewozu, które pokrywają pracownicy. Tak więc można sobie wyobrazić, jak ciężko muszą pracować ci ludzie, by zaspokoić najzwyklejsze potrzeby życiowe. Za krótkie spodnie, które szef sprzedaje po 65 centów za tuzin, wyrobnik otrzymuje jedynie 35 centów.

Pracownik otrzymuje dziesięć centów za uszycie letnich spodni, a uszycie sześciu par zajmuje mu blisko osiemnaście godzin. Płaszcze szyje piętnaście osób, z których każda wykonuje część pracy. Za spodnie drelichowe dostaje się sześćdziesiąt centów za tuzin. To tylko kilka przykładów, ale każda kobieta, która ma choć trochę pojęcia o szyciu i wyrobie odzieży, zdaje sobie sprawę, ile trzeba w to włożyć pracy.

Każda rzecz spotka się jednak z odpłatą, a niewinni i bezmyślni muszą czasami cierpieć na równi z winnymi. Odzież wyrabia się w najbardziej niehigienicznych warunkach. Pomieszczenia, gdzie odbywa się produkcja, są cuchnącą wylęgarnią chorób, a czasami w ogóle nie nadają się do tego, by przebywali w nich ludzie. Pewien człowiek, który w tym roku odwiedził jeden z takich warsztatów w Chicago, zobaczył, że czworo ludzi pracujących przy wyrobie płaszczy jest chorych na szkarlatynę, a w pewnym miejscu leżały zwłoki dziecka, które zmarło na tę samą chorobę. Praca toczyła się jednak dalej, prowadząc do nieuchronnego rozprzestrzeniania się epidemii.”

“Ach, czemuż złoto w najwyższej cenie,

Droższe niż zdrowie, niż krwi strumienie.”

Liczba ludzi żyjących w skrajnej nędzy gwałtownie rośnie, a jak wykazaliśmy konkurencja sprawia, że cała ludzkość stacza się coraz niżej. Unika tego jedynie nieliczne grono szczęśliwców, którzy weszli w posiadanie maszyn albo nieruchomości. Ich bogactwo i władza odpowiednio rosną i jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, to można się spodziewać, że niedługo będziemy już mieli miliarderów.

Nie jest możliwe, by taki stan rzeczy trwał wiecznie. Samo działanie naturalnego prawa przyczyny i skutku musi w końcu sprowadzić karę. Trudno byłoby też oczekiwać, że sprawiedliwość Boża, która stworzyła to prawo, pozwoli, by sytuacja ta przedłużała się w nieskończoność. Bóg przez Chrystusa odkupił nasz niegodny rodzaj ludzki i ujął się w jego sprawie, a czas wybawienia spod <str. 377> samolubstwa i powszechnej władzy zła jest już bardzo bliski (Rzym. 8:19-23).

Poniższy fragment z zachodniego dziennika, opublikowany przed kilkoma laty, dobrze przedstawia sytuację panującą w tamtym czasie, ale dzisiaj jest jeszcze bardziej wymowny. Czytamy tam:

“Liczba bezrobotnych w naszym kraju wynosi dzisiaj dwa miliony. Liczba osób od nich zależnych jest prawdopodobnie czterokrotnie większa.

Być może już o tym słyszeliście. Chcę jednak, byście tak długo o tym myśleli, aż uświadomimy sobie, co to oznacza. Oznacza to, że mając ‘najlepszy rząd na świecie’ oraz ‘najlepszy system bankowy, jakiego świat jeszcze nie widział’, w kraju, gdzie wszystko zasługuje na najwyższą notę, przy niesłychanie wysokiej produkcji żywności oraz innych artykułów pierwszej potrzeby i towarów luksusowych, okazuje się, że jedna siódma naszej ludności skazana jest na żebranie, jeśli nie chce przymierać głodem. Ludzie chodzą głodni obok sklepów i magazynów pełnych zboża, którego nie można sprzedać za cenę odpowiadającą kosztom produkcji. Ludzie trzęsą się z zimna, chodząc niemal nago w cieniu wystaw sklepowych wypchanych po brzegi wszystkimi rodzajami ubrań. Ludzie marzną, nie mając czym palić, gdy w tysiącach kopalń leżą miliony ton łatwo dostępnego węgla. Bezrobotni szewcy byliby szczęśliwi, gdyby mogli pójść do pracy i zrobić buty dla górników w zamian za węgiel. Również pracownicy kopalń chętnie podjęliby pracę w celu otrzymania butów. Podobnie na wpół odziani rolnicy z Kansas, którzy nie mogą sprzedać swojej pszenicy, aby zapłacić rachunki za zebranie i wymłócenie zboża, byliby szczęśliwi, gdyby mogli wymienić swoje produkty z pracownikami fabryk na Wschodzie, którzy przędą i tkają potrzebne im ubrania.

Głównym problemem tego kraju nie jest obecnie brak zasobów naturalnych. Nie chodzi też o brak umiejętności czy chęci u dwóch milionów bezrobotnych do podjęcia pracy i produkowania potrzebnych i użytecznych przedmiotów. Przyczyna tkwi w tym, że środki produkcji oraz wymiany towarowej zgromadzone są w rękach nielicznych ludzi. Zaczynamy już sobie zdawać sprawę z tego, jak bardzo niezdrowa jest ta sytuacja. A zrozumiemy to jeszcze lepiej, gdy proces nagromadzenia środków produkcji będzie się nasilał. Ludzie są bez pracy, zmarznięci i głodni ponieważ nie mogą zamienić produktów swej pracy na inne towary. Czy w obliczu tych faktów <str. 378> nie należałoby stwierdzić, że nasza współczesna cywilizacja, którą się tak szczycimy, bliska jest kompletnego fiaska? Gdyby naszych bezrobotnych ustawić czwórkami w odstępach dwumetrowych, to utworzyliby kolumnę o długości tysiąca kilometrów. Ci, którzy są na ich utrzymaniu utworzyliby w ten sam sposób kolumnę o długości czterech tysięcy kilometrów. Utworzona w ten sposób kolumna sięgałaby od Atlantyku po Pacyfik, od Sandy Hook do Golden Gate.

Gdyby intelekt rasy ludzkiej nie był w stanie wypracować lepszego systemu gospodarczego niż ten, który mamy, to powinniśmy stwierdzić, że istnienie ludzkości jest największym niepowodzeniem wszechświata. [Rzeczywiście, to jest właśnie punkt, do którego prowadzi Boska opatrzność. Ludzie muszą przekonać się o własnej bezsilności i poznać prawdziwego Mistrza, podobnie jak źrebak, który musi zostać “ujeżdżony”, by stać się wartościowym koniem.] Najbardziej haniebną i okrutną rzeczą jest to, że obecnie próbuje się tworzyć armię przemysłową, która brałaby udział w bitwach toczonych przez naszych plutokratycznychs królów, nikt jednak nie dba o ich utrzymanie w okresach, gdy ich usługi nie są potrzebne.”

Powyższe słowa zostały napisane w czasie najpoważniejszej recesji wywołanej “manipulacjami celnymi” i na szczęście nie odpowiadają normalnym warunkom. Nie możemy jednak być pewni, że taka sytuacja się nie powtórzy. W każdym razie czasopismo Harrisburg Patriot z tego samego roku podaje następujące liczby pod nagłówkiem “Liczba bezrobotnych”:

“W Bostonie 10 000 robotników pozostaje bez pracy; w Worcester jest 7000 bezrobotnych; w New Haven – 7000; w Providence – 9600; w Nowym Jorku – 100 000. Utica jest niewielkim miastem, a liczba bezrobotnych wynosi tam 16 000; w Paterson, (New Jersey) połowa ludności nie ma pracy; w Philadelphii – 15 000; w Baltimore – 10 000; w Wheeling – 3000; w Cincinnati – 6000; w Cleveland – 8000; w Columbus – 4000; w Indianapolis – 5000; w Terre Haute – 2500; w Chicago – 200 000; w Detroit – 25 000; w Milwaukee – 20 000; w Minneapolis – 6000; w St. Louis – 80 000; w St. Joseph – 2000; w Omaha – 2000; w Butte City (Montana) – 5000; w San Francisco – 15 000.”

Poniżej zamieszczamy fragment artykułu pod tytułem “Problem, który musicie rozwiązać”, jaki został opublikowany przez The Coming Nation. Dowodzi on jak wyraźnie niektórzy ludzie <str. 379> rozumieją obecną sytuację. Wszystkie te głosy ostrzegawcze nie czynią jednak nic innego, jak tylko wciąż powtarzają uroczystą radę proroka: “Terazże tedy zrozumiejcie, królowie [wszyscy mający jakikolwiek autorytet i władzę], nauczcie się sędziowie ziemi!” W artykule tym czytamy:

“Przyznacie, że nowe maszyny szybko pozbawiają ludzi pracy. Twierdzenie, że produkcja tych maszyn oraz ich obsługa daje zatrudnienie takiej samej ilości ludzi, jest nieprawdą, ponieważ gdyby tak było, to użycie maszyn nie przynosiłoby żadnej korzyści. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że setki tysięcy ludzi pozostaje bez pracy, ponieważ maszyny wykonują pracę, którą wcześniej oni wykonywali. Przyznać to musi każdy, kto tylko przez chwilę się zastanowi. Ci bezrobotni nie kupują tak wielu dóbr, jak wtedy, gdy pracowali, to zaś powoduje zmniejszanie się popytu na towary, co z kolei prowadzi do tego, że nie są zatrudniani dalsi robotnicy, którzy powiększają tym samym grono bezrobotnych i zmniejszają popyt.

Co zamierzacie uczynić z niezatrudnionymi? To, że ceny towarów w ogólności się zmniejszyły, nie zapewnia zatrudnienia większej ilości ludzi. Nie ma dla nich zajęcia, gdyż wszystkie miejsca pracy są nasycone ludźmi z tego samego powodu. Nie można ich przecież zabić (o ile nie będą strajkować), a nie mają się oni dokąd udać. Z całą powagą pytam, co zamierzacie z nimi zrobić? Nawet dobrzy rolnicy bankrutują, jaką więc szansę będą mieli bezrobotni, nawet gdyby mieli ziemię?

Ludzie ci mnożą się jak grzyby po deszczu. Ich liczbę ocenia się na miliony. Wielu z nich nie ma żadnych szans na zatrudnienie, a jeśli nawet je mają, to tylko na miejsce innych, którzy są obecnie zatrudnieni, a oni znów dołączą do grona bezrobotnych. Myślicie pewnie, że to nie wasze zmartwienie, co się z nimi stanie, ale moi panowie, to jest wasze zmartwienie, i nie za długo sobie to uświadomicie. Tego problemu nie pozbędziecie się, odwracając się na pięcie i zatykając uszy. Tak myślał swego czasu naród francuski i prędko dowiedział się w inny sposób, jak jest naprawdę, nawet jeśli obecna generacja Francuzów zapomniała o tej nauczce. Dzisiejsze pokolenie mieszkańców Stanów Zjednoczonych musi uporać się z tym zagadnieniem i uczyni to w jakiś sposób. Może <str. 380> się to odbyć na drodze pokojowej, w miłości i sprawiedliwości, ale może tego dokonać też człowiek na koniu, depczący prawa wszystkich ludzi, podobnie jak wy obecnie beztrosko patrzycie na deptanie praw niektórych ludzi. Powtarzam, odpowiecie na te pytania w przeciągu kilku lat.

Francuzi byli ostrzegani, ale nie słuchali, gdyż dwór królewski zbyt wesoło się bawił w swym zepsuciu. A czy wy posłuchacie? Czy też pozwolicie, aby obecna sytuacja rozwijała się dalej w sposób niekontrolowany, aż pięć czy sześć milionów ludzi będzie się domagać chleba albo bagnetów. Tarapaty, w jakich znajdą się Stany Zjednoczone, będą sto razy większe ze względu na warunki społeczne, jakie panują tutaj od stu lat. Umiłowanie swobody, karmione nienawiścią do królów, tyranów i prześladowców, stało się z czasem ogromnie silne. Nikt nie będzie w stanie zmusić armii czy floty, wywodzącej się z ludu, by na skinienie czy rozkaz króla – tytularnego albo nie – strzelała do własnych ojców i braci. Czy wobec nieuchronności skutków przedłużającej się bezczynność milionów ludzi, którzy za sprawą podobnych warunków życia zostaną niebawem połączeni w jedną wspólnotę, nie myślicie, że warto by okazać nieco więcej zainteresowania tą sprawą? Czy nie byłoby lepiej znaleźć i zastosować jakiś środek zaradczy, zatrudnić tych ludzi choćby przy robotach publicznych, niż doprowadzić do takiego finału?

Wiemy, co robią kapitaliści: Widzimy, jak przygotowują narzędzia wojenne, by sprawować władzę nad ludźmi przy użyciu siły zbrojnej. Jest to jednak głupota z ich strony. Są oni mądrzy tylko w swoim własnym mniemaniu. Przyjmują oni taktykę postępowania królów i staną się w końcu plewą na wietrze. Wszystko sprzysięgło się przeciwko ich taktyce. Królowie, dysponując armiami większymi niż te, które można tutaj wyćwiczyć do obrony kapitalistów, drżą wobec stałego wzrostu świadomości ludu, przyspieszanego nieszczęściem szybko rosnącej armii bezrobotnych. Sprawiedliwość nikomu nie czyni krzywdy, może jednak pozbawić grabieżców ich przywilejów. Dążmy więc, jako obywatele, do tego, by sprawa została rozwiązana w sposób zgodny z prawem, nie jako członkowie partii, ale jako obywatele, dla których kraj jest ważniejszy od własnej partii, a sprawiedliwość od królewskiego złota.”

To są mocne słowa z ust człowieka, który gorąco wierzy w to, co mówi. A takich jest wielu. Trudno byłoby nie przyznać, że oskarżenia te są przynajmniej po części prawdziwe. <str. 381>

Powszechność tej sytuacji oraz brak możliwości uregulowania jej mocą ludzką

Sytuacja ta nie jest cechą szczególną Ameryki czy Europy, ponieważ i Azja od setek lat nie zaznała niczego innego. Amerykańska misjonarka w Indiach pisze, że ogarnęła ją rozpacz, gdy mieszkańcy tego kraju zapytali ją, czy to prawda, że w jej ojczyźnie ludzie mają tyle chleba, ile tylko zechcą, tak by móc jeść trzy razy dziennie. Dodaje też, że w Indiach większość ludzi nie ma na tyle żywności, by zaspokoić naturalny głód.

Namiestnik Gubernatora Bengalu w Indiach powiedział nie tak dawno dziennikarzowi, że “połowa rolników przez okrągły rok nie wie, co to znaczy zaspokoić w pełni swój głód”. Ci, którzy uprawiają zboże, nie mogą zjeść tyle, ile domaga się żołądek, gdyż najpierw muszą zapłacić podatki. Dziesięć milionów Hindusów trudni się ręcznym wyrobem odzieży bawełnianej, obecnie zaś zmechanizowane fabryki na wybrzeżu doprowadziły do upadku ich rzemiosło, nie pozostawiając im żadnej innej możliwości, jak tylko zajęcie się rolnictwem na bardzo trudnych warunkach.

W Południowej Afryce, gdzie bez ograniczeń inwestowano miliony dolarów w czasie tak zwanej “afrykańskiej gorączki złota”, dla bardzo wielu ludzi nastały ciężkie czasy, a najgorzej powodzi się niektórym wykształconym. Poniższy cytat, pochodzący z gazety wydawanej w Natalu w Południowej Afryce, daje pewne pojęcie o panującej tam sytuacji.

“Ci, którzy szukają tutaj zatrudnienia nie wchodząc w bezpośredni kontakt z europejskimi imigrantami, mają niewielkie pojęcie o nędzy, jaka panuje wśród tych klas mieszkańców Durbanu. Pocieszające jest jednak to, że Komitet Pomocy Rady Miejskiej zdaje sobie sprawę ze swych zobowiązań humanitarnych względem tych nieszczęśliwców, którzy tutaj wylądowali. W trakcie rozmowy, którą w tym tygodniu przeprowadziłem z panem R. Jamesonem, niestrudzonym działaczem, który duszą i ciałem zaangażował się w działalność filantropijną, upewniłem się, że około pięćdziesięciu osób znajdzie tymczasowe zatrudnienie przy pracach publicznych w Point organizowanych przez komitet. Przykro jest patrzeć na ludzi <str. 382> z wykształceniem urzędniczym czy też na uzdolnionych rzemieślników, którzy ‘upadli tak nisko’, że z ulgą przyjmują wynagrodzenie ustalone przez Korporację w wysokości 3 szylingów dziennie plus mieszkanie za osiem godzin kopania piasku w promieniach upalnego słońca.

Tymczasem i tak nie ma wolnych miejsc, a liczne podania o pracę są odrzucane. Czasami przewodniczący komitetu, dając ogłoszenia albo szukając pracy w jakiś inny sposób, znajduje zatrudnienie dla ludzi, którzy mają pewne doświadczenie zawodowe albo rzemieślnicze. Wtedy zwolnione miejsce w brygadzie zajmuje jeden z tych, których podanie zostało wcześniej odrzucone. Oprócz tych, którzy pracują w brygadach, jest jeszcze liczna grupa ludzi, którzy obchodzą miasto, daremnie poszukując zatrudnienia. I oni szybko odnajdują drogę do naszego dobrodusznego wicemera, który stara się uczynić, co tylko może, żeby im pomóc. Jednak próby te, niestety, często kończą się niepowodzeniem. Jeśli pracodawcy mający wolne miejsca zdecydują się zwrócić do pana Jamesona, to otrzymają pełną informację dotyczącą bezrobotnych z jego listy. Trzeba pamiętać, że żaden z tych ludzi nie jest właściwie obywatelem Durbanu, tylko przywędrował tu z innych części Południowej Afryki w poszukiwaniu pracy. Durban nie jest bynajmniej odosobniony pod tym względem. Dowody świadczące o tym, że także gdzie indziej panuje podobna, opłakana sytuacja, są aż nadto wyraźne.

Jak już zauważyliśmy, wielu spośród chętnych do pracy w brygadach komitetu pomocy to ludzie nawykli jedynie do pracy kościelnej. Nie sposób przesadzić, podkreślając że nie mają oni w Natalu najmniejszych szans ze względu na ogromne zatłoczenie panujące na rynku pracy. Jednak bez tej działalności Korporacji na rzecz zorganizowania doraźnych robót publicznych, w mieście panowałaby obecnie znacznie większa nędza. W sumie, postawa ludzi pracujących w brygadach prac publicznych jest wzorowa i stanowi gwarancję kontynuowania polityki przyjętej przez radę. Można by jednak zapytać, a co w tej sprawie czyni Stowarzyszenie Dobroczynności? Ta wspaniała instytucja zapewnia pomoc wyłącznie stałym mieszkańcom i ich rodzinom, a przecież ma pełne ręce, jeśli nie pieniędzy, to przynajmniej roboty z przypadkami zasługującymi na taką opiekę.” <str. 383>

Czyż jednak inteligentni ludzie, którzy rozumieją te zagadnienia, nie podejmą kroków zmierzających do zapobieżenia uciskowi swych bliźnich, którzy mieli nieco mniej szczęścia albo nie byli równie inteligentni? Czyż nie widzą oni, że górny kamień młyński niebezpiecznie zbliża się do dolnego oraz że masy ludzi, które muszą się między nimi zmieścić, odczuwają ich ucisk coraz bardziej dotkliwie, a będzie się on jeszcze zwiększał? Czy wspaniałomyślne serca nie przyjdą z pomocą?

Nie. Większość z tych, którzy mając więcej szczęścia albo umiejętności znaleźli się w korzystniejszej sytuacji, są tak zajęci “robieniem pieniędzy”, tak oddani “słodyczy” swej sakiewki, że nie uświadamiają sobie rzeczywistej sytuacji. Słyszą oni jęki tych, którym się nie powiodło i często, nawet szczodrze, udzielają im pomocy, jednak liczba tych nieszczęśliwców tak szybko rośnie, że coraz więcej ludzi przestaje widzieć możliwość zapewnienia biedakom trwałej poprawy sytuacji. Przyzwyczajają się oni do panujących warunków i poprzestają na zadowalaniu się swym własnym komfortem i szczególnymi przywilejami, zapominając jednocześnie o kłopotach bliźnich.

Są oczywiście nieliczni, dobrze sytuowani, którzy mimo bogactwa mniej lub bardziej wyraźnie rozumieją sytuację. Niektórzy z nich są z pewnością przemysłowcami, właścicielami kopalń itp. Dostrzegają oni trudności i życzą sobie, by sprawy wyglądały inaczej, pragną też brać udział w ich poprawie. Ale cóż mogą zrobić? Bardzo niewiele, może tylko pomagać w przypadkach najskrajniejszej nędzy wśród sąsiadów i krewnych. Nie są w stanie zmienić obecnego ustroju społecznego i doprowadzić do rozkładu systemu opartego na rywalizacji. Zdają sobie także sprawę z tego, że całkowite wyeliminowanie rywalizacji bez jednoczesnego uruchomienia innych sił, które zajęłyby jej miejsce i wyzwoliły energię u ludzi z natury nieudolnych, przyniosłoby szkodę światu.

Jest rzeczą oczywistą, że żaden człowiek czy grupa ludzi nie jest w stanie zmienić obecnego porządku społecznego. Może on jednak zostać zmieniony, i stanie się to niebawem, dzięki mocy Pańskiej i zgodnie z Jego metodami działania, na co wskazuje Pismo Święte. <str. 384> Miejsce obecnego porządku zajmie doskonały system, którego podstawą nie będzie samolubstwo, lecz miłość i sprawiedliwość. Aby to jednak osiągnąć konieczne jest usunięcie obecnego systemu. Nowe wino nie zostanie wlane w stare bukłaki, a nowa łata nie zostanie przyszyta do starej szaty. I dlatego współczując zarówno bogatym, jak i biednym w obliczu zbliżających się nieszczęść, możemy modlić się: “Przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi”, nawet jeśli wiemy, że będzie ono ustanowione w “ogniu zapalczywości Bożej”, którego “żywioły” są już przygotowywane.

 

Nastaje Poranek

Już lepszy dzień nastaje, poranek obiecany,

Gdy Prawdy blask, wśród mocy łask, obali zła bałwany;

Gdy Chrystus Pan wysłucha żałosnych westchnień głosu;

Wyciągnie dłoń nad morza toń, przywróci ziemi pokój.

Tam pycha dumnych władców nie wzniesie się do nieba,

Tam starczy wiek i młodych śmiech pieśń chwały będzie śpiewać.

Już z ziemi nie popłyną łzy smutku i żałości,

Gdy mocny Król ukoi ból, da radość dla ludzkości.

Już głos Jubileuszu na ziemi się rozlega.

Wzniesionych rąk złowrogi krąg woła o pomstę nieba.

Rok łaski dla ludzkości otwiera swe podwoje –

Tak bliski już jest koniec burz. Ach! Przyjdź Królestwo Twoje.

Bądź wola Twa na ziemi, błagamy w dzień i w nocy.

Wśród rannych tchnień niech zniknie cień, niech pierzchnie czar złej mocy.

A gdy nad horyzontem świtają słońca zorze,

Uwielbion bądź, nad światem rządź, Niebiański Ojcze, Boże! <str. 385>

Return to Polish Home Page

 

Illustrated 1st Volume
in 31 Languages
 Home Page Contact Information